Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publicystyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2019

Troll ogląda #33 - Co w sezonowym anime piszczy? [Top 10 Summer 2019]

Kiedy piszę te słowa jest czwartek, 18 lipca. Wpis ten - napisałem go kilka dni temu - ukazuje się krótko po jednej z największych tragedii powiązanych z przemysłem anime. Podpalono budynek głównego studia Kyoto Animation. Sprawca zablokował i podpalił drzwi ewakuacyjne. W budynku (według niepotwierdzonych informacji na jakie natrafiłem w sieci) znajdował się żłobek dla dzieci pracowników - KyoAni znane jest m.in. z bardzo dobrego podejścia do swoich pracowników (co niestety nie zawsze jest oczywiste). W momencie pisania tych słów potwierdzono 33 ofiary śmiertelne. Sprawcę zatrzymano.

Nie jestem zdolny wyrazić pełni mojego szoku, żalu i gniewu po tej wiadomości.

[Wpis właściwy poniżej]

Jeżeli ktoś z Szanownych P.T. Czytelników śledzi trollowego fejsbunia, to widział już podobne wpisy. Na każdy kolejny sezon anime przypadają dwa: niedługo po jego rozpoczęciu i niedługo po jego zakończeniu. I tam wymądrzam się nt. tego, co mi się podobało, co mi się nie podobało i dlaczego. Ponieważ w obecnym sezonie nazbierało się strasznie dużo serii, które mi się podobały, postanowiłem nieco odmienić formułę i zrobić ranking na blogu. Niniejszym przepraszam.

Tworzenie poniższego rankingu było nader trudne (zwłaszcza jego dolnej połowy) - serie nieustannie przeskakiwały pozycje, wypadały zeń i robiły miejsce nowym. Efekt ostateczny obrazuje moją opinię po trzecim tygodniu sezonu.

Lato! Przygoda! Plaża! Dziewczyny! Isekai! Tegoroczny letni sezon anime obrodził wyjątkowo, zwłaszcza tym ostatnim. Do poniższego rankingu załapały się tylko 1 seria z tego gatunku i to zaliczona doń nieco na wyrost. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Zanim przejdziemy do właściwego rankingu - dwa słowa o największym zawodzie sezonu:
Arifureta Shokugyou de Sekai Saikyou miało być hitem sezonu (jednym z wielu...). Seria light novelek sprzedaje się bardzo dobrze i ma licznych fanów. Dlaczego więc porzuciłem ją po pierwszym odcinku? Bo wszystko w tym anime zawiodło: scenariusz, animacja, projekty postaci...
Czego na szczęście nie można powiedzieć o produkcjach wymienionych poniżej.

10. Machikado Mazoku
gatunek: komedia szkolna, magical girls
studio: J.C.Staff
pierwowzór: manga (4-koma)
zalecany wiek widza: 13+




W odległej przeszłości klan Magical Girls uwięził potężnego demona. Oraz skazał całe jego potomstwo na klepanie biedy po wieczne czasy. Współczesność. Potomkini demona, Yuuko, budzi się pewnego dnia z rogami i ogonem, których z pewnością nie miała poprzedniego dnia. Oto została wybrana do spełnienia przepowiedni i przełamania klątwy biedy. Musi tylko zamordować jakąś Magical Girl. Np. swoją koleżankę ze szkoły, Momo. Hilarity ensues.

Absurdalna szkolna komedia o niewydarzonej demonicy i jej koleżankach. Cute Girls Doing Cute Things. Jeśli się lubi ten gatunek (a troll lubi) - dużo dobrej zabawy.

9. Sounan Desu ka?/Are you lost?
gatunek: przygodowy, komedia, ecchi
studio: Ezόla
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 15+



Wahałem się, czy nie umieścić na tym miejscu innych komedii (Joshikousei no MudazukaiHenSuki), ale ostatecznie wybór padł na krótką formę. 4 uczennice szkoły średniej w wyniku katastrofy trafiają na bezludną tropikalną wyspę. Na szczęście jedna z nich tak naprawdę nazywa się Bear Grylls i niedawno zmieniła płeć....

Oczywiście żartuję, ale Homare Onishima naprawdę wie o przetrwaniu w dziczy bardzo dużo. I nie zawaha się tego wykorzystać, nawet jeśli przy okazji zgorszy lub zniesmaczy towarzyszki niedoli.

Humor balansujący na granicy dobrego smaku, ładne dziewczyny i przydatne informacje.

8. Kanata no Astra/Astra Lost in Space
gatunek: przygodowy, sci-fi, tajemnica
studio: Lerche
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 13+




Odległa przyszłość, ludzkość sięgnęła gwiazd. Podróże kosmiczne stały się codziennością - do tego stopnia, że szkoły organizują obozy uczniowskie w kosmosie. Ośmioro uczniów szkoły średniej (oraz młodsza siostra jednej z bohaterek) bierze udział w takiej wycieczce. Rutyna bierze w łeb, kiedy tajemnicza sfera wysyła całą dziewiątkę w odległy kosmos. Czy uda im się powrócić do domu odnalezionym przypadkiem (?) statkiem kosmicznym? Dlaczego w ogóle się tu znaleźli?

Bardzo różnorodna grupa bohaterów musi stawić czoło nietypowej sytuacji i własnym ograniczeniom i dorosnąć w przyspieszonym tempie. Interesujący początek historii, zobaczymy jak będzie dalej.

7. Dr. Stone
gatunek: przygodowy, shounen, sci-fi, akcja
studio: TMS Entertainment
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 15+




Ziemia, odległa przyszłość. Po 3700 latach uwięzienia w kamieniu licealista Taiju wyrywa się z więżącej go skorupy. W świecie, który zapomniał o ludzkości, wita go kolega z klasy, jajogłowy Senku. Czy uda im się uwolnić ludzkość i zrekonstruować cywilizację techniczną? Czy też choćby przeżyć we dzikim środowisku, jakim stałą się nasza planeta po zniknięciu ludzi?

Nie przepadam za opartymi na akcji shounenami. Nigdy nie oglądałem żadnego odcinka Wielkiej Trójki (One Piece, Naruto, Bleach), od My Hero Academia trzymam się z daleka. Dlaczego zatem Dr. Stone? Because science, baby! Jakoś zniosę idiotyczną fryzurę Senku i absurdalną energię, jaką okazuje każda. jedna. postać. No chyba, że nie.

6. BEM
gatunek: horror, kryminał, tajemnica
studio: Production I.G, LandQ studios
pierwowzór: oryginalna produkcja
zalecany wiek widza: 18+




W podzielonym mieście, gdzie korupcja zżera wszystko i wszystkich, a ludzie z rozmysłem stają się potworami - trójka potworów pragnie zostać ludźmi. Będą musieli stawić czoła i ludziom, i potworom.

Remake bardzo starej (1968 rok) serii, kolejny już zresztą. W przypadku Dororo się udało - może i teraz będzie dobrze? Świetna muzyka (świetny OP w wykonaniu Maayi Sakamoto), przyzwoita animacja i ponury, duszny klimat. Jeden zgrzyt: groteskowe projekty potworów są bardzo, bardzo japońskie (i czynią z BEM makabreskę, a nie czysty horror).

5. Cop Craft
gatunek: kryminał, tajemnica, isekai à rebours
studio: Millepensee
pierwowzór: light novel
zalecany wiek widza: 18+



Kiedy na Ziemi nagle otwarły się bramy do innego świata do miasta San Teresa napłynęło wielu emigrantów Stamtąd. Razem z nimi trafiła tu magia i nowe rodzaje przestępstw. Kei Matoba, policjant z bagażem doświadczeń, nie przepada za Obcymi. Czy zmieni zdanie, kiedy jego nowym partnerem zostanie Tirana - rycerz z innego świata? Razem będą usiłowali wyjaśnić zagadkę tajemniczych porywaczy szlachetnej fairy, przez których zginął poprzedni partner detektywa.

Czarny koń, jak pragnę dobrobytu! Studio, które "uraczyło" nas nową adaptacją Berserka (nie da się zapomnieć tego crapu) tym razem zaskoczyło wyjątkowo pozytywnie. Ciekawie zapowiadający się buddy cop show, o pochodzących z różnych światów - dosłownie! - partnerach. Bardzo dobra muzyka (OP jeszcze lepszy niż w BEM, choć brakuje mu niebiańskiego głosu Maayi Sakamoto), niezła animacja (także CG, co pamiętających nowego Berserka zdziwi), interesująco rozpoczęta historia. Troll poleca.

4. Dumbbell Nan Kilo Moteru?/How Many Kilograms are the Dumbbells You Lift?
gatunek: sport, edukacja, komedia, ecchi
studio: Doga Kobo
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 15+




Kiedy lubiąca dobrze zjeść Hibiki z przerażeniem odkrywa nadprogramowe kilogramy - postanawia coś z tym zrobić. W lokalnym oddziale Silverman Gym natyka się na Akemi, podziwianą przez wszystkich koleżankę ze szkoły, przewodniczącą rady uczniowskiej. Dziewczyny wspólnie - choć każda z innego powodu - rozpoczynają trening siłowy.

Do you even lift, girl?! No więc one dźwigają. Całkiem sporo. Dzięki niech będą studio Doga Kobo za ten wspaniały edukacyjny spektakl. Nice bulk! 
Troll czytał pierwowzór. Yeah!

3. Enen no Shouboutai/Fire Force
gatunek: akcja, tajemnica, sci-fi, shounen
studio: David Production
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 15+





198 rok Ery Słonecznej, Tokyo. Cały świat drży w strachu przed SLZ - Spontanicznym Ludzkim Samozapłonem i Piekielnikami, jego nieszczęsnymi ofiarami. Do likwidacji Piekielników powołano Brygady Ogniowe - paramilitarne oddziały ni to strażaków, ni to pogromców ognistych potworów. Shinra Kusakabe, młody pirokinetyk z powodu swoich zdolności zwany Diabelską Stopą, dołącza do Brygady Ogniowej nr 8. Czy uda mu się odkryć tajemnicę SLZ oraz powody tragedii z jego przeszłości?

Zapomnijcie o tym, co pisałem wyżej o shounenach. This thing is on fire (pun intended)! Troll jarał się (pun intended...) materiałem źródłowym (mam 15 tomów, jestem po 6), a ekranizacja zdecydowanie daje radę. Polecam gorąco (pun...).

2. Araburu Kisetsu no Otome-domo yo./O Maidens in Your Savage Season.
gatunek: obyczajowy, komedia, dramat
studio: Lay-duce
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 15+




Czy w czasie dojrzewania wszystko naprawdę musi kręcić się wokół seksu?! Pięć dziewcząt tworzących Klub Literatury postanawia udowodnić światu, że nie. No chyba, że jednak tak. Może? I co u licha się dzieje z tymi chłopakami?!

Mari Okada (m.in. Maquia, Anthem of the Heart, AnoHana) jak zawsze w formie. Przezabawna historia o dojrzewaniu, dorastaniu, pierwszej miłości i całym tym zgiełku dookoła seksu. Troll czytał pierwszy tom materiału źródłowego i zdecydowanie poleca.

Honourable mentions. 
Zanim opowiem Szanownym P.T. Czytelnikom jaki tytuł uważam za najlepszy w sezonie (choć uważni i śledzący FB lub niecierpliwi już wiedzą), dwa słowa o dwóch innych tytułach, które nie załapały się - z podobnych, choć nie do końca identycznych przyczyn - do zestawienia.

Carole & Tuesday 
gatunek: komedia, sci-fi, dramat, muzyka
studio: Bones
pierwowzór: oryginalna produkcja
zalecany wiek widza: 13+



Mars. Dwie dziewczyny. Dzieli je wszystko: pochodzenie, status społeczny, miejsce zamieszkania. Łączy - uwielbienie dla muzyki. Spotykają się przypadkiem, a spotkanie to powoduje istne trzęsienie ziemi. Marsa, znaczy.

Objawienie. Najlepsza seria wiosennego sezonu, jeśli o mnie chodzi. Przezabawna, miejscami dramatyczna, miejscami wzruszająca historia dziewcząt, które muszą. tworzyć. muzykę. Troll poleca entuzjastycznie. Początek drugiej połowy jeszcze bardziej zwariowany niż pierwszej - dobrze rokuje.
Do zestawienia nie załapała się, bo stanowiłaby nieuczciwą konkurencję (miała szansę pokazać co potrafi, w przeciwieństwie do nowych serii). Gdyby nie to - okupowałaby jego szczyt. Ex aequo z aktualnym Nr 1.

Karakai Jouzu no Takagi-san 2/ Skilled Teaser Takagi-san 2nd Season
gatunek: komedia, slice of life, romans
studio: Shin-Ei Animation
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 7+




Dwoje uczniów gimnazjum, Nishikata i Takagi, zna się praktycznie od zawsze. Co nie wychodzi wstydliwemu Nishikacie na dobre - błyskotliwa Takagi może bez trudu przejrzeć go na wylot. Mimo to będzie próbował ją wykołować. do. skutku.

Kolejny ciąg dalszy - ale tym razem jest to nowy sezon nadawanej w zeszłym roku serii. W zestawieniu nie znalazł się z podobnych przyczyn, co Carole & Tuesday. Gdyby nie to - znalazłaby się w środku stawki. Troll czytał materiał źródłowy. A także sprawdzał kontynuację (która, co ciekawe, ukazuje się równocześnie z pierwotną historią). Interesujący rozwój zdarzeń.

1. Vinland Saga
gatunek: historyczny, akcja, przygodowy, dramat
studio: WIT Studio
pierwowzór: manga
zalecany wiek widza: 18+



The Vikings are coming! O, nieszczęśliwa Anglio - ile jeszcze wycierpisz pod jarzmem krwiożerczych Danów? Na tle zdarzeń kształtujących przyszły obraz Północnej Europy toczy się inna, bardziej kameralna opowieść. Thorfinn syn Thorsa poprzysiągł zemstę Askeladdowi synowi Lydii. Za krew i śmierć. A co potem? Może podąży śladem Leifa Erikssona na Zachód, do owego mitycznego kraju - Vinlandii?

Na szczycie rankingu nie bez powodu znajduje się ta seria. Troll posiada w zbiorach 20 tomów pierwowzoru (i z niecierpliwością wygląda kolejnych) - i jest w nim zakochany. Świetnie narysowana i ciekawie napisana opowieść, w której postacie historyczne (Leif Eriksson, Thorkel Wysoki, Sigvaldi jarl Jomsborga, Swen Widłobrody, Kanut Wielki) przeplatają się z fikcyjnymi (Thorfinn Thorsson, Askeladd, Floki i inni). Pierwszy story arc (który wypełni większość, o ile nie całość serii anime) opowiada o pragnieniu zemsty, jakie toczy duszę Thorfinna. Czy z czasem zmieni się jego postrzeganie świata? Sprawdźcie sami, Szanowni P.T. Czytelnicy. Troll poleca zdecydowanie.

Uff. Nie wiem, czy obecna formuła przedstawiania najlepszych moim nieskromnym zdaniem propozycji z sezonów anime zagości na blogu na dłużej. Zależy to głównie od tego, czy w kolejnych sezonach będzie wystarczająco dużo interesujących dla mnie serii. Ale stay tuned.

[tu właściwy wpis się kończy]
Trzeci odcinek Enen no Shouboutai/Fire Force zostanie (w chwili publikacji tego tekstu - został) wyemitowany z opóźnieniem. Bo rany po ofiarach podpalenia są wciąż zbyt świeże. Wyć się chce, proszę Szanownych P.T. Czytelników.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Troll ogląda #31 - Introspektywa

Na okoliczność podwójnego jubileuszu - to jest post nr 150, a ponadto blogowi niedawno stuknęło 20 tys. wejść - postanowiłem zrobić coś strasznego. Jednakowoż zamiast opowiadać dowcip (ten o Gąsce Balbince, jakby ktoś miał wątpliwości) zafunduję Szanownym P.T. Czytelnikom wgląd w głąb trollowego jestestwa. Z góry uprzedzam, że nie refunduję kosztów leczenia.

Gdyby ktoś zapytał mnie, jaki jest mój ulubiony film - nie będę miał żadnych problemów z odpowiedzią. Gdyby kazano mi wymienić trzy ulubione filmy - po dłuższym zastanowieniu podołałbym zadaniu. Ale ustalenie listy dziesięciu moich ulubionych filmów... to już była wielogodzinna męka. Pocierpcie zatem ze mną. Oto pierwsza trollowa dziesiątka filmowa, crème de la crème kinematografii oraz ukochane dzieci dziesiątej muzy. A także jeden czy dwa niewypały.

1. 12 Angry Men/Dwunastu gniewnych ludzi (USA, 1957)

Czarno-biały dramat sądowy w reżyserii Sidneya Lumeta, dla którego były to jednocześnie reżyserski debiut i pierwsza nominacja do Oscara. Co powstanie, jeśli w niewielkiej przestrzeni zamknie się 12 aktorów z Henrym Fondą na czele i każe im odegrać role sędziów przysięgłych w sprawie o morderstwo? Arcydzieło i legenda kina. Film nakręcono w zaledwie 19 dni, z użyciem genialnych w swej prostocie zabiegów wizualnych (szeroki-wąski kąt obiektywu, ujęcia "od dołu"), dających efekt coraz bardziej dusznej i napiętej atmosfery, panującej w sali obrad. Mój ukochany film. 



Troll w ogóle lubi dramaty sądowe. Inne lubiane i polecane tytuły: A Time to Kill/Czas zabijania (1996), Inherit the Wind/Kto sieje wiatr (1960), To Kill a Mockingbird/Zabić drozda (1962).

2. Casablanca (USA, 1942)

Najstarszy film na tej liście, kopalnia genialnych cytatów, propagandowe filmidło, które zostało jednym z najsłynniejszych melodramatów w historii kina. Międzynarodowa obsada, złożona po części z aktorów, którzy uciekli przed nazistami z Europy, a w rolach głównych: grający po raz pierwszy w swej karierze amanta Humphrey Bogart (do tej pory grywał głównie twardzieli i bandytów) i prześliczna Ingrid Bergman (w opinii trolla jedna z najpiękniejszych kobiet świata, ever). Za kamerą Michael Curtiz (reżyser m.in. Captain Blood/Kapitan Blood z 1935 r., za Casablance zgarnął Oscara). Troll uwielbia ten film za cięte monologi i dialogi (zwłaszcza te pomiędzy Bogartem a Claudem Rainsem) oraz Ingrid Bergman. 



Troll lubi Humphreya Bogarta. Inne polecane filmy z jego udziałem: The Maltese Falcon/Sokół maltański (1941), The Big Sleep/Wielki sen (1946, wystąpił tu z ówczesną żoną Lauren Bacall), kolejna wojenna propagandówka - Action in the North Atlantic/Konwój (1942) oraz Sabrina (1954, w którym partneruje mu najpiękniejsza kobieta świata - Audrey Hepburn).

3. Singin' in the Rain/Deszczowa piosenka (USA, 1952)

Film, który widziałem najwięcej razy spośród wszystkich tu wymienianych (dokładnej liczby podać nie jestem w stanie, ale z pewnością kilkanaście razy). Film, na którym uczyłem się angielskiego (tylko raz widziałem go po polsku, wszystkie kolejne seanse były już po wyłącznie po angielsku). Mój ukochany musical. 



O niektórych innych lubianych musicalach już wspominałem na blogu. Z niewymienionych wcześniej wypada wspomnieć Flashdance (1983) i Footloose (1984), które wprawdzie są bardziej taneczne niż śpiewane, ale też są fajne.

4. Potop/The Deluge (Polska, 1974)

Pod względem liczby zaliczonych seansów Potop ustępuje tylko Deszczowej piosence. Odmawiam przyjęcia do wiadomości, że istnieje jakakolwiek inna wersja tego filmu, niż oryginalna dwuczęściowa, trwająca ponad 5 godzin (316 minut). Nie godzi się, mości panowie! Ponieważ na YT nie idzie znaleźć zwiastuna Potopu w przyzwoitej jakości - Waszmościowie Czytelnicy pozwolą, że uraczę Was pojedynkiem urodzonego Michała Jerzego Wołodyjowskiego z urodzonym Andrzejem Kmicicem.


Dobrego kina historyczno-kostiumowego nakręcili Polacy całkiem sporo. O czym była już tu mowa. I jeszcze będzie.

5. Rękopis znaleziony w Saragossie/The Saragossa Manuscript (Polska, 1965)

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Polski film, na podstawie francuskojęzycznej powieści polskiego autora, ukochany przez amerykańskich kinomanów i twórców kina, odrestaurowany i udostępniony szerokiej publiczności (na VHS i DVD) za amerykańskie pieniądze. Pomieszanie z poplątaniem. Misterna konstrukcja szkatułkowa scenariusza, plejada gwiazd polskiego kina, świetne czarno-białe zdjęcia i muzyka Krzysztofa Pendereckiego. Pełen odjazd, moi drodzy. Zdecydowanie polecam. Zamiast fragmentu filmu - dokument o jego powstawaniu.



Spośród świetnych polskich filmów kostiumowych wypada jeszcze wymienić Krzyżaków (1960) i Matkę Joannę od Aniołów (1961).

6. Shichinin no samurai/Siedmiu samurajów (1954)

Troll lubi japońszczyznę. Japońskie komiksy, japońską animację, japońską muzykę (tradycyjną i popularną), a ostatnio także japońską literaturę popularną. A także japońskie kino - a przynajmniej niektóre filmy. Na pierwszym miejscu jest zaś ten ponadtrzygodzinny fresk Akiry Kurosawy o grupie roninów broniących wieśniaków przed bandytami, za miskę ryżu. Film narobił na świecie sporo szumu - był głośny do tego stopnia, że Amerykanie zrobili swoją wersję. Na Dzikim Zachodzie. Dwa razy (ale o tym drugim im ciszej, tym lepiej).



Inne polecane (fabularne) filmy japońskie: Kumonosu-jō/Tron we krwi (1957), Yojimbo/Straż przyboczna (1961) i Ran (1985) Kurosawy oraz Gojira/Godzilla (1954) Ishiro Hondy.

7. Il buono, il brutto, il cattivo/Dobry, zły i brzydki (Włochy/Hiszpania, 1966)

A skoro już mowa o Dzikim Zachodzie... Ale tym bliższym, smakującym spaghetti. Sergio Leone zrobił kawał dobrej roboty dla popularyzacji westernu (oraz kariery Clinta Eastwooda). A Ennio Morricone zrobił kawał dobrej roboty pisząc muzykę do tego - i innych filmów Leone. Szanowni P.T. Czytelnicy zechcą obejrzeć razem ze mną jeden z najlepszych filmowych pojedynków ever.



Generalnie lubię westerny. Na liście ulubionych jest m.in. inny film S. Leone -  Per un pugno di dollari/Za garść dolarów (1964), inny film z C. Eastwoodem - Pale Rider/Niesamowity jeździec (1985) i dwa neo-westerny Quentina Tarantino - Django Unchained/Django (2012, który nawiasem mówiąc nawiązuje do innego spaghetti westernu) i The Hateful Eight/Nienawistna ósemka (2015).

8. Life of Brian/Żywot Briana (Wielka Brytania, 1979)

Wbrew obiegowej opinii to nie jest satyra na Jeszuę ben Josefa zwanego Xristosem czy jego nauki, ale ironiczna opowieść o jego rówieśniku, Brianie Cohenie i perypetiach tegoż z rzymskimi okupantami Judei. Oraz o głupocie, której źródłem jest fanatyzm. Temat bardzo bliski trollowemu sercu...



Generalnie cała filmografia Monty Pythona rządzi. W tym także groteskowy Jabberwocky (1977). Troll poleca.

9. Indiana Jones and the Raiders of the Lost Ark/Poszukiwacze zaginionej arki (USA, 1981)

Jeszcze jeden film z motywami biblijnymi. Ale tym razem potraktowanymi serio, choć sam obraz jest klasyką kina przygodowego, a i humoru w nim nie brakuje. Klasyka "Kina Nowej Przygody", pierwsza z trzech historii o archeologu-awanturniku (nie było, nie ma i nie potrzeba części czwartej...) brawurowo zagranym przez znajdującego się akurat po sukcesie Gwiezdnych wojen na fali wznoszącej Harissona Forda (za chwilę wystapi w równie kultowym Blade Runnerze). Czysta rozrywka w najlepszym stylu. I świetna muzyka Johna Williamsa. Także oglądany wielokrotnie.



Troll ma się rozumieć poleca także pozostałe dwa filmy z trylogii. Oraz King Solomon's Mines/Kopalnie króla Salomona (ekranizacje z 1950 i 1985 r.).

10. Conan the Barbarian/Conan barbarzyńca (USA, 1982)

Najnowszy film na tej liście jest jednocześnie największą moją guilty pleasure. To nie jest dobry film. Ani scenariusz, ani reżyseria, ani aktorstwo nie są wybitne. Na mocny plus wyróżnia się za to muzyka Basila Poledourisa. Ale ja ten film lubię za samą postać Conana, do której - jak Szanowni P.T. Czytelnicy mieli już wielokrotnie okazję się przekonać - troll ma straszną słabość. Pozostałe filmy o Conanie są jeszcze gorsze. Może zapowiadany serial będzie lepszy, choć nie mam szczególnych nadziei.



Jakby ktoś chciał obejrzeć dobry film fantasy, to zostaje mu właściwie tylko Lord of the Rings/Władca pierścieni (2001-2003). A jeśli rzeczony ktoś toleruje nieco słabsze produkcje, to polecam Willow (1988), Excalibur (1981), Highlandera/Nieśmiertelnego (1986) i The Princess Bride/Narzeczoną dla księcia (1987).

Podsumowując: na liście moich ulubionych filmów znalazło się 5 filmów z USA, 2 polskie i po jednym japońskim, brytyjskim i włosko-hiszpańskim. Najstarszy film z listy powstał w 1942 r, najnowszy - w 1982 r. Dzieli je zatem równo 40 lat. Najwięcej filmów postało w latach 50. (trzy), po dwa - w latach 60., 70. i 80. Wniosek: troll jest starym pierdzielem, lubiącym starocie. Przy wpisach poświęconych ulubionym książkom, komiksom, animacjom, grom i muzyce powinno być nieco lepiej. Co nie znaczy, że takowe powstaną.

Ale stay tuned.


sobota, 2 lutego 2019

Troll czyta #27 - Ignorancja to siła. FUD vs GMO

Strach (fear), niepewność (uncertainity) i wątpliwość (doubt). A także ordynarne kłamstwo, fałszerstwo oraz terror polityczny i ekonomiczny. Wszystkiego tego i jeszcze więcej użyli przeciwnicy GMO w ideologicznej wojnie z biotechnologią w rolnictwie. Wojnie, której ofiary - rzeczywiste, a nie teoretyczne! - prawdopodobnie liczy się w setkach tysięcy, jeśli nie milionach. 

Na początku XIX w. brytyjski ekonomista Thomas Robert Malthus (1766-1834) sformułował tzw. statyczną teorię zasobów (opublikowana w 1798 r.). W ogromnym uproszczeniu: skoro liczebność ludzkości wzrasta w postępie geometrycznym, a produkcja żywności - arytmetycznym, to nieuniknioną konsekwencją jest przeludnienie, a w następstwie - gigantyczna klęska głodu, towarzyszące jej choroby i globalna wojna o zasoby ("katastrofa maltuzjańska"). 

Czy Malthus się mylił? Nie do końca (przyrost ludności faktycznie ma - lub przynajmniej do niedawna miała -  charakter geometryczny, a światowe zasoby surowców są ograniczone). Dlaczego zatem - pomimo osiągnięcia liczebności powyżej 7 miliardów (a przed końcem obecnego wieku mamy duże szanse przekroczyć 10 miliardów) - ludzkość nie umiera z głodu (pomijając tych nieszczęśników, którzy mieli pecha urodzić się w Jemenie, Somalii lub Etiopii), ani nie musi uciekać się do rozwiązań rodem ze "Skromnej propozycji" Swifta? Na pierwszych zajęciach z makroekonomii wtłacza się studentom do głowy zasadę ceteris paribus. Za Wikipedią: na polski [ten zwrot] tłumaczy się zwykle jako „przy pozostałych warunkach równych” lub „przy tych samych okolicznościach”. Użycie [go] w celu uproszczenia rozumowania oznacza świadome odrzucenie możliwości zajścia pewnych wydarzeń lub warunków, mogących zaburzyć związek między przesłanką a wnioskiem. Malthus nie wziął pod uwagę - bo nie mógł - możliwych skutków postępu technologicznego dla produkcji żywności. A nie mógł dlatego, że rewolucja przemysłowa, która ostatecznie doprowadziła do obecnego stanu wiedzy i techniki - w jego czasach dopiero nabierała tempa (silnik parowy Watta - 1763, parowiec Fultona - 1803, parowóz Stevensona - 1829, ogniwo Volty - 1800, telegraf Morse'a - 1837 itd.). Mechanizacja rolnictwa, nawozy sztuczne itd. - w momencie tworzenia teorii Malthusa wciąż były pieśnią przyszłości.

Katastrofa maltuzjańska - w największym uproszczeniu

Nawiasem mówiąc: doktryna zrównoważonego rozwoju, aktualnie królująca m.in. w Unii Europejskiej i wpisana do Konstytucji RP (art. 5) - powstała na gruncie krytyki twierdzeń Malthusa via raport Klubu Rzymskiego ("Granice wzrostu", 1972) i Raport Bruntland ("Nasza wspólna przyszłość", 1987).

Postęp techniczny towarzyszył rolnictwu "od zawsze" - od wynalezienia pługa (ok. 5500 rok p.n.e.). Mogłoby się zatem wydawać, że rolnictwo - jako najbardziej niezbędne do istnienia ludzkości - zawsze będzie chętnie sięgać po efekty postępu technicznego. Od 1869 r. dzięki Miescherowi znamy DNA, od 1952 r. wiemy, że DNA bierze udział w dziedziczeniu (Avery, Hershey i Chase), od 1953 r. znamy jego budowę (Franklin, Wilkins, Watson i Crick), od 1966 r. znamy kod genetyczny i jego rolę w syntezie białek (Holley, Khorane, Matthaei i Nirenberg), a od 1977 r. umiemy DNA sekwencjonować (Gilbert i Sanger). Nauczyliśmy się izolować pojedyncze geny, odkrywać ich funkcje i przenosić je między organizmami. Dlaczego zatem zdobycze na polu genetyki nie zostały zaadaptowane przez rolnictwo w pełni i wszędzie?

Na przeszkodzie - jak niemal zawsze w takich przypadkach - stoi ideologia. A konkretnie antynaukowe zastrzeżenia, formułowane i kolportowane przez wszelkiej maści aktywistów, polityków, lobbystów, ekoterrorystów, szarlatanów i kłamców. Tak jak pierwsza rewolucja przemysłowa miała za przeciwników luddystów (od nazwiska na wpół legendarnego - nie wiadomo czy faktycznie istniał - Neda Ludda), tak rewolucja biotechnologiczna ma swoich neo-luddystów (a raczej rifkinistów - od nazwiska jak najbardziej realnego Jeremy'ego Rifkina, zawodowego aktywisty, który zapoczątkował całą histerię): Greenpeace, Unię Europejską, ruch antyglobalistyczny, lobby "rolnictwa organicznego" i bandę usłużnych pseudonaukowców.

Diabelska kukurydza-mutant-GMO atakuje!
XXI w., koloryzowane

W tym miejscu troll wyjaśni Szanownym P.T. Czytelnikom co ma na myśli, kiedy pisze o "GMO". Chodzi mi głownie o dwa rodzaje modyfikacji genetycznych roślin: te dające odporność na pestycydy (np. na glifosat) oraz te powodujące wydzielanie przez roślinę toksyny Bt (insektycyd, wytwarzany w przyrodzie przez bakterie Bacillus thuringiensis). Oba typy modyfikacji zostały zastosowane do wykreowania setek odmian pszenicy, kukurydzy, rzepaku, bawełny, ryżu i innych roślin. I o nie toczy się większość batalii przeciwko upowszechnieniu GMO. Choć nie tylko, jak widać na przykładzie wojny ze "złotym ryżem".

U podstaw sprzeciwu wobec GMO stoi zupełnie zrozumiały i ogólnoludzki strach przed nieznanym. Dotychczas ze strachem tym zawsze udawało się wygrać dzięki wiedzy - rzetelnej nauce. Jednak źródłem strachu przed GMO jest sama nauka, a podsyca go powszechna ignorancja i świadome kłamstwo. W takiej sytuacji zwycięstwo jest wątpliwe. Dlatego tak ważne jest upowszechnianie wiedzy. Zarówno na temat istoty GMO, jak i na temat szalbierstw przeciwników biotechnologii.

Dlatego troll niniejszym zachęca do lektury wydanej w roku 2017 książki Marcina Rotkiewicza - dziennikarza i popularyzatora nauki -  W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki. Na blisko 300 stronach autor rozprawia się z mitami, bzdurami i kłamstwami przeciwników GMO. Przedstawia także sylwetki największych szkodników - pseudonaukowców, polityków i aktywistów, odpowiedzialnych za rozpowszechnianie ww. mitów i bzdur. Przy okazji, zgodnie z tytułem książki, obrywa się mitomanom od glutenu i antyszczepionkowcom/proepidemikom. Szczerze polecam.

Smutna konkluzja trolla jest taka, że antynaukowa postawa jest w dzisiejszych czasach o wiele bardziej rozpowszechniona, niż kiedykolwiek. I jeżeli ten stan nie ulegnie zmianie - prędzej czy później przyjdzie nam zapłacić za to bolesną cenę.

Marcin Rotkiewicz
W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec, 2017
296 stron.

sobota, 26 stycznia 2019

Troll gra #33 - 2018. Rok zawiedzionej nadziei

Miało być tak pięknie. Niestety, podsumowanie ubiegłego roku w branży będzie - w przeważającej części - hiobowe, a prognozy na przyszłość - kasandryczne. Przypominam także Szanownym P.T. Czytelnikom, że troll jest graczem PCtowym i rzeczone podsumowanie siłą rzeczy będzie PC-centryczne.

Zacznijmy od pozytywów. Znaczna część produkcji, których nadejście zapowiadałem, faktycznie się w ubiegłym roku ukazała. W dodatku okazały się całkiem znosne, jeśli wierzyć krytykom. Według serwisu Metacritic na PC najniższe oceny spośród zapowiadanych przeze mnie tytułów zebrał Vampyr, ale nawet w tym przypadku średnia z recenzji wyniosła 72 pkt. Najlepsze oceny dostały ex aequo Monster Hunter: World i Pillars of Eternity 2: Deadfire - ze średnią 88 pkt każdy. Reszta nowych gier - poza Kingdom Come: Deliverance, do którego jeszcze wrócimy - dostała ponad 80 pktów.

Jedna z najlepszych gier 2018 r.

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję także sukcesy - finansowe i artystyczne - Red Dead Redemption II i God of War. Zwłaszcza ten drugi tytuł pokazał, że dla samotnego gracza nadal opłaca się tworzyć duże, rozbudowane gry. Apokalipsa trybu single player wciąż jakoś nie chce nastać, na przekór powtarzanym od lat proroctwom tzw. “dziennikarzy” i marketingowców.

Wypada też wspomnieć o gigantycznej popularności Fortnite Battle Royale, które przebiło PUBG pod każdym względem (więcej graczy, większy dochód, więcej streamerów, więcej oglądających itd.). Skutkiem ubocznym tej popularności - i powstania bazy 125 milionów użytkowników - było otwarcie przez Epic Games własnego sklepu. Reklamowany jest jako konkurencja dla Steama (zwłaszcza pod względem opłat prowizyjnych dla autorów, chcących sprzedawać swoje gry za jego pośrednictwem) i agresywnie promowany rozdawnictwem darmowych tytułów. O skuteczności działań Epic Games świadczyć może, że kolejni wydawcy ogłaszają przeniesienie swoich nowych gier na tę platformę. Generalnie popieram zwiększenie konkurencji na rynku (bo zazwyczaj zyskują na tym konsumenci), a konieczność instalowania kolejnego oprogramowania do obsługi gier jest niewielkim kosztem uzyskania.

Za ostatni jasny punkt ubiegłego roku uznaję otwarcie się Sony na ideę rozgrywki cross-platformowej. Wprawdzie wciąż w znikomym stopniu i tylko eksperymentalnie, ale jest to w mojej opinii krok w dobrym kierunku. W przeciwieństwie do innych działań koncernu, o których wspominam niżej.

Z całą pewnością najlepiej zarabiająca gra 2018 r.

I to by było na tyle. Dalej będzie już niemal wyłącznie o negatywach.

Opóźnienia zaliczyły: Code Vein, Mount & Blade 2: Bannerlord, Griftlands i GreedFall. Data premiery: wciąż nieznana. Oxygen Not Included wciąż nie wyszło ze "wczesnego dostępu", ale jest stale rozwijane. Cyberpunk 2077 został zaprezentowany szerszej publiczności - i okazał się grą FPS, a więc niestety nie dla mnie. Szanowni P.T. Czytelnicy śmiało mogą nie traktować tego akurat wydarzenia w kategoriach negatywnych.

W zasadzie to stały wzrost wartości branży jako całości powinienem odbierać w kategoriach pozytywów. Dlaczego tak nie jest? Bo wynika on z trendów, których za pozytywne uznać nie można. A na pierwszym miejscu wśród przyczyn jest niepohamowany apetyt wydawców na pieniądze.

W tym miejscu mały disclaimer: ja wiem, że rozrywka elektroniczna to biznes. A biznes ma zarabiać i przynosić pieniądze swoim właścicielom. Nie zmienia to faktu, że działania wydawców daleko wyszły poza zakres akceptowalny w normalnym biznesie i wkroczyły w sferę niezdrowych, a często wręcz oszukańczych, praktyk.

Szanowni P.T. Czytelnicy być może pamiętają, że w roku 2017 epidemia lootboxów (kupowane za realne pieniądze szanse wygrania różnych - tj. o różnym stopniu atrakcyjności dla kupującego - bonusów w grze) osiągnęły punkt krytyczny i niechętna (a momentami wręcz wroga) reakcja klientów skłoniła niektórych wydawców do pewnego ograniczenia tych praktyk. O tym, że było to ograniczenie w stopniu dalece niewystarczającym przekonaliśmy się w roku ubiegłym, kiedy to pierwsze rządy (Belgia, Holandia) uznały oficjalnie lootboxy za odmianę hazardu i nakazały ich usunięcie z gier dystrybuowanych na terenie im podległym, pod karą zakazu dystrybucji i grzywny dla wydawcy. Niektórzy (np. Valve w przypadku DOTA 2) się posłuchali, inni - jak EA w przypadku gier sportowych (zwłaszcza serii FIFA) - postanowili pójść w zaparte. Przy okazji - również na skutek działań rządów - EA zostało zmuszone do ujawnienia faktycznych rozkładów prawdopodobieństwa trafienia poszczególnych nagród. Okazało się, że najbardziej pożądane z nich mają szansę trafienia poniżej 0,1%. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można powiedzieć, że problem ten dotyczy wszystkich lootboxów. Nawiasem mówiąc, w ramach prac UE ogłoszono powstanie zespołu przedstawicieli 15 państw, mającego zająć się problemem. Troll będzie śledził dalszy rozwój sytuacji.

Niespodzianka!

Inne parszywe praktyki wydawców to np. pakowanie mikrotransakcji do gier jakiś czas po ich premierze - a więc już po okresie, kiedy recenzenci wystawiają oceny, które gracze biora pod uwagę podczas zakupów. W ten sposób gra unika obniżenia ocen za niecne wyciąganie kasy od graczy (bardzo rzadko bowiem recenzje podlegają rewizji). W procederze tym przoduje zwłaszcza Activision-Blizzard. Nie mogę się doczekać, aż praktyka ta zostanie zrównana z false advertising i zakazana.

Największym kawałkiem branżowego tortu ( w 2018 r. łącznie było to prawie 135 miliardów USD przychodu) jest ten pochodzący z gier mobilnych (ok. 47% całości). Generuje go przede wszystkim Azja - z pięciu największych krajowych rynków gier (ogółem, nie tylko mobilnych) aż trzy znajdują się w tym regionie (Chiny z blisko 35 mld USD wartości, Japonia z niemal 18 mld USD i Korea Południowa z prawie 6 mld USD). Najlepiej zarabiająca gra 2018 r. - Fortnite z 2.4 mld USD przychodu - też oczywiście ma swoje porty mobilne. Jednocześnie segment mobilny jest w największym stopniu narażony na tzw. “predatory practices” (polskie tłumaczenie “drapieżne praktyki” brzmi trochę durnie…) wydawców. Lootboxy, “mikrotransakcje” (idące w setki USD/transakcję, a więc nie takie znowu mikro), żałośnie niska jakość produktu w stosunku do wydanych pieniędzy, klony gier innych wydawców itd. -  rynek gier mobilnych jest tym syfem wręcz przesycony. A jednocześnie “rozwija się” w największym tempie.

Nic dziwnego, że poszukujący szybkiego i jak największego zysku wydawcy rzucili się na rynek mobilny szturmem. Dowodząc przy okazji, że kompletnie nie rozumieją swoich dotychczasowych klientów - graczy PCtowych i konsolowych. W poprzednich latach prym w tej kwestii wiodło - oczywiście - EA (niesławny mobilny Dungeon Keeper, oprotestowane przez fanów plany mobilnej wersji Command & Conquer). Apogeum nastąpiło zaś w trakcie ubiegłorocznego BlizzConu (impreza fanów gier Blizzarda, do tej pory adresowanych w pierwszej kolejności do posiadaczy PC), kiedy to wydawca głównym punktem programu uczynił… prezentację mobilnej wersji Diablo. Generalnie negatywne reakcje publiczności (jak np. pytania z sali (“Czy to niewczesny żart primaaprilisowy?”) i buczenie po informacji, że wersja PC nie jest planowana) spotkały się z całkowitym niezrozumieniem ze strony przedstawicieli wydawcy (niesławne “Do you guys not have phones?!”, które wywołało kolejne żywiołowe protesty). Oliwy do ognia dolał fakt, że owa mobilna wersja Diablo wyglądała do złudzenia jak klon innej gry developera, któremu Acti-Blizz zleciło stworzenie tytułu. Która to gra była... mobilnym klonem Diablo. Efekt końcowy? Zapaść kursu giełdowego Activision-Blizzard, zwolnienia, cięcia kosztów, niedawne odejście dwóch CFO (Chief Financial Officer) w niewielkim odstępie czasu, prawdopodobnie trwa także śledztwo ws. możliwych nieprawidłowości finansowych w firmie. Dodatkowo Bungie, developer serii Destiny, zerwał umowę wydawniczą z Acti-Blizz, zachowując wszystkie prawa do serii. 

Niespodzianka! x2

Niezrozumieniem klientów popisała się także Bethesda (zarówno jako developer tj. Bethesda Game Studios, jak i jako wydawca - Bethesda Softworks) przy okazji Fallouta 76. Próba załapania się na wózek pod szyldem “Online Survival Game” za pomocą znanej i lubianej marki (choć kredyt zaufania wobec twórców został już wcześniej poważnie nadszarpnięty “dzięki” Fallout 4) okazała się istnym teatrem niekompetencji. Niedopasowany do postawionych przed nim zadań silnik gry, liczne (nawet jak na dotychczasowe dokonania Bethesdy na tym polu) błędy, decyzja o wydaniu gry na PC wyłącznie poprzez własny, niedopracowany i nieprzygotowany na zwiększone zainteresowanie klientów sklep i całkowity blamaż na polu marketingowym (wyciek danych klientów, sprawa “worka na śmieci” zamiast obiecanej płóciennej torby w edycji kolekcjonerskiej, afera z Nuka Dark Rum) przyczyniły się do tego, że gra zebrała wyjątkowo marne oceny (średnia recenzji krytyków na Metacritic to jedynie 52 pkty - bardzo nisko jak na przemysł, w którym 70 pkt dostają tzw. przeciętniaki. Ocena użytkowników to zaś zaledwie 2.6 pkt...). Marnie to wróży zapowiedzianym w zeszłym roku Elder Scrolls VI oraz zupełnie nowej IP - Starfield. O tym, że Bethesda także usiłuje wyszarpać dla siebie kawałek mobilnego tortu (spin-offem serii The Elder Scrolls - Blades, zapowiedzianym na rok obecny) chyba nie muszę wspominać, bo to oczywista oczywistość.

Electronic Arts swoich klientów zrozumiało bardzo dobrze. Ale postanowiło ich zignorować. W imię ideologii. Przy okazji dokonując aktu rewizjonizmu historycznego. Patrick Soderlund, główny projektant, poradził wszystkim wkurzonym zideologizowaną, nieautentyczną wizją II Wojny Światowej, zawartą w Battlefield V, żeby... nie kupowali gry. No i nie kupili. W rezultacie EA zaliczyło solidne tąpnięcie na giełdzie (wycena giełdowa spółki poleciała w dół o ponad 20 miliardów USD). A Patrick Soderlund w międzyczasie wyniósł się z firmy.

Niespodzianka! x3

Ideologia dobrała się do czterech liter także twórcom Kindgom Come: Deliverance. Poszło o to, że w grze zabrakło czarnoskórych. W tytule osadzonym w centrum Europy, w XV w. Usiłujący tłumaczyć swoją decyzję przekazami historycznymi reżyser Daniel Vavra został okrzyczany przez ideologów "rasistą". Nawiasem mówiąc, jeśli ufać Uniwersytetowi Jana Gutenberga w Mainz to jedynymi nie-białymi na terenie Czech w przedmiotowym okresie historycznym mogli być Połowcy (lud pochodzenia tureckiego) - którzy jak najbardziej znaleźli się w grze.

Z atakami ideologów musiało poradzić sobie także Valve, po tym jak zadeklarowało, że nie będzie  sędzią sumień i arbitrem smaku. Do sprzedaży na Steamie miały być dopuszczane wszystkie tytuły, z wyjątkiem tych otwarcie łamiących prawo i "obvious trolling". Reakcja ideologów? Skoordynowany atak na sklep, ponieważ w ich wizji rzeczywistości "brak ostrego potępienia" = "popieranie". Odmawiam komentowania.

Faktycznie, w chwili obecnej Steam sprzedaje - odpowiednio oznaczone - tytuły z "mature content". Ale bynajmniej nie oznacza to, że na platformę trafiają wszystkie zgłoszone gry. Z powodu - najprawdopodobniej - rozszerzonej interpretacji prawa stanowego stanu Waszyngton (gdzie znajduje się siedziba Valve Corporation), do sprzedaży nie trafiają żadne tytuły, które choćby sugerują możliwość wykorzystywania (rozumianego w najszerszy możliwy sposób) nieletnich. Nawet jeśli nie zawierają rzeczonej "mature content". Rozumiem powody. Pragnę tylko zauważyć, że jeśli ktoś w nierealistycznych obrazach, utworzonych z pikseli, widzi dzieci, to prawdopodobnie stanowi zagrożenie dla społeczeństwa i należy go leczyć, gdyż nie odróżnia rzeczywistości od fikcji. Za chwilę taki ktoś gotów wzywać policję, bo ktoś w grze "zastrzelił" inny zbiór pikseli. Albo, bo ja wiem, wzywać do ograniczenia stosowania nieistniejących, wykonanych z plastiku przedstawień futer - w imię ochrony prawdziwych zwierząt hodowanych na futra. A nie, wróć, to już miało miejsce. 

Swój udział w promowaniu cenzury obyczajowej ma też Sony. Od tego roku wszystkie gry wydawane na Playstation muszą zostać zatwierdzone przez oddział koncernu zlokalizowany w Kaliforni. Nie ma znaczenia, na jaki rynek skierowany jest tytuł i do jakiej publiczności docelowej - zawartość musi spełniać wymogi purytańsko-mieszczańskiej moralności autorytarnych ideologów z Zachodniego Wybrzeża USA. Chapeau bas, Sony. W rezultacie, paradoksalnie, na konsolę Nintendo - które dotychczas uznawane było za najbardziej family friendly - trafiają wersje mniej ocenzurowane, niż na Playstation 4. A cenzura ta jest czasem skrajnie absurdalna. I wybiórczo omija krew i przemoc.

Niespodzianka! x4

Cenzura obyczajowa z przyczyn ideologicznych to jedno, ale w 2018 niewiele brakowało, żebyśmy mieli do czynienia z cenzurą z przyczyn politycznych. Ubisoft zamierzał - przy okazji wprowadzenia Rainbow Six: Siege na rynek chiński - ocenzurować w grze wszystko, co nie podoba się chińskim państwowym ideologom (krew, odniesienia do hazardu, wszelkie sugestie odnośnie erotyki). I bynajmniej nie chodziło o to, że powstanie ocenzurowana wersja na rynek chiński. O nie, cenzurą mieli oberwać absolutnie wszyscy dotychczasowi nabywcy. Po protestach - m.in. w formie review bombingu (masowego wystawiania grze skrajnie negatywnych ocen przez nabywców) - Ubisoft ostatecznie wycofał się z planów cenzury.

Review bombing to jedno z ostatnich narzędzi, jakimi gracze mogą się bronić przed niekorzystnymi dla nich decyzjami właścicieli tytułu. Nic dziwnego, że polityka ta nie podoba się wydawcom i zideologizowanym do cna pieskom chodzącym na ich smyczy - czyli tzw. "dziennikarzom". Ale o braku etyki dziennikarskiej w branży napiszę może innym razem.

Ten tekst zrobił się już bardzo długi, dlatego o moich własnych dokonaniach w 2018 r. napiszę skrótowo. Nie kupiłem praktycznie żadnego nowego tytułu (poza Vermintide II i DLCkami do gier Paradoxu i Don't Starve), grałem niespecjalnie dużo, a moją najulubieńszą grą w ubiegłym roku został Tabletop Simulator. Z przyczyn już na blogu opisywanych.

Jak będzie wyglądał rok 2019? 
Prawdę rzekłszy, nie spodziewam się zbyt wielu pozytywów. Mam nadzieję, że wspomniane wyżej opóźnione tytuły tym razem zostaną wydane (patrzę na ciebie, Bannerlordzie...). W temacie wojny kulturowej za to będzie pewnie tylko gorzej. 

I z tak niemiłą konkluzją żegnam Was, Szanowni P.T. Czytelnicy.

sobota, 27 października 2018

Troll gra #32 - An adventurer like you - Part 3

Niniejszy post jest trzecim (i ostatnim) z serii wpisów o modowaniu Skyrima. Z przyległościami.

Zaczniemy od listy upiększaczy graficznych. Jak już wspominałem Skyrim wyszedł pod koniec cyklu życia siódmej generacji konsol i techniczne ograniczenia ich architektury dały mu się we znaki. Modyfikacje poprawiające tekstury, modele i efekty graficzne pojawiły się niemal natychmiast i do dzisiejszego dnia cały czas wychodzą nowe. Dzięki czemu gra nadal potrafi wyglądać oszałamiająco.

ENBSeries. Najważniejsza ze wszystkich modyfikacji, będąca dla grafiki Skyrima tym, czym SKSE (patrz poprzedni wpis) dla silnika skryptowego gry. I działająca na podobnej zasadzie (czytaj: magia). Vanilla (tj. niezmodyfikowany) Skyrim posiada raczej zimną i dość monotonną paletę barw. Do tego światło w grze jest mocno nierealistyczne (bardzo jasne noce i miejsca, w których teoretycznie nie ma źródeł światła). ENB zmienia te - i całą masę innych efektów graficznych (np. związane z pogodą). Dodaje także m.in. znienawidzone przez trolla efekty głębi pola widzenia (Depth of Field, DoF) i rozmycia w ruchu (motion blur) - na szczęście można je wyłączyć. Na Nexusie (patrz poprzedni wpis) można znaleźć wiele profili ENB, dzięki którym każdy dopasuje zestaw i moc efektów pod własne potrzeby. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że modyfikacja ma dość duże wymagania pod względem mocy obliczeniowej - jej instalacja zawsze wiąże się z obniżeniem liczby wyświetlanych klatek, nie ważne jak mocnym sprzętem dysponujecie. Ale efekty IMO są tego warte.  

Porównanie: po lewej "vanilla Skyrim", ustawienia "ultra"
po prawej Kountervibe ENB Northern Light
Vivid Weathers. Uzupełnienie i rozwinięcie efektów pogodowych z ENB (przy czym działa także bez niego i może być świetną alternatywą dla posiadaczy nieco słabszego sprzętu) i kilku innych modów. Nowe i ulepszone chmury, mgła, deszcz i efekty świetlne. Kolejny mod, dzięki któremu siedmioletnia gra wygląda czasem lepiej niż produkcje z tego roku. 


Realistic Water Two. Ostatni z polecanych tu modów poprawiających grafikę otoczenia. Tym razem na tapecie są woda, fale, pływający lód itp. Mod zawiera nowe tekstury dla różnych rodzajów wody (stojąca, płynąca itd.), nowe efekty cząsteczkowe np. wodospadów i inne. Duże możliwości konfiguracyjne i integracja z ENB.



DIMONIZED UNP female body (uwaga! NSFW). Modele postaci w Skyrimie nie były może aż tak paskudne, jak w Oblivionie (nie bez powodu przylgnęło do nich określenie "potato heads"), ale nadal wiele można było poprawić. No i poprawiono, przy okazji usuwając z nich bieliznę. Osobiście wolę ten model, zamiast wspominanego już CBBE (Caliente's Beautiful Bodies Edition) (uwaga! NSFW). Nie są to oczywiście jedyne modyfikacje tego typu, ale akurat te dwie są zdecydowanie najpopularniejsze. Dla obu powstały liczne konwersje istniejących i zupełnie nowe modele ubrań, zbroi itd. Seria Bijin (NPCs, Warmaidens, Wives) rozwiązuje drugą część problemu: ulepsza modele i tekstury twarzy większości kobiecych postaci. Ulepszenia dla pozostałych można znaleźć np. w modzie The Ordinary Women. 

Z oczywistych względów dla męskich postaci powstało o wiele mniej modyfikacji tego typu (np. Better males - Beautiful nudes and faces - New hairstyles czy niesławne Shlongs of Skyrim...). Plaga "ziemniaczanych głów" najbardziej trawi postacie dzieci, ale tu nie jestem w stanie pomóc. Na Nexusie jest wprawdzie kilka modyfikacji modeli dzieci (RS Children Overhaul czy Dolls - Children Overhaul), ale żadnej z nich nie używałem.

Static Mesh Improvement Mod (SMIM). Skoro już jesteśmy przy modelach - ta modyfikacja zmienia olbrzymią ich liczbę. Praktycznie wszystkie nieożywione elementy gry zostały w niej poprawione. Pełna lista zmian wypełniłaby kilka takich wpisów, polecam zatem samemu sprawdzić co zostało ulepszone.



LeanWolf's Better-Shaped Weapons. Z jakiegoś powodu projektanci broni w grach fantasy (a zwłaszcza azjatyckich MMO...) regularnie popełniają ten sam błąd: każą postaciom używać absolutnie groteskowych, przerośniętych i karykaturalnie ukształtowanych elementów uzbrojenia. Skyrim bynajmniej nie jest wyjątkiem. Ta modyfikacja nieco (podkreślam: nieco) poprawia ten stan rzeczy, dzięki czemu miecze nie wyglądają już jak szpadle... a przynajmniej nie wszystkie. 

Drugą najważniejszą grupę modów tworzą te zmieniające zasady gry. Wspominałem już, co sądzę nt. używania i nadużywania pojęcia immersji - nie będę się zatem powtarzał. Tu wymieniam te mody, które dla mnie poprawiają immersję. Przy czym celowo pomijam wielkie projekty typu total overhaul (zmieniające całkowicie magię, system perków itp.)

Wet & Cold. Niby daleka północ, zimno jak diabli, śnieg i lód dookoła - ale mało kto nosi jakąś ochronę przed zimnem. Rozumiem tubylców, bo oni mają naturalną odporność na zimno. Ale reszta powinna coś zakładać. Ten mod oprócz zimowych ubrań (płaszczy, kapturów, masek na twarz) dodaje także wizualne efekty typu osiadanie śniegu na postaci, oddech zamieniający się w parę itp. Dotyczy to również efektów deszczu (jak np. woda spływająca kroplami z postaci), a jeśli mamy zainstalowane DLC Dragonborn - także popiołu.

Cloaks of Skyrim. Jak jesteśmy przy zimowych ubraniach - wspomnijmy i o tym modzie. Dodaje naprawdę dużo wzorów płaszczy (płaszcze dla różnych frakcji, płaszcze unikalne itp.). Troll ma do tej modyfikacji duży sentyment.






Bandolier - Bags and Pouches. Jednym z bardziej uciążliwych ograniczeń jest limit udźwigu naszej postaci (zwłaszcza jeśli się go przekroczy...). Tym bardziej jeśli ktoś - jak troll - ma zwyczaj obrabowywania każdego napotkanego grobowca, lochu itp. Ten mod wychodzi naprzeciw moim potrzebom. Dzięki samodzielnie wykonanym torbom, sakwom itp. udźwig postaci rośnie w znacznym stopniu, bez potrzeby stosowania magii czy rozwijania staminy. A do tego elementy te bardzo fajnie wyglądają na postaci.   
Wearable Lanterns. Skoro już poprawiliśmy światło w grze przy użyciu modyfikacji graficznych, teraz trzeba sobie jakoś poradzić z ciemnością w lochach itp. Jeśli nie chcemy nosić naręcza pochodni - rozwiązaniem jest umocowana do pasa latarnia. Mod oferuje kilka typów, z regulowanym zasięgiem światła, opcjonalnym zużyciem paliwa itp. Praktycznie zawsze pierwszą rzeczą, jaką tworzę po rozpoczęciu gry nową postacią, jest latarnia podróżna.

Timing is Everything & The Choice is Yours - dwa mody pozwalające na pełną kontrolę nad momentem rozpoczęcia niektórych questów lub pozwalające odmawiać wykonania niektórych questów. Niezastąpione dla kogoś takiego jak ja, kto nie lubi głównego wątku i chce sobie po prostu pozwiedzać. 

Jeszcze niedawno umieściłbym w tym miejscu także Duel - Combat Realism (mod bardzo mocno zmieniający walkę, wymuszający oszczędniejsze gospodarowanie staminą, częstsze parowanie itp.) ale aktualnie cały czas poszukuję nowych rozwiązań w tym zakresie. Za to wrzucę w miarę aktualne zestawienie kilku innych modów tego typu.


Niektóre dobre mody zmieniające walkę

Seria modów wpływających na zachowanie NPCów: Run For Your Lives (cywile uciekają przed smokami i wampirami, zamiast głupio ginąć), Guard Dialogue Overhaul (dzięki czemu strażnicy nieco bardziej sensownie komentują wyczyny naszej postaci, zamiast ciągle dopytywać o słodycze i pomstować na strzałę w kolano) i Immersive Citizens - AI Overhaul (czyniący zachowania NPCów nieco bardziej ludzkimi - mają swój rozkład dnia, czasem nawet podróżują itd.)

W ten sposób gładko przejdziemy do modów dodających nowe elementy. Przy czym celowo pomijam tu mody dodające nowe tereny i linie fabularne w rodzaju FalskaarMoonpath to Elsweyr czy Helgen Reborn i wspominam projekty wzbogacające już istniejącą fabułę o mniejsze elementy.

Interesting NPCs i Inconsequential NPCs łącznie dodają do gry ponad 300 NPCów, z własnymi dialogami (nagranymi przez aktorów!), questami itp. Kawał świetnej roboty, urozmaicający świat.

Immersive Armors & Immersive Weapons to z kolei kolekcje nowych i zmodyfikowanych zestawów zbroi i broni. Autor postarał się, aby nowe obiekty nie odstawały za bardzo klimatem od tego, co już można było znaleźć w grze, za co należą mu się brawa. Dzięki skryptowi dystrybucyjnemu NPCe i przeciwnicy także będą używać uzbrojenia dodanego tymi modyfikacjami. 

Prezentacja moda Immersive Armors

Ostatnia kategoria to mody humorystyczne, z których sam wprawdzie nie korzystam - ale najwidoczniej ktoś to robi. Macho Dragons. Tomas the Tank Engine Dragons. Bear Musician. My Little Pony mounts. Possibilities are endless...

Tematyka modyfikacji do Skyrima jest tak obszerna, że każdy tekst jej poświęcony będzie wyłącznie bardzo pobieżnym ujęciem problemu. Moje trzy wpisy wyłącznie liznęły wierzchołek góry lodowej. Zachęcam Szanownych P.T. Czytelników do samodzielnego zgłębiania tematu i wyszukiwania ciekawych modyfikacji. Cały czas pojawiają się bowiem nowe. Stay tuned!

Dlaczego troll tak bardzo lubi Skyrima?
Dlatego.

sobota, 13 października 2018

Troll ogląda #29 - Chlew pański

Nie lubię filmów Wojciecha Smarzowskiego. Obejrzałem Wesele (2004), próbowałem - bezskutecznie - obejrzeć Dom zły (2009) i Drogówkę (2012). Kolejnych już nawet nie próbowałem oglądać. Owszem, żaden z tych filmów nie został nakręcony po to, żeby się podobać widzom - ale mi nie o ich tematykę chodzi. Mi nie podoba się sposób, w jaki Smarzowski kręci filmy, prowadzenie narracji i nachalny symbolizm (równie subtelny, co ciosy tasaka, którym operuje rzeźnik terminujący u reżysera jako montażysta). Wybierając się na Kler (2018) nie oczekiwałem zmiany tego stanu rzeczy. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Trailer do filmu sprokurowano wedle najlepszych amerykańskich wzorców: pokazać sceny odwołujące się do emocji widza, a jednocześnie sprzedać mu zupełnie inny film, niż w rzeczywistości nakręcono. Historia faktycznie zaczyna się od pokazanej w trailerze libacji, podczas której trzech księży: Kukuła (rewelacyjny Arkadiusz Jakubik), Trybus (tradycyjnie dobry Robert Więckiewicz) i Lisowski (przekonujący Jacek Braciak) świętuje swoje "cudowne ocalenie" przy wódzie, głośnej muzyce i sztubackich zabawach. A potem przestaje być zabawnie. 

Zwiastun

Każdy z trójki głównych bohaterów ma swój wątek, choć historia postaci Więckiewicza mocno odstaje od pozostałych i wydaje się nieco na siłę doszyta do reszty (do tego stopnia, że nazwisko tego bohatera, w przeciwieństwie do pozostałych, chyba nawet nie pada na ekranie - choć mogę się mylić). Nie zrozumcie mnie źle: ta część fabuły jest potrzebna i uzasadniona tematem całości, bez niej obraz byłby niepełny. Ale moim zdaniem została niekoniecznie dobrze wpasowana w strukturę narracyjną filmu, przyczyniając się do pogłębienia wrażenia chaosu panującego wśród poszatkowanych na chybił trafił linii fabularnych. Mój główny zarzut do wszystkich obejrzanych filmów Smarzowskiego ponownie zostaje podtrzymany. Ale taka już ich uroda. Troll nie lubi agresywnego montażu i Szanowni P.T. Czytelnicy nie powinni się zrażać do filmu tylko dlatego, że nie podoba mi się forma czy styl reżysera.

Lisowski to pracownik kurii biskupiej, karierowicz, z utęsknieniem wyglądający wyjazdu do Watykanu. Tymczasem awans blokuje mu zwierzchnik, biskup Mordowicz (jak zawsze świetny Janusz Gajos). Dostojnik ma niedługo celebrować 50. lecie święceń i przygotowania do obchodów tego wydarzenia pochłaniają wszystkich jego podwładnych, nie wyłączając księdza Lisowskiego. Trybus jest wiejskim proboszczem, otwarcie żyjącym w związku z kobietą (bardzo fajna Joanna Kulig) i pijącym na potęgę. Kukuła jako szkolny katecheta ma dużo do czynienia z dziećmi - także tymi z biedniejszych domów, zaniedbywanymi przez rodziny.

Tylko że losy ww. postaci to aby pretekst do pokazania samej instytucji Kościoła Rzymsko-Katolickiego w Polsce, w wielu aspektach jej funkcjonowania. Zdaniem reżysera - instytucji przeżartej na wylot rakiem korupcji, zła i zwykłego ludzkiego draństwa. Instytucji niemalże mafijnej w działaniu. Z jej powiązaniami z polityką - tak na na szczeblu lokalnym, jak i państwowym - i z biznesem - małym i dużym. Na ekranie znalazło się miejsce i dla obłudy, i dla chciwości, i dla obojętności. A przede wszystkim pokazano instytucję nieludzko traktującą ofiary swoich funkcjonariuszy (żeby nie powiedzieć "żołnierzy"). I samych funkcjonariuszy. 

Genialny plakat A. Pągowskiego
bardzo stosowny - na wielu płaszczyznach

Już przed premierą było wiadomo, że prominentnym wątkiem poruszanym w filmie będzie seksualne wykorzystywanie nieletnich w polskim kościele. I rzeczywiście, Smarzowski pokazuje każdy niemal aspekt tematu. Odwołuje się przy tym do wiedzy powszechnie dostępnej: książek Ekke Overbeeka Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim Kościele mówią (Czarna Owca, 2013) i Justyny Kopińskiej Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie (Świat Książki, 2015) oraz cytowanych w mediach wypowiedzi abp. J. Michalika (z 2013 r., o lgnięciu i wciąganiu; Szanowni P.T. Czytelnicy wybaczą brak pełnego cytatu, ale ta obrzydliwość nie chce mi przejść przez klawiaturę). Overbeek - choć bez podania nazwiska - zostaje przywołany przez Mordowicza, a najbardziej odrażająca scena w filmie jest niemal dosłownym cytatem z akt procesu Agnieszki F. vel s. Bernadetta. Również scena, w której pokazano sposób traktowania ofiary duchownego sprawcy przez kurię wygląda, jakby żywcem wzięto ją z książki Holendra. Abp. Michalik zaś zostaje zacytowany verbatim. Tak więc zarzucanie filmowi, że celowo przerysowuje zjawisko - a takie głosy się pojawiły - jest nie tylko nieuprawnione, ale wręcz może stanowić element obrony przez atak. 

Film pokazuje bowiem, że instytucja KRK nie ma żadnych oporów przed atakowaniem ofiar lub osób naświetlających problem w mediach - najczęściej oskarża się je o szkalowanie dobrego imienia sprawców czy atak na instytucję jako całość. Sami sprawcy zaś znikają z pola widzenia opinii publicznej, przenoszeni do zlokalizowanych na uboczu ośrodków czy innych parafii. I nie jest przy tym ważne czy faktycznie dopuścili się zarzucanych im czynów - instytucja nie jest bowiem zainteresowana dojściem do prawdy, a jedynie obroną wizerunku. Dlatego i faktyczny oprawca, i niesłusznie oskarżony zostaną ukryci, by "nie gorszyć maluczkich". A wszelkim nieposłusznym funkcjonariuszom zamknie się usta, groźbą suspensy lub nakazem milczenia.

Nie można milczeć, nie wolno zapomnieć

Wątek maltretowania dzieci tak zdominował film, że w jego cieniu niemal zanikło to, co sam uważam za patologię może mniej jaskrawą i bolesną, ale równie niebezpieczną: związki tronu i ołtarza. Temat owszem jest obecny, ale jakby potraktowany po łebkach. A tymczasem z samej działalności Komisji Majątkowej Smarzowski miałby dość materiału, żeby nakręcić Kler 2. Zastanawiające (znaczące?) jest także pominięcie milczeniem wpływu rekordowo długiego pontyfikatu Karola Wojtyły na polski kler, w każdym jego aspekcie. Czyżby Smarzowskiemu zabrakło odwagi, żeby "zaatakować" narodową relikwię (a gwarantuję, że jakakolwiek wzmianka na ten temat zostałaby odebrana jako zamach na świętość)?  

Smarzowski nakręcił film chwytający za gardło, walący na odlew w pysk, poprawiający w wątrobę i  "na do widzenia" kopiący znokautowanego widza po nerkach. Wydawało mi się, że idę na seans przygotowany: przeczytałem książki Overbeeka i Kopińskiej, znałem doniesienia medialne o wypowiedziach Michalika i innych hierarchów. W jednym miałem rację: wydawało mi się. Wyszedłem z kina mentalnie poobijany. Siła obrazu - bez żadnych osłonek walącego po oczach ohydą i złem - jest bowiem o wiele większa, niż słowa pisanego. Dość powiedzieć, że z mojego seansu ludzie wychodzili w trakcie, a niektórzy - wiem, bo widziałem - zakrywali oczy.

Czy zatem spodziewam się, że film wywoła jakąś większą reakcję, głębszą dyskusję, pozytywną zmianę? Nie. Ci, którzy widzą potrzebę takowych, nie potrzebowali do tego filmu - i pozostaną w mniejszości. A nieświadoma większość filmu nie obejrzy, przekonana przez swych pasterzy (tak duchownych, jak politycznych), że to tylko szkalująca instytucję prop-agitka. Za to nie omieszka donieść do prokuratury, że ich uczucia religijne zostały obrażone - choć film bardzo daleki jest od poruszania jakichkolwiek tematów związanych z wiarą. Nieobejrzenie dzieła nigdy i dla nikogo nie było przeszkodą w powoływaniu się na art. 196 kk.

To nie jest film, do obejrzenia którego powinno się kogokolwiek zachęcać. Ale uważam, że warto go zobaczyć. Choćby jako przyczynek do dalszego zgłębiania tematu. Żeby samemu móc wyciągnąć wnioski. Myślcie, ludzie, kurwa. Myślenie ma przyszłość.

Kler, 2018, Polska
reż. Wojciech Smarzowski
scen. Wojciech Smarzowski, Wojciech Rzehak
133 min.

niedziela, 30 września 2018

Troll gra #32 - An adventurer like you - Part 2

Zgodnie z obietnicą kontynuuję temat modowania Skyrima. Bynajmniej nie będzie to jednak ostatni tekst na ten temat.

Zacznę bowiem od kolejnej dygresji. Szanowni P.T. Czytelnicy raczą wybaczyć. Wspomniałem poprzednio, że ostatecznie kupiłem tę grę dwa razy. Przyczyną tego stanu rzeczy była polityka cenowa polskiego wydawcy odnośnie dodatków. Ostatecznie ukazały się trzy: Dawnguard (2012 r. - XBOX 360 i PC, 2013 r. - PS3), Hearthfire (2012 r. - XBOX 360 i PC, 2013 r. - PS3) i Dragonborn (2012 r. - XBOX360, 2013 r. - PC i PS3). W czerwcu 2013 r. ukazała się tzw. Legendary Edition - czyli podstawka i wszystkie ww. dodatki w jednym wydaniu zbiorczym. Troll należy do wymierającego gatunku tzw. patient gamers i co do zasady nie kupuje gier nieprzecenionych (chyba że akurat nie, przy czym dotyczy to niemal wyłącznie dodatków do Stellaris i Crusader Kings 2). Także z zakupem dodatków do Skyrima czekałem na sensowną przecenę.

Trailer Dawnguard

Jako pierwszy nabyłem Hearthfire - mały (a przez to najtańszy) dodatek pozwalający na budowanie własnych domów i adoptowanie dzieci (alias Skyrim: The Sims Edition). Z zakupem Dawnguard (opowiadał o konflikcie wampirów i łowców wampirów, wprowadzał 2 nowe frakcje i nową broń - kusze) i Dragonborn (wprowadzał nowy obszar do zwiedzenia - znaną z poprzednich części wyspę Solstheim i nową frakcję przeciwników - kultystów czczących niejakiego Miraaka, zwanego "First Dragonborn", a przy okazji można było sobie pojeździć na smoku) czekałem na solidną obniżkę ceny. W tym miejscu należy wspomnieć (dygresja do dygresji, brawo ja...), że przez bardzo długi czas polski wydawca konsekwentnie blokował możliwość zakupu gry i dodatków do niej bezpośrednio ze Steama i kolejne - notabene bardzo korzystne (obniżki rzędu -75% były wówczas na porządku dziennym....) - promocje polskim graczom przechodziły koło nosa. Musiałem poczekać na wyprzedaż dodatków w sklepie polskiego wydawcy. I nie doczekałem się. Doszło do tego, że taniej można było nabyć przecenioną w ramach którejś tam kolejnej promocji Legendary Edition, niż oba dodatki osobno. I tak oto drugi raz nabyłem tę samą grę (aczkolwiek wydałem mniej, niż za samą podstawkę dwa lata wcześniej). Brawo ja.

Skyrim okazał się dla Bethesdy kurą znoszącą złote jaja. Mimo upływu lat w dalszym ciągu sprzedawał się znakomicie (m.in. dzięki gigantycznej scenie moderskiej - to zawsze wpływa pozytywnie na żywotność tytułu; szkoda że nie każdy wydawca potrafi docenić ten fakt). Kiedy na rynku ukazała się nowa, ósma generacja konsol (zapoczątkowana jeszcze w 2102 r. przez WiiU od Nintendo, w 2013 r. pojawiły się PS4 i XBOX One), nastała moda na remasterowanie co ważniejszych tytułów wydanych na poprzednią generację (co zrozumiałe - w końcu było to tańsze i szybsze niż opracowywanie nowych tytułów od podstaw, a kasę od graczy można było wyciągnąć drugi raz...). Bethesdy nie trzeba było długo namawiać. W październiku 2016 r. ukazała się Special Edition (na PS4, XBOX One i PC - przy czym należy oddać sprawiedliwość wydawcy i podkreślić, że dotychczasowi posiadacze Legendary Edition na Steamie dostali tę wersję za darmo). Oprócz niewielkiego poprawienia grafiki i porzucenia architektury 32bit na rzecz 64bit (co wiązało się m.in. z poprawieniem wykorzystania pamięci RAM przez grę) najważniejszą jej cechą - o znaczeniu niemalże przełomowym - było udostępnienie modów na konsolach. Ale nic za darmo.

Trailer Special Edition

Jeszcze przed wydaniem Special Edition Bethesda próbowała wprowadzić płatne mody, wykorzystując do tego celu platformę Steam (a konkretnie jej funkcję Workshop). Reakcja społeczności była zdecydowanie negatywna - z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze - nagle za coś, co do tej pory było dostępne za darmo, kazano płacić. Co więcej - część opłaty miała trafiać nie do twórców modyfikacji, ale do Bethesdy (nie będę w tym miejscu prowadził wywodu nt. zasadności tej praktyki - może innym razem). Po drugie - okazało się, że niektóre płatne mody zostały umieszczone przez osoby, które wcale nie były ich autorami. Wybuchł niemały skandal, Valve i Bethesda wycofały się chyłkiem z całego pomysłu. Ale bynajmniej nie na zawsze.

W ramach przygotowań do wydania Special Edition Bethesda zapowiedziała uruchomienie tzw. Creation Club. Broniąc się przed kolejnym oskarżeniem o próbę wprowadzenia płatnych modów developerzy zapowiedzieli, że w ramach programu będzie dostępna wyłącznie nowa, przygotowywana we współpracy z nim zawartość. Takie swoiste mini-DLC (kupowane za virtual currency, kupowaną za real money). Ok, powiedziała społeczność, dajemy wam kredyt (bardzo niski...) zaufania. Uruchomieniu Creation Club (najpierw w Fallout 4, dopiero potem w Skyrim: Special Edition) towarzyszyła cała seria mniejszych i większych problemów. Nierozwiązana do dziś pozostała kwestia (dotyczy tylko posiadaczy konsol, ale IMO warta wspomnienia) ściągania całej zawartości na dysk, nieważne czy została faktycznie kupiona czy nie (okazuje się, że całkiem sporo użytkowników Internetu w Stanach korzysta z limitowanego dostępu... w XXI w. ...). Także początkowa zawartość oferowana w ramach Clubu była, mówiąc ostrożnie, niewarta wydawania pieniędzy (skórki na broń i zbroje z nowymi kolorami...). Jak jest w tym momencie - nie mam bladego pojęcia. Nie gram w Special Edition.

Jedna z opinii nt. Creation Club
by Jim Sterling

W tym miejscu dochodzimy do ważkiej kwestii: cały poniższy wywód dotyczyć będzie modowania Skyrima w wersji Legendary Edition (zwanej pieszczotliwie "Oldrim"). Ma ona wprawdzie swoje - poważne - ograniczenia (wspomniana już kwestia zarządzania pamięcią przede wszystkim), ale w stosunku do Special Edition ma jedną, niezaprzeczalną zaletę: jest niezmienna. A co za tym idzie: nie wymaga od twórców modyfikacji poświęcania czasu na dostosowywanie swojej twórczości do kolejnych zmian wprowadzonych przez Bethesdę (nawiasem mówiąc: zmiany te polegają już niemal wyłącznie na dodawaniu nowej zawartości do oferty Creation Club, ale i tak wiążą się z koniecznością aktualizacji części modów za każdym razem, kiedy zostanie wypuszczony nowy patch). Ponieważ moja lista modów liczy grubo ponad 100 pozycji Szanowni P.T. Czytelnicy mogą sobie wyobrazić jakim utrapieniem byłoby ich stałe - wymuszone - aktualizowanie.

Oprócz wspomnianego już Creation Club należy wymienić dwa podstawowe źródła modyfikacji dla Skyrima. Pierwszym jest Steam Workshop. Przez wielu ceniony za absolutną prostotę obsługi: wystarczy wybrać daną modyfikację za pomocą klienta Steam i zostanie ona automatycznie pobrana i dodana do gry. Owszem, warto skorzystać z narzędzi do porządkowania tzw. load order, ale cała procedura jest znacząco uproszczona wobec alternatyw. W chwili powstawania tego wpisu w Workshopie dla Oldrima było dostępnych 28 815 modyfikacji (Special Edition nie ma swojej wersji Workshopu). Troll nie korzystał z Workshopu do modyfikowania Skyrima, ale czynił to w przypadku innych gier (Tabletop Simulator, Mount & Blade: Warband, Conan: Exiles) i generalnie bardzo sobie chwali tę metodę.

Skyrim Steam Workshop

Drugim (a chronologicznie - pierwszym) najważniejszym źródłem modyfikacji (do obu wersji, a także do długiej listy innych gier) jest strona NexusMods. Projekt gigantycznych rozmiarów, korzystający z licznych serwerów (utrzymywanych z donacji i opłat w ramach tzw. Premium Membership). Obsługa jest nieco bardziej skomplikowana niż Workshop (instalacja modów wymaga korzystania z zewnętrznych narzędzi lub - w przypadku tzw. manualnej instalacji - znajomości struktury plików gry), ale nie przerasta przeciętnego użytkownika. Za to zawartości jest o wiele więcej niż w Warsztacie. W chwili powstawania tego tekstu dla Legendary Edition dostępnych było 54+ tys modów, a dla Special Edition - prawie 13 tys. Warto zauważyć, że za pośrednictwem strony twórcy modyfikacji mogą m.in. otrzymywać dotacje od pobierających ich dzieła. Dla porządku trzeba też wspomnieć, że niektórzy członkowie społeczności moderskiej uważają NexusMods za toksyczne miejsce, z powodu działalności moderatorów i ich skłonności do tłumienia wszelkiej krytyki.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o "miejscu, którego nie wolno nazywać" - którego nazwa zaczyna się na "L", a kończy na "...oversLab" (z oczywistych względów nie podaję linków). Autorzy modyfikacji zrzeszeni w ramach tej społeczności mają dość ...specyficzne gusta i potrzeby (zawartość oznaczona jest jako Not Safe For Work, a czasem jako Not Safe For Life...). Ale ponieważ pierwszy nude mod do Skyrima powstał już w dniu premiery (i nosi nr 38 na Nexusie...), a  inny nude mod jest czwartym najwyżej ocenianym modem w całym Nexusie (a jego autorem jest kobieta) - wypada wspomnieć i o tym zjawisku. Taka ciekawostka: jeden z interesujących - i raczej bezpiecznych - modów (HDT Physics Extensions, dodaje obsługę silnika fizycznego Havok do różnych elementów gry) wywodzi się właśnie z tej strony (i pierwotnie służył do animowania podskakujących biustów...) i nadal jest tam rozwijany.

Nie obiecuję wprawdzie, że to koniec dygresji, ale kolejne akapity poświęcę już konkretnym modyfikacjom. Wszystkie (z dwoma wyjątkami) linki prowadzić będą do NexusMods, także screeny - o ile nie zaznaczono inaczej - zostały pobrane z tej strony. Na początek: essentials, czyli modyfikacje absolutnie niezbędne, bez których nie wyobrażam sobie grania w i modowania Skyrima.

Unofficial Skyrim Legendary Edition Patch (USLEP). Gry od Bethesdy znane są z licznych błędów. Nie inaczej jest w przypadku Skyrima. Wprawdzie developerzy poprawili większość z nich w kolejnych patchach, ale nie oznacza to, że usunęli wszystkie - czy też, że nie wprowadzili nowych. Tradycją stało się, że to czego nie naprawili twórcy, naprawia społeczność.


SkyUI. Absolutny nr 1, jeśli idzie o wszystkie mody do Skyrima w ogóle. Interfejs użytkownika w Skyrimie jest - nie oszukujmy się - marny. I wyjątkowo źle przystosowany do obsługi myszką i klawiaturą (przygotowano go bowiem pod konsole i do obsługi gamepadem). Także i tu społeczność wyręczyła twórców. Z punktu widzenia modowania najważniejszym elementem SkyUI jest Mod Configuration Menu (MCM) - wykorzystywane przez twórców wielu innych modyfikacji narzędzie upraszczające konfigurowanie modów bezpośrednio z poziomu gry. SkyUI wymaga instalacji SKSE (patrz niżej).

Skyrim Script Extender (SKSE). Narzędzie, bez którego Skyrim nie byłby tym, czy jest - niezbędne do działania wielu modów. Nie mam bladego pojęcia, jak działa (z nazwy i skrótowego opisu wynika, że "rozszerza możliwości silnika skryptowego gry" - cokolwiek to znaczy). Istna magia. Wymaga stosowania zewnętrznego loadera (plik wykonywalny odpalany zamiast pliku gry). Główny powód, dla którego Special Edition nie była tak popularna w środowisku moderskim jak Oldrim, to konieczność opracowania nowej wersji SKSE specjalnie pod tę edycję - co trwało dość długo. I konieczność opracowywania kolejnych nowych wersji za każdym razem, kiedy Bethesda wypuści patcha.

Alternate Start - Live Another Life. Wszystkie modyfikacje, o których będzie mowa później, znalazły się w tych wpisach, gdyż odpowiadają moim preferencjom. Ta natomiast znalazła się na liście essentials, gdyż idealnie wpisuje się w moje podejście do grania w Skyrima. Wyjaśnijmy sobie coś. Bardzo wielu graczy i twórców posługuje się pojęciem immersji. I znaczna część z nich utrzymuje, że najgłębsze doświadczenie immersji możliwe jest wyłącznie w przypadku gry z perspektywy pierwszej osoby. I call bullshit. Z immersją, Szanowni P.T. Czytelnicy raczą wybaczyć ordynarność porównania, jest jak z dupą - każdy ma własną. Moje poczucie immersji ma bardzo dużo wspólnego z doświadczeniem, jakie wyniosłem z grania w "papierowe" RPGi. Dla przypomnienia: sensem zabawy w RPG jest wcielanie się w role. I tak właśnie traktowałem RPGi: jako odgrywanie kogoś, kto przeżywał przygodę/żył w innym świecie. Nie "ja przeżywałem przygodę", a "moja postać przeżywała przygodę". Takie podejście stosuję niezmiennie do gier komputerowych (a także filmów, książek itd.). Co za tym idzie: nie mam żadnego problemu z immersją przy odgrywaniu postaci obserwowanej z perspektywy trzeciej osoby (a jak wspomniałem już poprzednio - wymuszona perspektywa pierwszej osoby jest dla mnie na dłuższą metę torturą). Ponownie - nie jestem moją postacią i nie przeżywam jej przygód, ale kieruję jej losami i to ona przeżywa swoje przygody, a ja to tylko obserwuję.

Film z opisem moda

Taka perspektywa powoduje m.in. dwie konsekwencje: 1) nie mam problemu z immersją, kiedy gra narzuca mi jakąś postać do odegrania i 2) nie mam problemów z graniem postacią, która jest odmienna ode mnie. Pod dowolnym względem: rasy, płci, światopoglądu, preferencji seksualnych itd. Ta postać nie jest mną, a ja nie jestem nią. Ale nadal mogę się świetnie bawić obserwując jej przygody. Bardzo możliwe, że jest to jeden z powodów, dla których wzruszeniem ramion kwituję głosy domagające się różnorodności w celu zwiększenia identyfikacji w grach (i innych mediach). Wracając do naszych baranów: w Skyrima gram wedle opisanych wyżej zasad. Zazwyczaj tworzę sobie jakiś koncept postaci (jej rasę, płeć, planowany rozwój) i staram się konsekwentnie go trzymać, zwiedzając świat gry. Alternate Start pozwala mi na jeszcze większe zróżnicowanie postaci - przez umiejscowienie jej w świecie gry w oderwaniu od głównego wątku fabularnego (m.in. jako Vigilant of Stendarr, mieszkańca jednego z miast albo twierdzy orków, wampira lub po prostu wędrowca w głuszy). Dość powiedzieć, że większość moich rozgrywek nie zawiera w ogóle smoków, bo nie rozpoczynam głównego wątku. Niewątpliwie jest to jedna z głównych (jeśli nie najgłówniejsza z) przyczyn rekordowej liczby godzin spędzonych nad tą grą. 

O pozostałych przyczynach i innych modyfikacjach - w trzeciej części wpisu. Stay tuned.