Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2019

Troll czyta #27 - Ignorancja to siła. FUD vs GMO

Strach (fear), niepewność (uncertainity) i wątpliwość (doubt). A także ordynarne kłamstwo, fałszerstwo oraz terror polityczny i ekonomiczny. Wszystkiego tego i jeszcze więcej użyli przeciwnicy GMO w ideologicznej wojnie z biotechnologią w rolnictwie. Wojnie, której ofiary - rzeczywiste, a nie teoretyczne! - prawdopodobnie liczy się w setkach tysięcy, jeśli nie milionach. 

Na początku XIX w. brytyjski ekonomista Thomas Robert Malthus (1766-1834) sformułował tzw. statyczną teorię zasobów (opublikowana w 1798 r.). W ogromnym uproszczeniu: skoro liczebność ludzkości wzrasta w postępie geometrycznym, a produkcja żywności - arytmetycznym, to nieuniknioną konsekwencją jest przeludnienie, a w następstwie - gigantyczna klęska głodu, towarzyszące jej choroby i globalna wojna o zasoby ("katastrofa maltuzjańska"). 

Czy Malthus się mylił? Nie do końca (przyrost ludności faktycznie ma - lub przynajmniej do niedawna miała -  charakter geometryczny, a światowe zasoby surowców są ograniczone). Dlaczego zatem - pomimo osiągnięcia liczebności powyżej 7 miliardów (a przed końcem obecnego wieku mamy duże szanse przekroczyć 10 miliardów) - ludzkość nie umiera z głodu (pomijając tych nieszczęśników, którzy mieli pecha urodzić się w Jemenie, Somalii lub Etiopii), ani nie musi uciekać się do rozwiązań rodem ze "Skromnej propozycji" Swifta? Na pierwszych zajęciach z makroekonomii wtłacza się studentom do głowy zasadę ceteris paribus. Za Wikipedią: na polski [ten zwrot] tłumaczy się zwykle jako „przy pozostałych warunkach równych” lub „przy tych samych okolicznościach”. Użycie [go] w celu uproszczenia rozumowania oznacza świadome odrzucenie możliwości zajścia pewnych wydarzeń lub warunków, mogących zaburzyć związek między przesłanką a wnioskiem. Malthus nie wziął pod uwagę - bo nie mógł - możliwych skutków postępu technologicznego dla produkcji żywności. A nie mógł dlatego, że rewolucja przemysłowa, która ostatecznie doprowadziła do obecnego stanu wiedzy i techniki - w jego czasach dopiero nabierała tempa (silnik parowy Watta - 1763, parowiec Fultona - 1803, parowóz Stevensona - 1829, ogniwo Volty - 1800, telegraf Morse'a - 1837 itd.). Mechanizacja rolnictwa, nawozy sztuczne itd. - w momencie tworzenia teorii Malthusa wciąż były pieśnią przyszłości.

Katastrofa maltuzjańska - w największym uproszczeniu

Nawiasem mówiąc: doktryna zrównoważonego rozwoju, aktualnie królująca m.in. w Unii Europejskiej i wpisana do Konstytucji RP (art. 5) - powstała na gruncie krytyki twierdzeń Malthusa via raport Klubu Rzymskiego ("Granice wzrostu", 1972) i Raport Bruntland ("Nasza wspólna przyszłość", 1987).

Postęp techniczny towarzyszył rolnictwu "od zawsze" - od wynalezienia pługa (ok. 5500 rok p.n.e.). Mogłoby się zatem wydawać, że rolnictwo - jako najbardziej niezbędne do istnienia ludzkości - zawsze będzie chętnie sięgać po efekty postępu technicznego. Od 1869 r. dzięki Miescherowi znamy DNA, od 1952 r. wiemy, że DNA bierze udział w dziedziczeniu (Avery, Hershey i Chase), od 1953 r. znamy jego budowę (Franklin, Wilkins, Watson i Crick), od 1966 r. znamy kod genetyczny i jego rolę w syntezie białek (Holley, Khorane, Matthaei i Nirenberg), a od 1977 r. umiemy DNA sekwencjonować (Gilbert i Sanger). Nauczyliśmy się izolować pojedyncze geny, odkrywać ich funkcje i przenosić je między organizmami. Dlaczego zatem zdobycze na polu genetyki nie zostały zaadaptowane przez rolnictwo w pełni i wszędzie?

Na przeszkodzie - jak niemal zawsze w takich przypadkach - stoi ideologia. A konkretnie antynaukowe zastrzeżenia, formułowane i kolportowane przez wszelkiej maści aktywistów, polityków, lobbystów, ekoterrorystów, szarlatanów i kłamców. Tak jak pierwsza rewolucja przemysłowa miała za przeciwników luddystów (od nazwiska na wpół legendarnego - nie wiadomo czy faktycznie istniał - Neda Ludda), tak rewolucja biotechnologiczna ma swoich neo-luddystów (a raczej rifkinistów - od nazwiska jak najbardziej realnego Jeremy'ego Rifkina, zawodowego aktywisty, który zapoczątkował całą histerię): Greenpeace, Unię Europejską, ruch antyglobalistyczny, lobby "rolnictwa organicznego" i bandę usłużnych pseudonaukowców.

Diabelska kukurydza-mutant-GMO atakuje!
XXI w., koloryzowane

W tym miejscu troll wyjaśni Szanownym P.T. Czytelnikom co ma na myśli, kiedy pisze o "GMO". Chodzi mi głownie o dwa rodzaje modyfikacji genetycznych roślin: te dające odporność na pestycydy (np. na glifosat) oraz te powodujące wydzielanie przez roślinę toksyny Bt (insektycyd, wytwarzany w przyrodzie przez bakterie Bacillus thuringiensis). Oba typy modyfikacji zostały zastosowane do wykreowania setek odmian pszenicy, kukurydzy, rzepaku, bawełny, ryżu i innych roślin. I o nie toczy się większość batalii przeciwko upowszechnieniu GMO. Choć nie tylko, jak widać na przykładzie wojny ze "złotym ryżem".

U podstaw sprzeciwu wobec GMO stoi zupełnie zrozumiały i ogólnoludzki strach przed nieznanym. Dotychczas ze strachem tym zawsze udawało się wygrać dzięki wiedzy - rzetelnej nauce. Jednak źródłem strachu przed GMO jest sama nauka, a podsyca go powszechna ignorancja i świadome kłamstwo. W takiej sytuacji zwycięstwo jest wątpliwe. Dlatego tak ważne jest upowszechnianie wiedzy. Zarówno na temat istoty GMO, jak i na temat szalbierstw przeciwników biotechnologii.

Dlatego troll niniejszym zachęca do lektury wydanej w roku 2017 książki Marcina Rotkiewicza - dziennikarza i popularyzatora nauki -  W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki. Na blisko 300 stronach autor rozprawia się z mitami, bzdurami i kłamstwami przeciwników GMO. Przedstawia także sylwetki największych szkodników - pseudonaukowców, polityków i aktywistów, odpowiedzialnych za rozpowszechnianie ww. mitów i bzdur. Przy okazji, zgodnie z tytułem książki, obrywa się mitomanom od glutenu i antyszczepionkowcom/proepidemikom. Szczerze polecam.

Smutna konkluzja trolla jest taka, że antynaukowa postawa jest w dzisiejszych czasach o wiele bardziej rozpowszechniona, niż kiedykolwiek. I jeżeli ten stan nie ulegnie zmianie - prędzej czy później przyjdzie nam zapłacić za to bolesną cenę.

Marcin Rotkiewicz
W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec, 2017
296 stron.

niedziela, 3 czerwca 2018

Troll czyta #26 - Za mało Kisielu w Kisielu [Toń]

Niedosyt. Z takim uczuciem zostawiła mnie Marta Kisiel. Jej najnowszą powieść - Toń (wyd. Uroboros, premiera miała miejsce 23 maja) - przeczytałem od deski do deski w rekordowo szybkim czasie. I od razu przyszedł mi do głowy poważny zarzut: ta książka jest o co najmniej 100 stron za krótka! Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Historia zaczyna się od tego, że Dżusi Stern powraca do Wrocławia, do rodzinnego domu, z którego nie tak dawno uciekła na studia, po wielkiej awanturze z apodyktyczną ciotką. Ciotka właśnie wybyła na wakacje, w domu została tylko siostra głównej bohaterki i kot ciotki, którym trzeba się zaopiekować. Oraz rodzinne sekrety i kłamstwa. Które wywracają życie panien Stern do góry nogami.

Zabrakło mi w tej opowieści jednego wiodącego bohatera - jak Konrad z Dożywocia czy Salomea z Nomen Omen. Kreowana (i to raczej przez marketing wydawnictwa, niż samą pisarkę) na takowego Dżusi wcale bowiem nim nie jest. Zamiast tego dostaliśmy plejadę - jak to zwykle u ałtorki [nie poprawiać!] - barwnych postaci (z pannami Stern na czele), z których każda ma swoją rolę do odegrania. Marta Kisiel lubi swoich bohaterów i to przebija ze sposobu, w jaki o nich pisze. Protagoniści tradycyjnie są sympatyczni, a antagoniści - wredni i odpychający. Ale nie potrafię pozbyć się uporczywego wrażenia, że skupienie narracji na jednej postaci książce by tylko pomogło.

Przyznaję bez bicia, że dałem się ałtorce podpuścić i wyobraziłem sobie kogoś zupełnie innego, niż faktyczna Klara Stern. Za to z rozszyfrowaniem szwarzcharakteru nie miałem żadnego problemu - zbyt wiele tropów do niego prowadziło, zbyt oczywistych. Ewentualnie tak miało być, a ja się czepiam. Co nie jest wykluczone.

Mój główny i absolutnie najważniejszy zarzut wobec książki dotyczy jednak czegoś innego. Jak na historię, w której czas odgrywa niebagatelną rolę, dość denerwująco wypadły bowiem jego przeskoki. Mam wrażenie, że właśnie tu zgubiło się owe brakujące (mi) 100 stron. Przynajmniej dwukrotnie ałtorka urywa akcję i popycha ją w przyszłość, żeby potem pokrótce zrelacjonować pominięte wydarzenia. Show, don't tell, na Licho! Ta zasada świetnie sprawdza się w kinie, a i w literaturze można ją stosować z doskonałym skutkiem.  

Z lektury coraz dłuższej listy moich pretensji Szanowni P.T. Czytelnicy mogliby wyciągnąć wniosek, że Toń mi się nie podobała. Tymczasem nic bardziej mylnego! Podobała mi się jak najbardziej. A pretensje są tylko dlatego, że Martę Kisiel stać na więcej i trochę mi szkoda, że tego "więcej" zabrakło.

Na potwierdzenie powyższych słów wypadałoby więc wspomnieć o tym, co mi się podobało. Jak zawsze niezawodnie wypadł humor - i w opisach, i w dialogach, skrzących się od dowcipu. Ałtorka nadal jest mistrzynią lekko absurdalnego, miejscami karkołomnego żartu. Generalnie: opisy i język uważam za najmocniejsze strony powieści. Dzięki zastosowanym zabiegom tam, gdzie powinno, jest odpowiednio ponuro, onirycznie i niepokojąco. Także nawiązania do poprzednich powieści, ładnie budujące ałtorkowe "kiślowersum", sprawiły mi dużo przyjemności w trakcie lektury.

Troll oczywiście poleca! Pomimo niedosytu.

Marta Kisiel, Toń
Wyd. Uroboros, 2018. 
316 stron (ale wydaje się, że jest ich dużo mniej...)

piątek, 24 listopada 2017

Troll czyta #25 - Luna to surowa pani

Disclaimer: to nie jest recenzja. Troll nie umie pisać recenzji. Also, there might me spoilers. Ale będę się starał.

Szanowni P.T. Czytelnicy mogą pamiętać zachwyt, w jaki wprawiła trolla powieść Marsjanin autorstwa Andy'ego Weira (i trochę mniejszy zachwyt, w jaki wprawił mnie film Ridleya Scotta na niej oparty). Na następną książkę tegoż autora czekałem z mieszaniną nadziei - że będę bawił się co najmniej tak samo dobrze - i obaw - że wprost przeciwnie. Wreszcie wyszła. Przeczytałem. I mieszane uczucia pozostały. Już wyjaśniam.

Okładka wydania anglojęzycznego

Jasmine "Jazz" Bashara jest doręczycielem. I drobnym szmuglerem na boku. W przeciwieństwie do tysięcy innych doręczycieli (i szmuglerów) Jazz Bashara operuje na terenie pierwszego księżycowego miasta - tytułowego Artemis, stojącego na Morzu Spokoju, niedaleko miejsca pierwszego lądowania na Srebrnym Globie. Przyjęcie zlecenia drobnego sabotażu od jednego ze stałych klientów - biznesmena i miliardera, który z przyczyn rodzinnych osiedlił się na Księzycu - wplątuję naszą bohaterkę w kryminalną aferę na - chciałoby się powiedzieć - księżycową skalę. Jaka to afera i czy Jazz z niej wybrnie - nie zdradzę. Przeczytajcie. Bo mimo wszystkich moich zastrzeżeń  - warto.

Od razu napiszę, że - w pokornej trolla opinii - nie wszystko w Artemis wyszło. Najpoważniejszy zarzut to sposób zawiązania głównego wątku. A jest on - nie bójmy się tego powiedzieć - zwyczajnie słaby. Jazz pakuje się w tarapaty ...bo może. Bezrefleksyjnie przyjmuje propozycję klienta, mając gdzieś jej ew. konsekwencje. Gdybyż jeszcze była tępa... Ale nie - Weir czyni wszystko, żeby przedstawić nam główną bohaterkę jako osobę sprytną i błyskotliwą. I - pomijając ten moment i kilka innych drobiazgów - czyni to przekonywająco. Dlaczego więc zmusza swoją bohaterkę do popadnięcia w chwilowe zaćmienie umysłu? Czyżby zabrakło pomysłów na zawiązanie akcji, żeby intryga w ogóle mogła ruszyć z miejsca? Tak czy inaczej - szkoda.

Drugi mój zarzut dotyczy raczej polskiego wydania, niż książki jako takiej. A konkretnie tłumaczenia. Czytając kilka razy złapałem się na tym, że nie mam pojęcia co czytam. Pojedyńcze zdanie lub mały jego fragment wyglądały, jakby były z innej bajki. Co ciekawe - nie był to problem złego tłumaczenia z angielskiego (bo w oryginale tekst ten brzmiał identycznie), ale... składni? doboru słownictwa? No, nie podpasował mi styl tłumacza i nic na to nie poradzę. Wam, Szanowni P.T. Czytelnicy może ten styl podpasować lepiej.

To co wyszło dużo lepiej - i co sprawiło, że sięgnąłęm po tłumaczenie, zamiast oryginału - to znak firmowy Weira. Czyli technikalia. Znowu wszystko jest szczegółowo, ale przystępnie opisane (jeśli miałbym porównywać - Artemis jest chyba mniej "stechnicyzowana" od Marsjanina), znowu jest to technologia, w którą można bez problemu uwierzyć (że ktoś faktycznie mógłby się nią posługiwać w nieodległej przyszłości). Miłe. Fajnie opisane jest też samo księżycowe miasto, to jak i dlaczego zostało zbudowane i jak funkcjonuje. 

Drugi znak firmowy autora - humor - także jest obecny, w sporej ilości. Aczkolwiek chyba wolałem wersję Marka Watneya. Ale to bardzo osobiste odczucie.

Werdykt? Przeczytać. Bo czyta się szybko i przyjemnie. Bohaterka jest sympatyczna, mimo - a może dzięki? - pewnej dozy amoralności. Humoru jest dużo i jest on raczej niewymuszony. Intryga zaś... IMO w miarę upływu czasu i postępów akcji jest tylko lepsza. Problemem może być (dla niektórych) pewna przewidywalność - zdarzeń, bohaterów, ich motywacji itd. Ale nie psuje ona ogólnego dobrego wrażenia.

BTW: prawa do ekranizacji Weir sprzedał na pniu i może być z tego całkiem fajny film. Troll poleca.











Tytuł dzisiejszego wpisu, ma się rozumieć, jest nieprzypadkowy - z powodów, rozwikłanie których pozostawię Szanownym P.T. Czytelnikom. Mam nadzieję, że rozbawią Was tak samo, jak trolla. Troll, jak wiadomo, jest dziwny.

sobota, 21 października 2017

Troll czyta #24 - Science is my female Canis lupus familiaris

Czy zadaliście kiedykolwiek komukolwiek pytanie, Szanowni P.T. Czytelnicy, co by było gdyby nasza rodzima planeta nagle się zatrzymała (faktycznie, a nie metaforycznie - Klaatu, go home!)? Jeśli tak, to zainteresuje Was zapewne, że w przeciwieństwie (zapewne) do większości z Was, niejaki Andrew Brown na to samo pytanie uzyskał szczegółową odpowiedź. Ale o tym za chwilę.

Troll wspominał już na tych łamach, że lubi webkomiksy (komiksy internetowe). To naprawdę dziwny zbieg okoliczności, ale drugi webkomiks, o którym napiszę coś więcej na blogu, także bazuje na stick figures (i to jeszcze bardziej uproszczonych, niż w Order of the Stick). Oraz na matematyce, fizyce, chemii, filozofii, informatyce, popkulturze itd. 

Troll czytuje xkcd raczej rzadko. O wiele częściej za to widuje panele z komiksu jako memy i/lub ilustracje różnych zjawisk w internecie. Nie zrozumcie mnie źle - lubię humor "naukowy" (bazujący na odniesieniach do nauki w każdej formie), ale mój problem z xkcd polega na tym, że znaczna część żartów dotyczy informatyki - a jest to dziedzina, z którą nie mam zbyt wiele do czynienia. Nie będę też ukrywał, że mój zasób naukowego słownictwa w języku angielskim... no cóż - mógłby być większy. 

To akurat zrozumiałem w całości

Randall Munroe - autor xkcd, niegdyś informatyk i robotyk w NASA - jest także autorem bloga What if? (pol. Co by było gdyby?), na łamach którego udziela podpartych naukowymi podstawami (i ilustrowanych w tym samym stylu, co komiks) odpowiedzi na najbardziej nawet absurdalne pytania (takie jak to o zatrzymanie Ziemi, o którym wspomniałem na wstępie). Spory wybór tych pytań (i odpowiedzi na nie) zapełnił łamy książki What if? Serious Scientific Answers to Absurd Hypothetical Questions (2014). Słabiej zaznajomiony z anglojęzyczną nomenklaturą naukową czytelnik (albo troll) może zapoznać się z zawartością książki dzieki polskiemu wydaniu, opublikowanemu przez wydawnictwo Czarna Owca.

Oprócz kwestii poruszonej na wstępie (wytrzymajcie jeszcze chwilę) czytelnik dowie się m.in. dlaczego fizyk szuka schronu na wzmiankę o szklance na wpół pustej, dlaczego chemik czyni to samo, gdy ktoś zaproponuje zbudowanie muru ze wszystkich znanych pierwiastków, czy też jak wyglądałby Manhattan tysiąc, sto tysięcy lub miliard lat temu. Munroe udziela odpowiedzi bardzo wyczerpujących, analizujących możliwie wszystkie konsekwencje hipotetycznej sytuacji przedstawionej przez pytającego. I czyni to z właściwym sobie humorem.

Ten żart znalazłem na fanpage'u Science Memes. Humor Munroe jest trochę lepszej próby...

Czasem humor ten jest kapkę makabryczny, jak w przypadku pytań o mol kretów (nieprzetłumaczalna gra słów. Po angielsku problem ten nazywa się "mole of moles"; można by oczywiście zastąpić go w tłumaczeniu przez "mol moli", ale wymagałoby to wykonania wszystkich obliczeń od nowa), utratę DNA czy pocisk z materii o gęstości gwiazdy neutronowej, ale nadal śmieszy. Trolla śmieszy, no.  

No dobrze. Trzymałem Was, Szanowni P.T. Czytelnicy, w napięciu wystarczająco długo. Pora udzielić odpowiedzi. Co zatem by się stało, gdyby Ziemia zastygła w bezruchu? 
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
To:

See? Told ya.

Bardzo Przepraszam, Ale Nie Mogłem Się Powstrzymać.

Książkę What If? A co gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania (Randall Munroe, 2014, polskie wydanie 2015 r.. 476 str.) oczywiście troll poleca. Można ją przeczytać np. dzięki usłudze Legimi, która umożliwia dostęp do tysięcy ebooków i audiobooków w ramach nieprzesadnie wysokiego abonamentu.


piątek, 13 października 2017

Stranger Things...

...czyli wpis, który zapewne nosiłby tytuł Troll ogląda #13 Part IV - The Remake, gdyby nie to, że tym razem nie będzie poświęcony horrorom filmowym. A przynajmniej nie w całości i nie do końca.

Troll ogląda - Another, czyli horror epizodyczny
Bohaterem pierwszej części niniejszego wpisu jest horror o tyle nietypowy, że jest serialem. I do tego animowanym. Stop, uprasza się Szanownych P.T. Czytelników o niezamykanie przeglądarek! To naprawdę fajna produkcja. Mimo wszystkich wytartych klisz.

Another (jap. アナザー rom.: Anazā) jest adaptacją powieści Yukito Ayatsuji z 2009 r., wyprodukowaną w przez P.A.Works i wyemitowaną w sezonie zimowym (styczeń-marzec) 2012 r. Fabuła toczy się przede wszystkim w szkole (gdzieżby indziej...), do której uczęszcza główny bohater. Kōichi Sakakibara przeprowadził się do rodziny swojej matki: dziadków i ciotki - i jako transfer student (Argh! Cliches! They burn us!) dołącza do klasy 3-3 lokalnego gimnazjum. Jego uwagę przyciąga koleżanka z klasy, eteryczna Mei Misaki, nosząca opaskę na jednym oku (ugh...) i siedząca w ostatnim rzędzie pod oknem (no ileż można?!). Najdziwniejsze zaś jest, że wszyscy w klasie - włącznie z nauczycielem - zachowują się, jakby dziewczyna nie istniała.

Na wyjaśnienie przyczyny nietypowego zachowania klasy nie musimy czekać długo. Okazuje się, że na klasie 3-3 spoczywa klątwa. W kolejnych rocznikach uczniowie trafiający do tej klasy giną - po kilku w danym roku - w mniej lub bardziej spektakularnych wypadkach. Wypracowana metoda ochrony przed klątwą jest bardzo, bardzo japońska: oto jedną osobę z klasy 3-3 w danym roku metodą losowania uznaje się za nieistniejącą i nikt nie ma prawa się do niej odezwać. O dziwo - wydaje się, że metoda działa (a przynajmniej śmiertelność jest niższa). Szkoda tylko, że osoba odpowiedzialna za przestrzeganie zasad nie miała okazji powiedzieć o nich Kōichiemu.

Nasz bohater narusza tabu - i sam staje się wyrzutkiem. Niedługo potem klątwa znów uderza, jakby potwierdzając winę pary protagonistów. Kōichi postanawia odkryć prawdziwą przyczynę klątwy i sposób jej przełamania - zanim paranoja narastająca wśród uczniów klasy 3-3 znajdzie ujście w drastyczny sposób. Czy mu się to uda? Naprawdę polecam obejrzeć serial.

Opening by Ali Project
Creepy dolls...

Historia opowiedziana w Another jest bardzo krwawa i miejscami drastyczna w ukazanych szczegółach (parasol! nauczyciel!). Atmosfera pogłębiającej się paranoi wszystkich dookoła jest oddana bardzo celnie i wyraźnie. Towarzyszące Mei wszechobecne lalki i tajemnice wokół jej osoby bynajmniej nie pomagają. Idiotyczna, zdawałoby się (i ostatecznie nieskuteczna), metoda walki z klątwą - udawanie że problemu nie ma i niemówienie o nim - znajduje swoje uzasadnienie w miarę postępów w fabule. Eskalacja w finale może się wydawać przesadzona, ale jeśli się pamięta, że ten konkretny rok jest szczególnie intensywny, jeśli idzie o natężenie klątwy, to wydarzenia finału nie są już aż tak nieprawdopodobne.

Troll Another poleca - ale należy pamiętać, że troll ma zdecydowanie wysoką tolerancję dla anime (zwłaszcza dla wytartych klisz, których niestety jest tu całkiem sporo). Szanownym P.T. Czytelnikom z niższą tolerancją (na anime jako takie, lub na wytarte klisze) serial ten może nie przypaść do gustu. Zdarza się.

Gdybyście zaś chcieli sprawdzić inne animowane horrory to mogę polecić długaśną serię Higurashi no Naku Koro ni (o której już na tych łamach wspomniałem) - w sumie dość mocno do Another podobną, a także - bazujący na zupełnie innych motywach - film anime Perfect Blue (1997, reż. Satoshi Kon).

Troll czyta - Harry Angel/Falling Angel, czyli horror hybrydowy
Usiłowałem znaleźć takie tłumaczenie mixed genre, które będzie oddawać istotę terminu i jednocześnie pozbawione będzie naleciałości kynologicznych. Jak mi wyszło - widać.

Powieść Williama Hjortsberga z 1978 r. (tyt. oryginalny Falling Angel, w polskim tłumaczeniu jako Harry Angel) doprawia atmosferą grozy opowieść bazującą na klasycznym schemacie czarnego kryminału. Oto do prywatnego detektywa Harry'ego Angela, praktykującego w Nowym Jorku w latach 50. XX w. (nawiasem mówiąc akcja powieści rozpoczyna się w piątek, 13 marca 1958 r.), zgłasza się za pośrednictwem swojego adwokata ekscentryczny klient Louis Cyphre. Pan Cyphre poszukuje swojego dłużnika, niejakiego Johnny'go Favorite'a - przed Drugą Wojną cenionego śpiewaka swingowego, o którym od zakończenia wojny wszelki słuch przepadł. Nasz detektyw, po części dzięki perswazji, po częsci dzięki urokowi osobistemu - a po części siłą pięści i szantażem - podąża śladem zaginionego. Problem pojawia się, kiedy kolejne przesłuchiwane przez niego osoby giną w tajemniczych okolicznościach - jakby ktoś tropił samego tropiącego i zacierał wszelkie ślady. Spokoju Angelowi nie daje także wszechobecny motyw "spadającej gwiazdy" - czyli odwróconego pentagramu. Z czasem okultyzm wręcz wychodzi na pierwszy plan śledztwa.

Monsieur L. Cyphre - zero subtelności...

Czytając tę historię odczuwałem narastającą atmosferę zaszczucia, towarzyszącą detektywowi i jego rosnące niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę, w miarę jak śledztwo prowadziło go w coraz dziwniejsze miejsca i zdarzenia. Finałowy twist fabuły można wprawdzie przewidzieć już wcześniej, ale podany jest on tak zgrabnie, że wybaczam książce jej przewidywalność. Zresztą każdy mniej więcej zorientowany w tematyce czytelnik zauważy, że Hjortsberg rozmyślnie podsuwa mu wszystkie tropy pod nos. Czystej grozy może nie ma tu za wiele (a ta, która jest, momentami jest aż nadmiernie jarmarczna), ale nastrojowego niepokoju z całą pewnością w niej nie brakuje.

Horror jako gatunek literacki średnio do mnie przemawia. Nie potrafię się bać czegoś, o czym czytam. Za to taka lektura stanowi świetną pożywkę dla wyobraźni w przypadku obcowania z horrorem w innych wydaniach (filmowych, growych) - zwłaszcza tam, gdzie straszy się samym nastrojem i atmosferą, w okresie zanim na ekran wejdzie potwór.

Taka ciekawostka na koniec tego fragmentu: ekranizację z 1987 r., w oryginale noszącą tytuł Angel Heart (reż. Alan Parker, wyst. m.in. Mickey Rourke, Robert De Niro i Lisa Bonet), w Polsce również dystrybuowano pod tytułem Harry Angel. Troll nie może nie podziwiać uporu tłumaczy, godnego o wiele lepszej sprawy (nawiasem mówiąc pierwsze polskie wydanie książki było późniejsze niż film - więc to autor przekładu literackiego kopiował autora przekładu kinowego). A sam film był całkiem, całkiem niezły.

Troll gra - Dead Space, czyli horror interaktywny
Wyprodukowana przez Visceral Games i wydana w 2008 r. przez EA produkcja spod znaku survival horror jest jedną z niewielu gier w tym gatunku, jakie troll ukończył.

Fabuła rozpoczyna się od przybycia głównego bohatera (inżynier Isaac Clarke - to jego postacią przyjdzie pokierować graczowi) i jego małego zespołu z misją ratunkową na pokład okrętu górniczego USG Ishimura, z którym utracono wszelki kontakt. W miarę postępów w grze poznajemy historię nieszczęsnej w skutkach wyprawy Ishimury na nie do końca zbadaną planetę, dowiadujemy się o poczynionym tam odkryciu i napotykamy to, co pozostało z jej załogi. Bo - z nielicznymi wyjątkami - nie są to już ludzie. Jakby tego było mało okazuje się, że jednym z członków załogi Ishimury jest ukochana naszego bohatera - cała sprawa ma więc wymiar osobisty.

Plasma cutter w działaniu

Od strony rozgrywki Dead Space jest third person shooterem, z całkiem sporą ilością zagadek i manipulowania obiektami. Statutus ikonicznego nabrała już podstawowa broń naszego inżyniera - piła plazmowa, której używamy nie do końca zgodnie z przeznaczeniem: obcinając kończyny napotkanym Nekromorphom (przemienione ofiary wirusa, który spustoszył pokład USG Ishimura) Fabułę gry w dużym stopniu poznajemy dzięki rozrzuconym po statku dziennikom audio i tekstowym oraz dziwnym wizjom naszego bohatera - wypada zatem nie śpieszyć się zbytnio i nie klikać od razu "Next" przy każdym odnalezionym wpisie. Także tempo akcji nie jest nazbyt pośpieszne (poza niektórymi momentami) - Isaac w swoim kombinezonie nie przemieszcza się zbyt szybko i zamiast uciekać musi raczej uważnie mierzyć do wrogów.

Dead Space odniosło umiarkowany sukces finansowy (do marca 2010 r. sprzedało się ponad 2 mln kopii) i o wiele większe uznanie wśród krytyków - na portalu metacritic.com zagregowana ocena wynosi od 86/100 (wersja PC) do 89/100 (wersja na konsolę XBOX360) punktów. Nic więc dziwnego, że powstał sequel (Dead Space 2, 2011), który spotkał się z jeszcze lepszym przyjęciem (2 miliony kopii rozeszło się w ciągu tygodnia od premiery! Oceny na metacritic.com są średnio o 1 punkt wyższe, niż w przypadku pierwowzoru). EA poszło za ciosem, ale - jak to niestety często bywa w przypadku tego wydawcy - przedobrzyło z chciwością. Dead Space 3 (2013) był już bardziej strzelanką (do tego z trybem co-op, niezbędnym do poznania części zawartości), niż survival horrorem, a do tego dotkniętą plagą mikrotransakcji (żeby zrobić broń potrzeba dodatkowych części; te można albo znaleźć w grze, albo kupić z brzęczącą gotówkę w sklepie EA...). Dość powiedzieć, że oceny krytyków były raczej mało entuzjastyczne (78/100 pkt. na wszystkich platformach na metacritic.com), a gra sprzedała się w nakładzie zaledwie 600 tys. egzemplarzy. Wprawdzie EA nadal nieśmiało pomrukiwało o kolejnym sequelu, ale nic w tym temacie się nie dzieje, a kolejna duża gra Visceral Games (Battlefield Hardline) też okazała się rozczarowaniem.

Z pewną dozą nieśmiałości muszę w tym miejscu wyznać, że ze wszystkich mediów, w jakich obecny jest horror jako gatunek, jedynie gry komputerowe faktycznie potrafią mnie przestraszyć. W opinii trolla wyższość tego medium bierze się ze wspomnianej wyżej interaktywności. Filmy czy książki odbiera się niejako biernie i to w dodatku "przefiltrowane", jako cudze przeżycia (no chyba że ktoś dysponuje stanowczo nadmiernie rozwiniętą empatią). Za to w wydarzeniach mających miejsce w grach uczestniczymy niejako aktywnie, pozostając w ich centrum (i żadna empatia nie jest już potrzebna). Z tejże przyczyny gry-horrory raczej rzadko goszczą na ekranie trollowego monitora.


Wypadałoby jeszcze na koniec wspomnieć kilka słów o serialu, który użyczył tytułu dzisiejszemu wpisowi (Szanowni P.T. Czytelnicy raczą wybaczyć click-baitowy tytuł). Wyprodukowany przez Netflix Stranger Things był zeszłorocznym telewizyjnym hitem. Osadzenie akcji w latach 80. okazało się strzałem w dziesiątkę (nostalgia mocno, a i wpływu takiego, a nie innego settingu na rozwiązania fabularne nie można nie docenić - np. brak wszechobecnych dziś telefonów komórkowych i co za tym idzie nieco bardziej rozluźniona kontrola rodziców nad poczynaniami dzieci, żeby wspomnieć tylko ten jeden motyw/zabieg). Innymi słowy - serial zrobił to samo, co tegoroczny It, ale zrobił to wcześniej i - nie bójmy się tego powiedzieć - lepiej. Świetna obsada (fenomenalni aktorzy dziecięcy - zwłaszcza Millie Bobby Brown i Finn Wolfhard, bardzo dobra powracająca z niebytu Winona Ryder), wciągająca fabuła, niezłe efekty specjalne. Już za dwa tygodnie premiera sezonu drugiego. Troll poleca.

Nostalgia mocno!

sobota, 23 września 2017

Troll ogląda #25 - Dwadzieścia (siedem) lat później

Ostrzeżenie nr 1: niniejszy wpis zawiera spoilery do bardzo starej książki, nieco młodszego filmu na jej podstawie oraz jej najnowszej ekranizacji. 
Ostrzeżenie nr 2: to nie jest recenzja (ani książki, ani filmów). Troll nie umie pisać recenzji.

Dalej czytacie na własną odpowiedzialność. 

Na wstępie troll pragnie wyjawić straszliwą tajemnicę: nie przepadam za książkami Stephena Kinga. Próbowałem się do nich przekonać wielokrotnie, niektóre nawet przeczytałem w całości. I prawie zawsze coś mi w nich nie pasowało. Prawie - ponieważ od powyższej reguły są dwa wyjątki. Pierwszy to opowiadanie Dzieci kukurydzy (Children of the Corn, 1977), które pierwszy raz przeczytałem w śp. Feniksie. Historia miasteczka Gatlin, z którego zniknęli wszyscy dorośli i dziwacznego kultu, w którym centralną rolę odgrywają bezkresne pola kukurydzy, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Tego klimatu poszukiwałem w kolejnych czytanych książkach Kinga i za diabła nie mogłem się go w nich doszukać. Aż do momentu, kiedy przeczytałem To (It, 1986).

Okładka pierwszego wydania  

Nieznającym tej historii Szanownym P.T. Czytelnikom troll pragnie w tym miejscu wyjaśnić, że To jest opowieścią o zmaganiach grupy przyjaciół z lat dziecinnych z kosmicznym złem (tytułowym Tym), które grasuje w mieście Derry, w stanie Maine - głównie pod postacią Pennywise'a Tańczącego Klauna (Pennywise the Dancing Clown alias Bob Gray), porywając i mordując dzieci (choć nie wyłącznie). Akcja powieści toczy się równolegle w roku 1985 - w "teraźniejszości" bohaterów - i w roku 1958, podczas pierwszego starcia "Klubu Frajerów" (The Loosers' Club) z Tym (w reminiscencjach, wplatanych zazwyczaj nagle w treść narracji). 

W 1990 r. pierwszy raz przeniesiono powieść na ekran - ten mały (jako Stephen King's It). Dwuczęściowy film telewizyjny próbował zmieścić fabułę 1100+ stron (w zależności od wydania i tłumaczenia) książki w nieco ponad 3 godzinach (a mi udało się to w dwóch zdaniach - go me!). Z oczywistych względów - metrażu i ograniczeń wobec tego, co faktycznie można było pokazać na ekranie telewizora w ogólnodostępnej stacji w latach 90. ubiegłego wieku - wycięto naprawdę dużo z oryginału. Za to dołożono interpretację postaci Pennywise'a przez niezrównanego Tima Curry. Troll lubi tę ekranizację, mimo wszystkich jej niedociągnięć.  

O drugiej - tym razem kinowej - adaptacji It mówiło się od 2009 r., od ogłoszenia planów takowej przez Warner Bros. Przez lata dostaliśmy wiele informacji nt. problemów przy produkcji. Zmieniali się scenarzyści, zmieniali się reżyserzy. Wreszcie w 2016 r. Andreas "Andy" Muschietti rozpoczął kręcenie. A potem - 28 marca 2017 r. - ukazał się pierwszy trailer. I w sieci zawrzało.

You'll float too!

Premiera odbyła się 8 września 2017 r., niemal 27 lat po premierze telewizyjnej wersji. Wypada w tym miejscu wspomnieć, że liczba 27 ma duże znaczenie dla fabuły: co 27 lat cykl się powtarza, To budzi się z letargu i zaczyna polować na dzieci. Ale w tegorocznej ekranizacji czyni to inaczej, niż w książce czy wcześniejszym miniserialu. 

Pomówmy chwilę o największych różnicach pomiędzy materiałem źródłowym (dalej jako po prostu It), ekranizacją telewizyjną (It'1990)) i filmem (It'2017). Pierwsze rzuca się w oczy przeniesienie czasu akcji - młodość naszych bohaterów przypada na lata 80. ubiegłego wieku. W dobie nostalgii za latami osiemdziesiątymi, z jaką od jakiegoś czasu mamy do czynienia w popkulturze (Stranger Things mówi wam coś? A wiecie, że jego twórcy - bracia Duffer - starali się o stołek reżysera It'2017?), jest to zabieg zrozumiały - tym bardziej że nie ma praktycznie wpływu na samą fabułę. Tak samo niewielkie postarzenie bohaterów - z 11 do 13 lat (średnio) - nie wywołuje żadnych konsekwencji (a z całą pewnością ułatwiło dobranie sensownych aktorów do ról). Zdecydowanie odmienna jest za to konstrukcja fabuły - tym razem cały film poświęcono wyłącznie na wydarzenia z dzieciństwa, bez żadnych odniesień do zdarzeń późniejszych. Z planszy tuż przed napisami wiadomo jednak, że to tylko "Rozdział pierwszy" historii - a biorąc pod uwagę świetne wyniki finansowe filmu o nakręcenie "Rozdziału drugiego" powinniśmy być spokojni.

Największą - wręcz fundamentalną - zmianą w It'2017 jest zaś los George'a Denborough i innych dzieci porwanych przez To. W książce i It'1990 od początku jest pewne, że Georgie został przez kogoś brutalnie zamordowany - jego ciało (i ciała niektórych innych ofiar Tego) zostaje znalezione, zidentyfikowane i pogrzebane. Motywacja jego brata, Billa, jest tam jasna i wyraźna - chce odpłacić zabójcy brata. W It'2017 ciało George'a znika w kanałach i tylko widz wie, że chłopiec faktycznie nie żyje. Tymczasem Bill (grany przez Jaedena Lieberhera) ma tu obsesję przede wszystkim na punkcie odnalezienia brata. W trakcie filmu, na skutek spotkań z Tym, decyduje się odnaleźć i zniszczyć potwora. Dopiero w finale, już po odnalezieniu leża Tego i ostatecznej (jak się wydaje bohaterom) konfrontacji z Pennywisem, Bill faktycznie odnajduje potwierdzenie losu brata. 

Remember me, kids?!

Przerażające przeżycia innych dzieciaków i będąca ich skutkiem motywacja także - choć nie we wszystkich przypadkach - różnią się od pierwowzoru książkowego. Ben Hanscom (Jeremy Ray Taylor) nie spotyka mumii (choć jest w It'2017 scena nawiązująca do tego wydarzenia), a To pierwszy raz ukazuje mu się w - dotychczas bezpiecznym azylu - bibliotece. Richie Tozier (gwiazda Stranger Things Finn Wolfhard) tu boi się klaunów, a jego pierwsze zetknięcie się z Tym ma miejsce stosunkowo późno i w towarzystwie innych Frajerów, w przeciwieństwie do samotnej książkowej konfrontacji z plastikowym posągiem Paula Bunyana (a później z wilkołakiem z I was a Teenage Werewolf). Stanleya Urisa (Wyatt Oleff) To napastuje w postaci kobiety z surrealistycznego obrazu (wyraz rzeczywistych fobii Andreasa Muschiettiego), a nie jako topielcy (jak w It). Największa - po losach George'a i Billa Denborough - zmiana dotyczy Mike'a Hanlona (Chosen Jacobs), który w It'2017 stracił rodziców w pożarze i prześladowany jest przez jego wspomnienia (do tego stopnia kojarzące się trollowi z pożarem Black Spot z roku 1930, o którym mowa w It, że póki Mike nie wyjawił swojej historii reszcie - byłem przekonany, że własnie tego wydarzenia dotyczyły jego wizje). Jedynie Eddie Kaspbrak (Jack Dylan Grazer) i Beverly Marsh (Sophia Lillis) przeżywają swoje spotkania z Tym jak w pierwowzorze - To ukazuje im się, odpowiednio, jako trędowaty z domu na Neibolt Street (Eddie - ta scena z kolei nie pojawiła się w It'1990) i fontanna krwi z umywalki w łazience (Bev).

Skoro jesteśmy przy dzieciakach to muszę przyznać, że Muschietti odwalił kawał świetnej roboty dobierając aktorów do ról i bardzo dobrze ich poprowadził. Z jednym wyjątkiem. Jaeden Lieberher jako Bill Denborough - jak na centralną postać wszystkich wersji - jest straszliwie nijaki. Bez charyzmy, którą książkowy pierwowzór wręcz ociekał. Mam jednak wrażenie, że to opisana wyżej zmiana w jego postaci aż tak negatywnie odbiła się na moim odbiorze tej roli. Finn Wolfhard jako Niewyparzona Gęba Tozier okazał się genialny - ale gdzie u licha jego połamane bryle? Naprawdę niskim kosztem można było puścić oko do czytelników (jak to się stało z parafiną Gulf Wax, kozłami z napisem Derry Public Works, napisem I ❤ Derry na baloniku, żółwiem w pokoju George'a czy wspomnianym już posągiem Paula Bunyana). Grająca Beverly Sophia Lillis przez jednego z Frajerów została porównana do idolki "pokolenia X" Molly Ringwald i troll zdecydowanie się z tym porównaniem zgadza. Ale czemu, ach, czemu!? nie poszli za ciosem i nie puścili Don't You (Forget About Me) w scenie sprzątania w łazience Beverly!? Jeremy Taylor wydaje się młodszy od reszty aktorów, ale jest odpowiednio tłusty do roli Bena (jego odpowiednik w It'1990 był zaledwie zaokrąglony). Pozostali są co najmniej poprawni. 

Simple Minds w hymnie pokolenia X

Wypada też wspomnieć aktorów grających antagonistów - prześladujących Frajerów szkolnych łobuzów. Zwłaszcza Nicholasa Hamiltona (ewidentnie casting szukał kogoś wyglądającego jak młody Kevin Bacon), który jako Henry Bowers jest odpowiednio psychopatyczny - choć los jego postaci nie odpowiada historii znanej z It i It'1990 (aczkolwiek w opinii trolla nie wyklucza jego powrotu w kontynuacji). Pojawia się też - nieobecny w It'1990 - Patrick Hockstetter (Owen Teague) - ale wyłacznie po to, żeby zginąć. Nie wspomina się ani o jego bracie, ani o jego lodówce, ani o awansach wobec Bowersa. Motywy seksualne w ogóle są obecne chyba tylko w żartach Toziera i nieśmiałym popatrywaniu na opalającą się (w bieliźnie) Beverly. Z przyczyn oczywistych nie zaadaptowano niesławnej - i wywołującej generalny niesmak - sceny z kanałów. Molestowanie Beverly przez ojca też jest raczej sugerowane, niż pokazane wprost.  

Postacie dorosłych w ogóle są - mówiąc oględnie - creepy. Wybija się oczywiście Stephen Bogaert jako Alvin Marsh ("Sometimes I worry about you, Bevvie. Sometimes I worry a lot..."), którego los jest dużo bardziej ponury niż w książce. Ale niewiele ustępują mu sprzedawca z drugstore'u pan Keene (to spojrzenie na Beverly...), mamusia Eddiego (zwłaszcza po jego wypadku), tatuś Henry'ego Bowersa (nawet jeśli ratuje życie kotu, to sposób w jaki to czyni...) czy para staruszków w samochodzie, ignorująca napaść gangu Bowersa na Bena. W sumie apatia dorosłych to jedyny element, który It'2017 zaczerpnęło z pierwowzoru jeśli idzie o budowanie atmosfery.

Generalnie to jest mój największy zarzut wobec tej ekranizacji - którą nota bene oceniam całkiem dobrze. Koncentrując się na konfrontacji Frajerów z Tym gdzieś zgubiono najbardziej ulubiony przeze mnie motyw z książki: opresyjną, pełną rasizmu, przemocy domowej i homofobii atmosferę Derry, miasta-żerowiska zła. Derry w powieści niewiele ustępuje potwornością samemu Temu, jest zatrute przez wielowiekową obecność Tego. Derry w It'2017 to tylko tło. Rozumiem przyczyny tego zabiegu, widzę nieśmiałe próby przemycenia klimatu książkowego Derry do filmu - ale to wciąż za mało, żebym był w pełni usatysfakcjonowany.

Drugi zarzut to również konsekwencja podejścia scenarzystów do całej historii i ogólnie sposobu kręcenia filmów w dzisiejszych czasach - zbyt wiele oczywistości i za dużo jumpscare'ów. Potwór, którego doskonale widać w całej okazałości nie straszy tak bardzo, jak potwór przemykający gdzieś w cieniu, na granicy widzialności. Rozumiem ograniczenia medium - w końcu film polega przede wszystkim na obrazie, na idei "show, don't tell" - ale można to było zrobić lepiej. Ciągłe bombardowanie obrazami wywołującymi coraz częściej niesmak, a nie faktyczne przerażenie - zwłaszcza w ukochanej chyba przez Muschiettiego formie jumpscare - w końcu widza znieczuli i w konsekwencji znudzi. Ja wyszedłem z seansu znieczulony. Do etapu znudzenia (podkreślam - formą, nie treścią) brakowało już niewiele.

Na koniec pora wreszcie wspomnieć o "słoniu w pokoju": Bill Skarsgard jako Pennywise the Dancing Clown. Oh, yeah! Dobra robota! Inny niż Tim Curry, ale gdzieś tam było echo tego starego Pennywise'a (także w sferze wizualnej, w jednej ze scen pojawia się postać nieco podobna do potwora z It'1990). Komiczny i przerażający, groteskowy i morderczy. Brawo!

 "They float!"


Troll czeka na "It: Chapter Two"!

It (USA, 2017)
reż. Andreas Muschietti, scen. Chase Palmer, Cary Fukunaga & Gary Dauberman
135 min.


niedziela, 10 września 2017

Troll czyta #23 - Per aspera ad astra

Jest 20 lipca 1969 roku, godzina 20:17:40 czasu Greenwich. "Orzeł wylądował". Moduł lądownika, z astronautami Nealem Armstrongiem (dowódca misji Apollo 11) i Buzzem Aldrinem (pilot lądownika) na pokładzie, osiadł na powierzchni srebrnego globu. O 2.56 następnego dnia Armstrong wygłosi pamiętne zdanie o "małym kroku człowieka". Niewielu wówczas wiedziało - a z tych co wiedzieli, mało kto chciał pamiętać - że "wielki skok dla ludzkości" umożliwiły m.in. praca niewolnicza, cierpienie i śmierć ofiar obozów koncentracyjnych, obozów zagłady i okrutnych eksperymentów "medycznych". Sukces programu kosmicznego USA został zbudowany na "osiągnięciach" nazistowiskich Niemiec.

Man on the Moon
źródło: NASA

Jest 20 listopada 1945 r. Rozpoczyna się pierwsza sesja Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze. Na ławie oskarżonych zasiada 21 wojskowych i cywilnych przywódców Trzeciej Rzeszy, których udało się schwytać żywcem (dwudziestego drugiego, Martina Bormanna, sądzono in absentia). Zarzuca im się: 1. udział w spisku w celu popełnienia zbrodni przeciwko pokojowi, 2. zaplanowanie, wszczęcie i przeprowadzenie wojny zaborczej oraz dokonanie innych zbrodni przeciwko pokojowi, 3. dokonanie zbrodni wojennych i 4. dokonanie zbrodni przeciwko ludzkości. Dwunastu z nich (w tym Bormann) zostanie skazanych na karę śmierci. Hermann Göring wymknie się międzynarodowej sprawiedliwości popełniając samobójstwo, pozostali zostaną powieszeni. Innych czekają kary dożywotniego lub długoletniego więzienia. Tylko trzech - Franz von Papen, Hans Fritzsche i Hjalmar Schacht - zostanie uniewinnionych.

Równolegle z głownym procesem norymberskim toczą się inne, mniej nagłośnione postępowania. Od 9 grudnia 1946 r. przed amerykańskim trybunałem wojskowym prowadzony jest tzw. "proces lekarzy" (oficjalnie: proces USA vs. Karl Brandt i inni). Osobisty lekarz Hitlera i Główny Komisarz do spraw Zdrowia i Higieny Rzeszy (Karl Brandt) oraz 22 innych zostaje oskarżonych o zaplanowanie, przygotowanie i przeprowadzenie licznych zbrodniczych akcji i eksperymentów (m.in. eksperymentów na więźniach obozów w Ravensbruck i Buchenwaldzie, akcji eutanazji chorych umysłowo i inwalidów - tzw. Aktion T4, a przede wszystkim planowej eksterminacji Żydów w ramach tzw. Einsatz Reinhardt, znanej przede wszystkim jako Endlösung der Judenfrage - "ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej"). Siedmiu z nich (w tym Brandt) zostanie straconych przez powieszenie. Kolejnych ośmiu czeka długoletnie więzienie (dziewiątego - dr Helmuta Poppendicka, skazanego na 10 lat pozbawienia wolności - zwolniono z odbywania kary). Aż siedmiu zostanie uniewinnionych z braku dowodów. Wśród tych siedmiu jest m.in. dr Kurt Blome - ekspert od broni bakteriologicznej i chemicznej, któremu zarzucono testowanie sarinu na więźniach obozu Auschwitz-Birkenau. Jeszcze do niego wrócimy.

Oskarżeni przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym, Norymberga 1945
fot. Raymond D'Addario - źródło: Wikipedia

Na ławie oskarżonych w "procesie lekarzy" zabrakło kilku znaczących nazwisk. Brakowało oczywiście najbardziej znanego zbrodniarza - dr Josef Mengele, Anioł Śmierci z Auschwitz, uciekł do Argentyny dzięki pomocy dostojnika Kościoła Katolickiego, biskupa Aloisa Hudala. Z tej samej pomocy skorzystali m.in. Adolf Eichmann (jeden z głównych architektów Endlösung, w 1960 r. uprowadzony z Argentyny dzięki akcji Mossadu, osądzony i stracony w Izraelu, w 1962 r.), Franz Stangl (komendant obozów zagłady Sobibór i Treblinka) czy Walter Rauff (konstruktor samobieżnych, samochodowych komór gazowych). Nawiasem mówiąc biskup Hudal aż do śmierci w 1963 r. bronił nazistów i wzywał do zaprzestania ich ścigania. Ale Mengele nie był bynajmniej jedynym znanym wysoko postawionym nazistowskim "naukowcem", który uniknął oskarżenia. Na ławie oskarżonych nie zasiadł na przykład dr Hubertus Strughold, jeden z głównych lekarzy Luftwaffe, oskarżany o prowadzenie eksperymentów na więźniach Dachau (m.in. testy nad efektami deprywacji tlenowej w komorze ciśnieniowej i operacje chirurgiczne bez znieczulenia) - choć znaleźli się na niej jego podwładni (m.in. dr Hermann Becker-Freyseng, skazany na 20 lat pozbawienia wolności). Także do niego jeszcze wrócimy.

Jest 8 września 1944 r. Nad Londynem rozlega się grom dźwiękowy, towarzyszący obiektowi przekraczającemu prędkość dzwięku. Chwilę później w Chiswick, w zachodnim Londynie rozlega się kolejna eksplozja. Są trzy ofiary śmiertelne. To efekt drugiego ataku (pierwszy miał miejsce tego samego dnia, nieco wcześniej, w Paryżu) z użyciem Vergeltungswaffe 2 - Broni Odwetowej nr 2 - rakiety balistycznej, znanej powszechnie jako V-2. Niedługo później w Epping, w hrabstwie Essex, spadnie trzecia rakieta, nie wyrządzając większych szkód. Do końca wojny wystrzelono nieco mniej niż 3200 rakiet, powodując śmierć ponad 9000 cywilów i żołnierzy (w samym Londynie zanotowano 1358 ataków, w wyniku których śmierć poniosło 2754 cywilów, a kolejnych 6523 zostało rannych). 

Testowe odpalenie V-2 z wyrzutni stacjonarnej w Peenemünde, lato 1943
źródło: Bundesarchiv

"Ojcem" V-2 jest Wernher von Braun, inżynier aeronautyk, naczelny architekt niemieckiego programu rakietowego. Od 1937 r. członek NSDAP, od 1940 r. - członek SS, w 1943 r. awansowany na SS-Sturmbannführera, dyrektor techniczny ośrodka badawczego w Peenemünde, na wyspie Uznam. Po zbombardowaniu ośrodka przez RAF 17 i 18 sierpnia 1943 r. (zachodni alianci otrzymali informacje o jego istnieniu i działalności od wywiadu Armii Krajowej) produkcję V-2 przeniesiono do podziemnego kompleksu Mittelwerk w Kohnstein. Głównym źródłem siły roboczej dla kompleksu był pobliski obóz koncentracyjny Mittelbau-Dora (niedaleko Nordhausen), początkowo podobóz KL Dachau, od 1944 r. - obóz samodzielny, z licznymi podobozami. Szacuje się, że z ok. 60 tyś więźniów Mittelbau-Dora zginęła jedna trzecia (z czego ok. 8 tyś w trakcie ewakuacji obozu w 1945 r.), głównie z powodu wyniszczającej pracy i fatalnych warunków bytowych (choć niektórych stracono za sabotaż, a innych - rozmyślnie zamordowano). Wedle relacji ocalałych z Mittelbau-Dora von Braun osobiście wybierał wieźniów w KL Dachau i wiedział o warunkach panujących w obozie, stanie wieźniów i działaniach SS. I nie zrobił nic. Aczkolwiek wedle własnej relacji von Brauna po jednym przypadku interwencji na rzecz lepszego traktowania więźniów SS zagroziło mu, że albo będzie pilnował własnych spraw, albo sam zostanie uwięziony. Konrad Dannenberg, członek jego zespołu, powiedział w wywiadzie dla Huntsville Times, że - w jego opinii - jakakolwiek próba protestu wobec brutalnego traktowania więźniów ze strony von Brauna mogłaby skończyć się wyłącznie jego natychmiastowym rozstrzelaniem. 

W marcu 1944 r. von Brauna faktycznie aresztowało Gestapo, pod zarzutem "siania defetyzmu" (w rzeczywistości naukowiec kilkakrotnie miał głośno skarżyć się na wstrzymanie badań nad podbojem kosmosu i wyrażać obawy o losy wojny; Reichsführer SS Heinrich Himmler - który postulował, żeby programem rakietowym kierował szef badań nad Wunderwaffe, SS-Obergruppenführer i generał Waffen-SS Hans Kammler (poźniej odpowiedzialny m.in. za masakry podczas ewakuacji Mittelbau-Dora) - oskarżył von Brauna o sabotowanie programu V-2). Po interwencji dotychczasowego głownodowodzącego programu V-2 generała dr Waltera Dornbergera naukowca zwolniono z aresztu. Dzięki protekcji Alberta Speera (główny archiktekt Hitlera, minister uzbrojenia i amunicji Rzeszy) Hitler przywrócił von Brauna do programu.

Wernher von Braun (w cywilnym ubraniu na pierwszym planie) i inni członkowie programu V-2
(pierwszy od lewej, częsciowo zasłonięty, generał dr Walter Dornberger), Peenemünde, 1941
źródło: Bundesarchiv

2 maja 1945 r. Wernher von Braun i jego brat Magnus (również inżynier rakietowy) poddali się Amerykanom z 44. Dywizji Piechoty na terytorium Austrii. Jako jedna z najważniejszych postaci niemieckiej nauki von Braun znajdował się na szczycie listy osób zakwalifikowanych do natychmiastowego przesłuchania przez amerykańskich ekspertów wojskowych. Został przewieziony do amerykańskiej strefy okupacyjnej i umieszczony w "Koszu na śmieci" (Dustbin), którym to kryptonimem Amerykanie oznaczyli Zamek Kransberg, gdzie przetrzymywano członków niemieckiej elity naukowej i finansowej. Niedługo potem von Braun został objęty tzw. Operacją Paperclip (Spinacz). 

Operacja Paperclip (wcześniej znana także jako Operacja Overcast) jest genialnym przykładem amerykańskiego bezdusznego pragmatyzmu. Oficjalnie ustanowiona jako "wsparcie dla skrócenia wojny japońskiej i wspomożenia powojennych wojskowych badań naukowych", polegała na przejęciu nazistowskich naukowców przez wojsko USA, zanim zrobią to Rosjanie (którzy prowadzili podobną w założeniach Operację Osoaviakhim) lub inni "sojusznicy". "Zarekrutowanych" naukowców sprowadzono następnie (tajnie i nieoficjalnie) do Stanów Zjednoczonych. Wielu z nich zrobiło potem wielkie kariery w USA - jak wspomniani wcześniej dr Kurt Blome (pracował przy programie broni chemicznej dla Armii USA), dr Hubertus Strughold ("Ojciec medycyny kosmicznej", szef Sekcji Medycyny Lotniczej NASA, pracował przy projektach Gemini i Apollo), a przede wszystkim Werhner von Braun (szef zespołu konstruktorów rakiety Saturn V, która wyniosła w kosmos m.in. misję Apollo 11). W wielu przypadkach przed opinią publiczną ukryto fakt, że sprowadzeni z Niemiec naukowcy mają na sumieniu zbrodnie przeciwko ludzkości (jak własnie Blome czy Strughold). Tylko jednego kiedykolwiek sądzono (Georg Rickhey, za współudział w - surprise, surprise - działalności Mittelbau-Dora i Mittelwerk), nikogo nie uznano winnym. Przez 50 lat NASA przyznawała Nagrodę Strugholda (Strughold Award), za osiągnięcia w dziedzinie medycyny lotniczej i kosmicznej - aż do grudnia 2012 r., kiedy w końcu ujawniono faktyczne "zasługi" "Ojca medycyny w kosmicznej" dla III Rzeszy (w październiku 2013 r. ogłoszono oficjalnie likwidację nagrody).

Puenty nie ma. Po więcej szczegółów zainteresowanych Szanownych P. T. Czytelników odsyłam do książki Annie Jacobsen Operacja Paperclip (wyd. polskie MUZA, Warszawa, 2015).

  Okładka polskiego wydania





niedziela, 27 sierpnia 2017

Troll czyta #22 - Śmiech (z) Mrocznych Bogów

"It is the 41st Millennium. For more than a hundred centuries the Emperor of Mankind has sat immobile on the Golden Throne of Earth. He is the master of mankind by the will of the gods and master of a million worlds by the might of His inexhaustible armies.

To be a man in such times is to be one amongst untold billions. It is to live in the cruelest and most bloody regime imaginable. These are the tales of those times. Forget the power of technology and science, for so much has been forgotten, never to be relearned. Forget the promise of progress and understanding, for in the grim dark future there is only war. There is no peace amongst the stars, only an eternity of carnage and slaughter, and the laughter of thirsting gods."

WARHAMMER 40.000, preface [edited]

W dużym skrócie tak właśnie wygląda universum Warhammera 40.000 (WH40K) - patos i grimdark. Tak samo też wygląda stereotyp powieści, których akcja toczy się w rzeczonym universum. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że termin grimdark ma się rozumieć pochodzi od złożenia słów "grim" i "dark", w których stosowaniu autorzy piszący dla Games Workshop, Ltd. (właściciel IP Warhammer) nieprzeciętnie się lubują (w patosie zresztą też). Oznacza zaś - za Wikipedią - "the tone, style or setting of speculative fiction that is particularly dystopian, amoral or violent". Pasuje jak ulał. W większości przypadków. Ale troll nie zamierza tu pisać o większości, a o wyjątku, który swoją wyjątkowością zasłużył na własny wpis.

"When in deadly danger, 
When beset by doubt, 
Run in little circles, 
Wave your arms and shout."

Szanowni P.T. Czytelnicy pozwolą sobie przedstawić: Ciaphas Cain, HERO OF THE IMPERIUM, legendarny komisarz, jedyny żołnierz Gwardii Imperialnej, który pozostaje w czynnej służbie pomimo oficjalnego pogrzebu z honorami. Bohater dziewięciu powieści i kilku opowiadań autostwa Sandy Mitchella (pen name brytyjskiego pisarza Alexa Stewarta). Wedle własnych słów: tchórz, łgarz i pieczeniarz. 

Oficjalny portret. 
Świetny dowód na to, że nie należy dowierzać oficjalnym wersjom.
Zwłaszcza w 41 milenium.

Trzeba przyznać, że Sandy Mitchell (pozwolę sobie pozostać przy tej wersji) stworzył nietuzinkowego bohatera. Nieznającym realiów troll pragnie wyjaśnić, że komisarze Gwardii Imperialnej (regularna armia Imperium of Mankind, sfanatyzowanego, szowinistycznego i nihilistycznego dominium ludzkości w universum WH40K. Nawiasem mówiąc: to są ci dobrzy...) mają szalenie wiele wspólnego ze swoimi imiennikami służacymi w Armii Czerwonej od czasu Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Tak samo jak tamci mają za zadanie pilnować prawowierności i dyscypliny żołnierzy. I tak samo jak tamci mają prawo odstrzelić żołnierza za niewykonanie rozkazu, sianie defetyzmu czy brak patriotyzmu. Nie wiedzieć czemu śmiertelność wśród komisarzy w jednostkach liniowych jest nadzwyczaj wysoka...

Cain: "I've only got room for one lethally dangerous woman in my life."
Amberley: "Which I choose to take as a compliment..."

Ciaphas Cain jest komisarzem ...nietypowym. Owszem - pozostaje panem życia i śmierci żołnierzy podległych jego "opiece", ale w pierwszej kolejności dba o własną skórę, a nie o żelazną dyscyplinę w oddziale. Większości przypisywanych mu bohaterskich czynów faktycznie dokonał... ale głównie przypadkiem i niejako przy okazji, gdyż głównie zajęty był ratowaniem własnego tyłka. Aczkolwiek jest niezłym strzelcem i świetnym szermierzem. Poznajemy go poprzez prowadzony przezeń pamiętnik, stanowiący zapiski z wielu lat służby - oczywiście nieprzeznaczony do rozpowszechniania. In universe pamiętnik został odnaleziony przez imperialną inkwizytor Amberley Vail, Ordo Xenos, długoletnią partnerkę Caina (interpretujcie sobie jak chcecie...), która postanowiła wydać wspomnienia naszego bohatera w formie podręcznika do wyłącznego wewnętrznego użytku Inkwizycji, poddawszy je wcześniej edycji (cenzurze...) i opatrzywszy komentarzami, przypisami i glosami. Wrażenie "pamiętnikowości" podkreśla fakt, że wydarzenia w kolejnych tomach są ułożone achronologicznie, a sam narrator ma zwyczaj wspominać historie dziejące się w różnych okresach czasu przy okazji aktualnych wydarzeń.

Narracja w powieściach ma więc formę pierwszoosobową (z wyjątkiem fragmentów "dodanych" przez inkwizytor Vail jako uzupełnienie lub komentarz), a przez to stanowi obraz wydarzeń "przefiltrowany" przez osobę (i osobowość) głównego bohatera, będącego ich uczestnikiem i/lub świadkiem. A także przez złośliwe, ironiczne i cyniczne poczucie humoru tegoż bohatera. Powieści Mitchella należą bowiem do - jak już to zostało zaznaczone wyżej - nietypowego jak na universum WH40K subgatunku, tj. fantastyki humorystycznej. Większość pisarzy tworzących dla Black Library (oddział Games Workshop wydający tzw. tie-in - powieści itp. nawiązujące do lore ich IP) pisze historie przesycone na wskroś grimdarkiem: ponure, pełne patosu i przemocy. Owszem, u Mitchella wszystkie te elementy również są obecne - w końcu to Warhammer 40.000! - ale zdecydowanie na drugim planie, zazwyczaj sparodiowane lub skarykaturyzowane.

"The tracks on the Land Raider crush the heretics, crush the heretics, crush the heretics. The tracks on the Land Raider crush the heretics all day long..."

Obok głównego bohatera (i wspomnianej już inkwizytor Vail) poznajemy całą galerię barwnych postaci. Bezapelacyjnie na pierwszym miejscu należy wymienić kanoniera Jurgena, który został aide de camp naszego komisarza niejako z przypadku, a którego stoicyzm, brak wyobraźni, oddanie dla przełożonego, przerażający styl prowadzenia pojazdów i odrażający zapach wielokrotnie wspominane są na kartach powieści. Nawiasem mówiąc: pierwowzoru Jurgena można doszukiwać się m.in. w niejakim S. Baldricku, znanym Szanownym  P. T. Czytelnikom z wpisu o Blackadderze. Wypada też wspomnieć powracającą w kolejnych tomach postać Lorda Generała Zyvana, jak na standardy tego universum całkiem kompetentnego dowódcę, w późniejszych latach dobrego znajomego Caina.

Gunner First Class Ferik Jurgen
najbrudniejszy żołnierz Gwardii Imperialnej

Z uwagi na fakt, że Cain przez dłuższy czas służył razem z 597th Valhallan (regiment Gwardii Imperialnej pochodzący z mroźnej planety Valhalla, znanej m.in. z charakterystycznego cierpkiego napoju zwanego tanna i braku szacunku do życia żołnierzy - Szanowni P.T. Czytelnicy prawidłowo rozpoznają karykaturę Rosji...), mamy okazję poznać m.in. rudowłosą pułkownik Reginę Kasteen ("a fair and gallant warrior"), jej zastępcę majora Ruputa Broklawa ("equally gallant but not remotely as fair"), przyszłą Lady Generał Jenit Sullę (która w owym czasie jest nieopierzonym młodym oficerem, bynajmniej nie zyskującym szacunku w oczach Caina) czy dotkniętą wyjątkowym pechem szeregową Penlan (zwaną powszechnie "Jinxie").  

"Colonel Kasteen called the meeting to order. Then she called it to order again. Major Broklaw fired his bolt pistol into the ceiling, and the meeting quickly came to order..."

Również galeria przeciwników Caina jest obszerna i barwna. W swoich licznych bojach BOHATER IMPERIUM z powodzeniem stawał naprzeciw (lub bohatersko wiał przed atakiem) Orków, kultystów Chaosu, żarłocznych tyranidów, przerażających Necronów, demonów Chaosu, zdradzieckich Tau, mrocznej odmiany Eldarów i Chaos Space Marines. Walczył z genestealerami na kosmicznym wraku (space hulk) u boku Space Marines z zakonu Reclaimers. Odbijał planetę Perlia - dwukrotnie! - spod okupacji Waaaagh! Orków i sił Chaosu (prowadzonych przez Warmastera Varana Niepokonanego, będącego karykaturą pewnego kurdupla z wąsikiem i skłonnościami do teatralnych przemówień). Nawiasem mówiąć - takich nawiązań i parodii powieści Mitchella są pełne. Dość powiedzieć, że w serwisie TVTropes mają one całą osobną stronę poświęconą wyłącznie wyszukiwaniu nawiązań do innych utworów. Obszerną stronę.

Troll historie o komisarzu Cainie ceni sobie najbardziej z całego Warhammera 40.000. Spróbujcie i Wy, Szanowni P.T. Czytelnicy.



Sandy Mitchell, Ciaphas Cain series (wszystkie wydane przez Black Library):
For The Emperor (2003), Caves of Ice (2004), The Traitor's Hand (2005), Death or Glory (2006), Duty Calls (2007), Cain's Last Stand (2008), The Emperor's Finest (2010), The Last Ditch (2012), The Greater Good (2013) oraz opowiadania, opublikowane w wydaniach zbiorczych (tzw. omnibusach): Ciaphas Cain: Hero of the Imperium (2007; pierwsze trzy powieści i trzy opowiadania) oraz Ciaphas Cain: Defender of the Imperium (2010; kolejne trzy powieści i dwa opowiadania).

Ciekawostka na koniec: tytuł "Śmiech Mrocznych Bogów" nosiło polskie wydanie antologii opowiadań ze świata Warhammera w wydaniu fantasy (tytuł oryginalny: "Ignorant armies") - dawno temu wydanej przez zasłużone dla propagowania tego universum w Polsce wydawnictwo MAG. 
Pozwoliłem sobie na potrzeby niniejszego wpisu ów tytuł zapożyczyć i strawestować.


niedziela, 1 stycznia 2017

Troll czyta #21 - Zanim wstanie świt

...czyli obowiązkowy, pierwszy w danym roku, wpis tematyczny, na ten sam temat co zawsze :)

Cztery lata i 3 tygodnie temu (mniej więcej, dokładna liczba dni zależy od tego, gdzie akurat spędzaliście grudzień) można jeszcze było mieć nadzieję, że po całkiem niezłej adaptacji Władcy Pierścieni Peter Jackson zrobi całkiem niezłą adaptację Hobbita. A potem nadszedł dzień premiery i wszelkie nadzieje szlag trafił.

Wredny pokurcz...

Początek filmu był nawet niezły: Martin Freeman był dobrze dobranym Bilbem, sir Ian McKellen powtarzał udanie rolę Gandalfa, Richard Armitage wydawał się dobrym wyborem jeśli idzie o rolę Thorina. Wizycie krasnoludów w hobbiciej norce towarzyszyły zaś fajnie zaśpiewane piosenki - wzięte prosto z kart powieści.

Tłuczmy szklanki, spodki, miski, 
Niech gospodarz żyje nasz! 
A choć Bilbo płaczu bliski, 
Niechaj drzazgi lecą z flasz!

Muzyka Howarda Shore'a to - przynajmniej dla mnie - w ogóle najlepszy element całej hobbiciej trylogii. Drugim takim elementem był - o dziwo - wspomniany tylko mimochodem w powieści wątek wypędzania Saurona z Dol Guldur i Mrocznej Puszczy w ogóle. Ale pozostałe wyczyny scenarzystów...

Radagast Obesrany (née Bury), Bard Handlarz Ryb (daleki krewny Barda Łucznika), Wypłosz formerly known as Beorn, Azog-powstały-z-martwych, Ryża Małpa a.k.a. Postać Niewystępująca w Książce, oh for fuck's sake

Na szczęście zanim to wszystko pojawiło się na ekranie zostałem uraczony czymś ładnym i miłym (dla ucha) - chóralnym wykonaniem fragmentu pieśni Far Over the Misty Mountains Cold:

 Far Over the Misty Mountains Cold,
To Dungeons Deep and Caverns Old,
We must away ere break of day
To find our long-forgotten gold.

Bardzo długo żałowałem, że zamiast umieścić w filmie całość pieśni PJ zdecydował się na kompletnie nieudane CGI gonitwy z udziałem Radagasta Obesranego... 

Do niedawna znalezienie sensownego kompletnego wykonania tego utworu gdziekolwiek było praktycznie niewykonalne. Na szczęście, dzięki youtuberowi występującego jako Clamavi De Profundis. teraz już nie jest. A więc, without further ado, przed Szanownymi P.T. Czytelnikami wszystkie 27 zwrotek Far Over the Misty Mountains Cold (oraz fragment Song of Durin):   

Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt, 
Żeby wydrzeć lochom, grotom
Nasze harfy, nasze złoto!

Mi się podoba.

  









A jako bonus - piosenka, której brak w filmie jest dla trolla wyjątkowo dotkliwy. Bo tak.

Fifteen birds, in five fir trees,
their feathers were fanned in a fiery breeze!
what funny little birds, they had no wings!
Oh what shall we do with the funny little things?

poniedziałek, 7 marca 2016

Troll czyta #20 - Duże zielone ludziki

Troll lubi militarną science-fiction. Cytując za Pawłem Majką, autorem m.in space opery "Niebiańskie pastwiska", "SF militarna (...) wprawdzie nie bardzo wiadomo czym się różni od space opery, ale można to wyczuć". Moja ulubiona definicja gatunku mówi, że jeśli w opisie bitwy w kosmosie występują wielobarwne wiązki laserów, roje rakiet i efektownie wybuchające okręty to jest to space opera, a jeśli dodatkowo podane są numery seryjne rakiet, numery taktyczne okrętów i długość fali światła lasera - to jest to militarna science-fiction.

Trollowe zamiłowanie do gatunku należy przypisać w głównej mierze książkom Davida Marka Webera, autora (przede wszystkim, acz bynajmniej nie jedynie) cyklu o przygodach i perypetiach Honor Harrington et consortes. Po Davidzie Weberze (i po części dzięki niemu - obaj panowie napisali bowiem wspólnie cykl Empire of Man) był John Ringo (znany m.in jako autor serii Legacy of the Aldenata i The Looking Glass oraz niesławnego Paladin of Shadows). Po Johnie Ringo byli inni autorzy (m.in. Jack Campbell i jego Lost Fleet). Ostatnio przeczytałem zaś pierwsze cztery tomy cyklu Algorytm Wojny autorstwa zeszłorocznego laureata Nagrody im. Janusza A. Zajdla, Michała Cholewy i z niecierpliwością czekam na więcej.

I w ramach tego oczekiwania sięgnąłem po cykl Old Man's War Johna Scalziego. 

Okładka pierwszego wydania pierwszego tomu

Ziemia, odległa przyszłość. W dniu swoich 75 urodzin John Perry odwiedza po raz ostatni grób małżonki i wstępuje do wojska. Konkretnie do Kolonialnych Sił Obronnych (Colonial Defence Forces, CDF), których zadaniem jest chronienie ludzkich kolonii na innych planetach przed najazdami obcych. Dzięki opanowaniu technologii tzw. napędu przeskokowego (skip drive) ludzkość zdobyła bowiem możliwość podróżowania szybciej niż światło i - jak to ludzkość - rozpełzła się po wszechświecie w poszukiwaniu nowych miejsc do życia. Przy okazji natrafiając na wiele różnych obcych cywilizacji, które albo były zainteresowane kolonizacją tych samych planet, albo już na nich mieszkały. Nieuchronnie doprowadziło to do konfliktu zbrojnego i spowodowało utworzenie ww. CDF. Jednocześnie wojny na samej Ziemi spowodowały, że wielu jej mieszkańców (zwłaszcza tych przegranych w rzeczonych wojnach) wolało ją opuścić, wybierając los kolonisty. Obywatelom państw zwycięskich wolno zaś opuścić Ziemię wyłącznie jako żołnierze CDF, po ukończeniu 75 lat i bez prawa powrotu. Taki rodzaj karmicznej sprawiedliwości. Jeśli odsłużą 2 lata (z możliwością wydłużenia okresu służby do 10 lat, w przypadku wojny) - wolno im będzie osiedlić się gdzieś na innej planecie.

Szanowni P.T. Czytelnicy zapytają w tym miejscu zapewne, popukawszy się przedtem w czoło, jaki pożytek ma CDF z bandy starych pryków. Otóż dzięki zaawansowanej genetyce i nanorobotyce każdy żołnierz CDF zostaje przetworzony na nieco foremniejszy odpowiednik Hulka (lub She-Hulk, CDF przyjmują także panie). Nie żartuję - dzięki chlorofilowi w komórkach skóry żołnierze CDF są zieloniutcy jak szczypiorek na wiosnę. A przy okazji mogą dokonywać fotosyntezy, zmniejszając tym samym zapotrzebowanie na żywność. Są także o wiele silniejsi niż zwykli ludzie, odporniejsi na uszkodzenia, zdolni do wstrzymania oddechu na prawie 10 minut i całkowicie bezpłodni. Dzięki bojowym komputerom, wszczepionym bezpośrednio do układu nerwowego mogą m.in. porozumiewać się na odległość i magazynować do przyszłego użytku całą bibliotekę Looney Tunes. A wszystkie te ulepszenia są po to, żeby dać im choć minimalną szansę na przeżycie na polu bitwy.

Pierwszy tom cyklu, zatytułowany również Old Man's War (wyd. Tor Books, 2005, 320 str.), opisuje losy Johna Perry'ego (i garstki jego towarzyszy, poznanych bezpośrednio po wstąpieniu do wojska, nazywających siebie mianem The Old Farts), od obozu szkoleniowego rekrutów po pierwszą poważną kampanię, mającą decydujący wpływ na jego dalsze losy. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikowi śledzić wydarzenia oczami ich uczestnika i poznać jego przemyślenia z pierwszej ręki (ale także ogranicza wiedzę czytelnika tylko do tego, co wie narrator). Nasz bohater jest - jak to często bywa w utworach z pierwszoosobową narracją - trzeźwo myślącym realistą, z nieco cynicznym podejściem do świata, niepozbawionym poczucia humoru. W ogóle, mimo niewesołych często okoliczności, książka pełna jest humoru (i to w gatunku odpowiadającym trollowi). Dość wspomnieć np. podręcznik obsługi bojowego komputera, zwanego BrainPalem™, którego Perry ochrzcił mianem Dupka (Asshole), przypominający radosną ulotkę stworzoną przez natchnionego speca od PR. Albo opisy obcych ras (np. krabopodobnych Bathunga).

Swoją drogą Scalziemu należą się brawa za wymyślenie i przedstawienie różnorodnych i naprawdę obcych (psychologicznie, a nie tylko fizycznie różniących się od ludzi i siebie nawzajem) ras obcych. Nawet jeśli są oni tak nieprawdopodobni (z przyczyn natury biologicznej), jak humanoidalni i tworzący zaawansowaną technologicznie cywilizację Covandu ...mający ok 1 cala wzrostu. Także przyczyny ich konfliktu z ludzkością są całkowicie sensowne i prawdopodobne. Na plus wypada także zaliczyć sensowne przestawienie motywacji bohaterów i ich reakcji na wydarzenia. 

Troll niniejszym poleca, zabierając się jednocześnie za tom drugi, zatytułowany The Ghost Brigades (nazwa nadana siłom specjalnym CDF, bynajmniej nie z powodu ich umiejętności pozostawania niedostrzeżonym).