środa, 30 października 2013

Na co troll czeka?

A konkretnie: na jakie książki troll czeka. 

Troll ma kilka ulubionych cykli powieściowych. Nowe tomy wychodzą w miarę regularnie, co roku. W chwili obecnej czekam m.in. na:

David Weber - Treecat Wars. Ta książka już wyszła (premiera 01.10.2013), ale jeszcze się do niej nie dorwałem. Trzeci tom podcyklu Honorverse - Stephanie Harrington/Star Kingdom - teoretycznie przeznaczonego dla młodszego czytelnika. Poprzednie tomy mi się dobrze czytały.  

David Weber - Cauldron of Ghosts. Zapowiadany na 01.04.2014 trzeci tom innego podcyklu Honorverse - Wages of Sin. Prawdopodobnie będzie opisywał wydarzenia równoległe z treścią Shadow of Freedom, z punktu widzenia Torch i rozgrywek wywiadów.

David Weber - Like a Mighty Army. Siódmy tom cyklu Safehold, zapowiadany na 04.02.2014. Poprzedni tom pozostawił straszny niedosyt. Niby 800 stron, a akcja do przodu posunęła się niewiele. Może tym razem będzie lepiej?

Andrzej Sapkowski - Sezon Burz. Podobno będzie już na dniach (teoretycznie premiera 06.11.2013). Wcale nie jestem spokojny co do jakości. Gdyby nie Lux Perpetua i Żmija byłbym spokojniejszy. Zobaczymy...

Jim Butcher - Skin Game. Piętnasty tom cyklu Dresden Files. Miał być jeszcze w tym roku, ale premierę przesunięto na 16.01.2014. Już się nie mogę doczekać.


czwartek, 10 października 2013

Trzy spojrzenia na... #2

Dzisiejszy odcinek także nie jest tym, który sobie zaplanowałem jako pierwszy. Jakoś tak się dzieje, że pomysł jest, ale weny by dokończyć wpis brakuje. Zajmijmy się zatem tematem zupełnie innym - filmami kontrowersyjnymi. Uprzedzam lojalnie, że przymiotnik "kontrowersyjny" będę - metaforycznie - odmieniał przez wszystkie przypadki. Tym razem zrezygnowałem z publikowania fragmentów filmów ilustrujących tekst, z przyczyn mam nadzieję dla wszystkich oczywistych. Na ciekawostkę godną podkreślenia zasługuje fakt, że wszystkie omawiane dziś filmy również są ekranizacjami, a jeden z nich opowiada o wydarzeniach historycznych.

Spojrzenie pierwsze, czyli eksplozja przemocy: "The Clockwork Orange" (1971), reż. Stanley Kubrick

Mechaniczna Pomarańcza? A może Nakręcany Człowiek? Ten pierwszy tytuł zdobył już sobie u nas rangę obywatelstwa, ten drugi jednak jest właściwszy - według samego autora pierwowzrou książkowego Anthony'ego Burgessa. W języku malajskim (który Burgess całkiem nieźle znał) orang znaczy człowiek (stąd orangutan - malajskie orang hutan - człowiek lasu), a przez niektórych zapisywany był właśnie (błędnie) orange. Nakręcanym człowiekiem jest zaś bezwolna jednostka, z którą rządowa machina może zrobić wszystko, we własnym ma się rozumieć interesie.

Bezwolną jednostką staje się w końcu Alex (demoniczny Malcolm McDowell), młodociany rzezimieszek, gwałciciel, a w końcu także zabójca (chociaż przypadkowy, a nie mordujący z premedytacją), a przy tym wielki miłośnik twórczości Beethovena. Setki takich Aleksów grasują na ulicach burgessowskiej Anglii, rząd zaś (tu reprezentowany przez kuratora - P. R. Deltoida) nadal nie może dojść do przyczyny tego nagłego wzrostu przestępczości nieletnich. Porzuciwszy badanie przyczyn rząd bierze się za leczenie skutków: oto opracowana zostaje metoda uwarunkowania bandyty tak, aby nie był już zdolny do przemocy czy gwału. Alex robi wszystko, aby załapać się do programu eksperymentalnego zastosowania tej metody - czego przyjdzie mu później żałować. W ramach uwarunkowania obiektowi podaje się leki powodujące mdłości i pokazuje obrazy gwałtu i przemocy, aby - starą sprawdzoną metodą psa Pawłowa - wytworzyć w nim odruch warunkowy, powstrzymujący go przed dokonywaniem czynów przestępczych. Przy okazji niejako, ubocznym skutkiem jest uwarunkowanie u Alexa tych samych odruchów przy słuchaniu Dziewiątej symfonii Ludviga van Beethovena (stanowiła podkład muzyczny do niemego filmu o obozie koncentracyjnym) - co on sam uznaje za rażącą niesprawiedliwość (w powieści uwarunkowanie dotyczyło każdej muzyki). Pokaz skuteczności działania metody zapewnić ma rządowi zwycięstwo w nadchodzących wyborach. Protestujących przeciwko odbieraniu człowiekowi prawa wyboru dobra i zła ucisza się, wskazując na dobro społeczeństwa płynące z "leczenia" przestępców.

Wypuszczony z więzienia "wyleczony" Alex zostaje pozostawiony samemu sobie. Rodzice mają sublokatora, który zajął jego pokój i nie zamierzają porzucać źródła dochodu na rzecz syna marnotrawnego. Dawne ofiary rozpoznają go na ulicy i spuszczają ciężki łomot - przed którym, uwarunkowany, nie może się nawet bronić. Dawni kumple-bandyci - wskutek innego programu rządowego zarekrutowani do policji - wywożą go za miasto i pałują. Zbiegiem okoliczności Alex trafia do domu wywrotowego pisarza, którego kiedyś napadł. Pisarz - wskutek pobicia - porusza się na wózku, jego zbiorowo zgwałcona przez Alexa i jego kumpli żona zmarła. Początkowo Alex nie zostaje rozpoznany, a pisarz-opozycjonista ma zamiar przedstawić jego przypadek w kampanii wyborczej przeciw rządowi. Ale nieostrożność Alexa sprowadza nań rozpoznanie i zemstę pisarza. Odurzony, zostaje zamknięty na poddaszu i zmuszony do słuchania ciągle i ciągle IX symfonii Ludviga van (wygadał się co do skutków ubocznych metody). Doprowadzony do ostateczności rzuca się z okna, pragnąc popełnić samobójstwo.

To co teraz, ha?

Alex budzi się w szpitalu, gdzie po długiej rehabilitacji lekarzom udaje się odwrócić skutki uwarunkowania. Rząd, który boi się skandalu i wciąz walczy o reelekcję, oferuje Alexowi pracę i wynagrodzenie, w zamian za milczenie i poparcie. Pisarz-kaleka zostaje umieszczony w zakładzie dla umysłowo chorych, skąd nie może już nikomu szkodzić. Alex zaś w spokoju może słuchać IX symfonii, rozmyślając o gwałcie i przemocy. Jest bowiem wyleczony jak trza.

Przystępując do realizacji Mechanicznej Pomarańczy Kubrick miał już za sobą co najmniej jeden film, który określić spokojnie można mianem kontrowersyjnego - Lolitę wg prozy Nabokova. Wiedział więc jak przygotować się do walki z cenzorami. Miał także wsparcie A. Burgessa, jako konsultanta. Cóż z tego, skoro od razu zraził go sobie, wybierając jako podstawę scenariusza amerykańską, okrojoną wersję powieści. W oryginale ostatnia część poświęcona jest starszemu już nieco Alexowi, który rozmyśla nad ustatkowaniem się i porzuceniem drogi przestępstwa, w wersji amerykańskiej tę część pominięto. Z młodocianym wiekiem Alexa i niektórych jego ofiar Kubrick poradził sobie tak jak przy Lolicie - upełnoletniając bohaterów. Z przedstawienia częsci jego przestępstw zrezygnował.

A mimo to zarzucano reżyserowi i jego filmowi propagowanie przemocy - szczególnie wśród nieletnich - i "estetyzację przemocy". Podejrzewam, że motywem Kubricka było zderzenie, na zasadzie kontrastu, wrażliwości muzycznej Alexa (który o muzyce Ludviga van mówi praktycznie poezją) i brutalności jego poczynań. Stąd gwałt i pobicie do wtóru śpiewanej przez McDowella piosenki (Singin' In The Rain - jedyna piosenka którą McDowell znał na pamięć, Kubrick kazał mu ją więc zaśpiewać w tej scenie), stąd uwiedzenie dwóch dziewczyn (w książce: gwałt na nieletnich) do wtóru uwertury do Wilhelma Tella Rossiniego. Stąd Beethoven towarzyszący scenom z obozu koncentracyjnego (nie widzimy ich na filmie, opisane są w książce, mówi o nich w filmie Alex).

Kiedy niedługo po premierze w UK w dwóch sprawach kryminalnych z udziałem nieletnich (o zabójstwo i o śmiertelne pobicie włóczęgi), Mechaniczną Pomarańczę wykorzystały w charakterze dowodu powiązanego ze sprawą (jako inspirację sprawców) zarówno obrona, jak i oskarżenie, Kubrick zdecydował o wycofaniu filmu z dystrybucji w UK do końca jego życia. Zakaz ten egzekwował surowo z udziałem swoich prawników. W USA film początkowo otrzymał kategorię X, po przemontowaniu przez Kubricka (głównie scen nagości/seksu) przyznano mu kategorię R.

Krytyka - pomimo kontrowersji - przyjęła film bardzo dobrze: dostał 4 nominacje do Oscara i 3 do Złotego Globu (żadnych nagród), wygrał 7 nagród BAFTA, zdobył nagrodę Hugo.

Spojrzenie drugie, czyli apoteoza bluźnierstwa: "The Devils" (1971), reż. Ken Russell

Film Kena Russella oparty jest na książce Aldousa Huxleya, Diabły z Loudun (1952) oraz bazującej na niej sztuce Johna Whitinga, The Devils (1961). Sam Huxley oparł swoje dzieło na zapiskach z procesu księdza Urbaina Grandiera, oskarżonego przez przeoryszę urszulanek w Loudun - matkę Jeanne des Anges - o czary.

Proboszcz Urbain Grandier (Oliver Reed) z Loudun bynajmniej nie był świętym - żył wg terencjuszowskiej zasady homo sum, humani nihil a me alienum puto. Miał kochanki, okazywał pychę i nieposłuszeństwo przełozonym. A mimo to powszechnie go lubiano i szanowano - może dlatego, że mieszkańcy Loudun - sami nie będąc świętymi - woleli jawnie ułomnego moralnie człowieka jako przewodnika duchowego, niż pozornego świętoszka.

Jednocześnie Grandier zdecydowanie działał w interesie miasta: nie pozwolił na prześladowania religijne lokalnych hugenotów, czynnie walczył z zarazą (co przysporzyło mu wrogów w osobach lokalnego lekarza i pigularza, zwolenników pijawek i suszonej żaby) i - co ostatecznie doprowadziło do jego upadku - nie pozwolił na zburzenie murów miejskich Loudun. W owym czasie bowiem wszechwładny kardynał Armand Jean du Plessis de Richelieu zarządził, iż wszelkie mury miejskie zostać powinny zburzone, aby nie było więcej hugenockich twierdz, które trzeba by zdobywać długotrwałym oblężeniem. Grandier nakazuje przerwać prace wyburzeniowe, okazuje królewski przywilej, zezwalający Loudun na posiadanie murów i udaje się do króla z prośbą o interwencję.

Przeciw nieobecnemu proboszczowi zostaje zawiązany spisek: wikary Mignon, spokrewniony z nim królewski prokurator Trincant, którego córka Philippa - ciężarna - została odtrącona przez Grandiera, ośmieszeni lekarz i aptekarz oraz baron de Laubardemont, który przybył z rozkazem zburzenia murów, poszukują sposobu na zniszczenie niepokornego księdza. Pretekstu dostarcza im przeorysza urszulanek, matka Joanna od Aniołów (Vanessa Redgrave).

Zdeformowana, neurotyczna zakonnica od pewnego czasu doświadcza bowiem ekstatycznych wizji z proboszczem Grandierem w roli Chrystusa, któremu ona - Joanna - oddaje się ciałem i duszą. Wypada podkreślić, że samego Urbaina Grandiera nie spotkała nigdy, widziała go tylko raz (podczas pogrzebu gubernatora), słyszała zaś o nim zewsząd. Grandier podpisał zaś na siebie wyrok, kiedy odrzucił prośbę zauroczonej nim kobiety, aby został spowiednikiem w klasztorze, a ponadto w tajemnicy (która szybko stała się tajemnicą poliszynela) poślubił inną niewiastę. Zaprawdę, nie masz gorszego zawodu miłosnego, niż urażona miłość własna kobiety. Z zemsty przeorysza informuje ojca Mignon o wszystkich romansach i małżeństwie Grandiera, dodając na koniec, że ją samą przywieźć chciał do grzechu i opętał, niechybnie za pomocą czarów. Spiskowcom nie potrzeba niczego więcej.

Sprowadzają do Loudun "zawodowego łowcę wiedźm", ojca Pierre'a Barre i organizują publiczne egzorcyzmy, mające udowodnić wszystkim, jak potwornym zbrodniarzem jest ksiądz Grandier. Egzorcyzmy szybko stają się krwawą farsą: matka Joanna przyznaje się do opętania po zaaplikowanej przemocą lewatywie, pozostałe siostry - którym wcześniej grożono śmiercią, jeśli nie wskażą Grandiera jako czarownika - wpadają w religijno-seksualną ekstazę. W kulminacyjnym momencie pojawia się (w przebraniu) król, przynosząc (jakoby) uzdrawiającą z opętania relikwię. Siostrzyczki pod jej wpływem natychmiast pokornieją, ojciec Barre pada na kolana dziękując Bogu za wybawienie, a roześmiany król demonstruje wszystkim puste puzderko - udowadniając wszem i wobec, że opętanie i oskarżenia o czary są fałszywe, a egzorcyzmy - jedynie sadystycznym teatrum ku uciesze gawiedzi. Po odejściu króla niezrażony Barre kontynuuje egzorcyzm, który ostatecznie przeistacza się w orgię z udziałem zakonnic i figury Chrystusa.

Powracający akurat w tym momencie Grandier zostaje natychmiast aresztowany i poddany przesłuchaniu, a później torturom. Spiskowcom nie udaje się go jednak zmusić do przyznania się do winy. Mimo to zostaje skazany na spalenie żywcem na stosie. Kat obiecał mu wprawdzie, że udusi go przed podpaleniem stosu, ale na skutek machinacji ojca Barre i ojca Mignon (ten ostatni nabiera w końcu przeświadczenia, że Grandier zapewne jest niewinny) - Grandier umiera w straszliwych męczarniach. Równocześnie de Laubardemont daje rozkaz do wysadzenia murów obronnych, co wywołuje ogólną panikę.

Po egzekucji de Laubardemont odwiedza matkę Joannę, przynosząc jej zwęgloną kość udową Grandiera i informując, że ojciec Mignon został zamknięty w azylu dla obłąkanych, za głoszenie niewinnosci spalonego proboszcza. Pozostawia przeoryszę kompletnie załamaną.

Ojciec Barre udaje się polować na czarownice w innej częsci Francji. Nie niepokojona przez nikogo, wypuszczona z więzienia żona Grandiera, opuszcza Loudun.

FIlm otrzymał kategorię wiekową X (adult only) w UK i USA, w niektórych krajach nigdy nie wyświetlono go w całości, w innych wydanie kompletne nigdy się nie ukazało. Najczęściej ofiarą nożyc cenzorów padały sceny egzorcyzmu (obnażające się zakonnice, orgia z udziałem figury Chrystusa), wizje Joanny (w których Grandiera ukazywano jako Chrystusa, z powodu erotyzmu jakim były nacechowane) czy scena masturbacji Joanny zwęgloną kością Grandiera (w widzianej przeze mnie wersji - 108 min - tej sceny nie ma, w przeciwieństwie do scen wymienionych wcześniej). Nieco rzadziej - realistyczna scena tortur i scena egzekucji. We Włoszech film był zakazany (głównie z powodu sposobu przedstawienia w nim religii), co nie przeszkodziło mu w otrzymaniu nagrody na festiwalu w Wenecji (1971, kategoria najlepszy film zagraniczny).

Gdzie kontrowersja? Mimo swoich wszystkich wad proboszcz Grandier jest zdecydowanie najbardziej ludzki i najbardziej pobożny ze wszystkich przedstawionych w filmie postaci. Wszyscy inni sportretowani w nim ludzie kościoła są albo sadystami, albo skorumpowanymi politykami, albo szaleńcami, albo obłudnikami - albo wszystkim po trochu. Przerażający jest fanatyzm wrogów księdza Grandier, szczególnie po ich zdemaskowaniu. Przerażająca jest świadomość, że z fanatyzmem posiadającym władzę wygrać nie można.

Diabły krytykuje się czasem jako film "antykatolicki" - w mojej opinii jest on raczej "antyfanatyczny", nieważne w jakiej religii czy ideologii źródło ma ten fanatyzm.

Spojrzenie trzecie, czyli orgia perwersji seksualnych: "Salo o le 120 giornate di Sodoma" (1975), reż. Pier Paolo Pasolini 

Powiedzmy na wstępie jasno: ten film jest obrzydliwy, kropka. Sam oglądałem wersję reżyserską - w dużej mierze nieocenzurowaną (brakuje 2 minut), ale wyłącznie we fragmentach. Całości nie byłem w stanie.

Nawet bardziej obrzydliwy jest jego pierwowzór, niedokończony rękopis Donatiena Alphonse'a Francoisa markiza de Sade, 120 dni Sodomy (1785), który powstał w trakcie uwięzienia autora w Bastylii i który miał stanowić jego magnum opus. De Sade prawie połowę życia spędził albo w więzieniu, albo w azylu dla obłąkanych - czy to na skutek żądań rodziny, czy z polecenia władz (zarówno za monarchii, jak i za republiki i za cesarstwa). Z Bastylii (w której łącznie spędził 10 lat) został przeniesiony, gdyż - zgodnie z przekazami - w dniu 2 lipca 1789 r. miał wykrzykiwać z okna swej celi w kierunku zgromadzonego wokół twierdzy burzącego się ludu Paryża, iż "mordują więźniów Bastylii" - gdyż odmówiono mu codziennego spaceru. Rękopis wówczas zaginął, ku rozpaczy autora. Odnaleziono go później i pierwszy raz ukazał się drukiem w 1904 r., w niemieckim przekładzie. Tekst ten czytałem zarówno po polsku, jak i po angielsku. Zdecydowanie nie polecam.

Treścią "utworu" jest historia sprzysiężenia czterech libertynów: księcia, biskupa, prezydenta i burmistrza - spokrewnionych tak bezpośrednio, jak i przez małżeństwo - którzy zawarli pakt, iż w ciągu 4 miesięcy, w odciętym od świata zamczysku, oddawać się będą najwymyślniejszym perwersjom seksualnym, z udziałem grupy specjalnie wyselekcjonowanej młodzieży płci obojga, własnych żon i czterech  wynajętych weteranek najstarszego zawodu świata, które mają zdać relację z doświadczeń swego życia. Pakt zawierał szczegółowe prawa, jakimi rządzić się będzie ta mała "społeczność", złamanie których karane miało być śmiercią winowajcy. Opowieści starych kurtyzan miały zaś stać się inspiracją dla libertynów.

Większą część "dzieła" stanowi katalog najprzeróżniejszych zboczeń seksualnych, w mniejszym lub większym stopniu nacechowanych przemocą (im bliżej końca opowieści, tym przemocy jest więcej i staje się ona coraz wymyślniejsza, coraz częściej wiąże się z trwałym okaleczeniem lub śmiercią ofiar). Libertyni systematycznie torturują i ostatecznie mordują - często w wyszukany sposób - większość mieszkańców zamku. Opisy de Sade'a są pełne odrażających szczegółów.

Pasolini przystępując do ekranizacji rękopisu dokonał szeregu zmian. Przeniósł miejsce akcji z oświeceniowej Francji do faszystowskich Włoch, pod koniec drugiej wojny światowej - do tzw. Republiki Salo (Repubblica Sociale Italiana, Włoska Republika Socjalna). Postarzył większość postaci (de Sade opisywał bowiem mało- i nieletnie ofiary swoich fantazji) - aczkolwiek nie wszystkie i w niektórych rolach obsadził faktycznych nieletnich. Pominął też znaczną część materiału źródłowego (głownie z późniejszych, bardziej brutalnych partii manuskryptu).

Mimo to film pozostał obrazem pełnym przemocy i perwersji seksualnych, jawnie pornograficznym, całkowicie wypranym z erotyzmu, osadzonym w wysmakowanych wnętrzach, z towarzyszeniem delikatnej fortepianowej muzyki. Jest to film o władzy, korumpującej i upodlającej człowieka. Zatruci i opici władzą, jak kleszcz krwią, są faszystowscy dygnitarze, upodlone przez władzę są ich ofiary, które w końcu same - obdarzone cząstką władzy przez swych oprawców - podejmują w finale rolę katów. Oryginalna idea Pasoliniego - potępienie faszyzmu, jako ideologii i władzy opartej na przemocy - całkowicie zagubiła się w otchłani moralnego zepsucia, wylewającej się z ekranu.

Pasolini nie doczekał premiery - został zastrzelony przez poznanego przygodnie młodzieńca (wg niektórych źródeł - kochanka reżysera). Wersję nieocenzurowaną pokazano w Europie (we Francji) tylko raz (a później wyświetlano wyłącznie w Japonii). We Włoszech pokazywano go najpierw wyłącznie w trakcie apelacji od wyroku nakazującego wstrzymanie publikacji, po uzyskaniu kasacji tego wyroku - nikt nie chciał go już oglądać. Film jest oficjalnie objęty zakazem rozpowszechniania w UK, Australii i Finlandii. W trakcie amerykańskiej premiery - festiwal w NYC, 1977 - publiczność wychodziła z kina, gwiżdżąc. Nigdy nie zwróciły się - niskie - koszty produkcji.

Może następnym razem uda mi się w końcu zrealizować moje pierwotne zamierzenie odnośnie początku tego cyklu i opisać... ale może to już następnym razem?

poniedziałek, 7 października 2013

Epitafium dla Joanny Chmielewskiej

Dziś media podały, że - osiągnąwszy piękny wiek 81 lat - zmarła Joanna Chmielewska, pierwsza dama polskiego kryminału.

Pani Joanno - gdziekolwiek Pani teraz jest - ja, długoletni czytelnik, pragnę Pani podziękować. Za Joannę, Alicję, Tereskę, Okrętkę, Lesia, Janeczkę i Pawełka. Za Wszyscy jesteśmy podejrzani, Nawiedzony dom i Większy kawałek świata. Za Romans wszechczasów, Wszystko czerwone i Całe zdanie nieboszczyka. Za studnie przodków, mordę upiora i Pana Muldgaarda, duńskiego policjanta mówiącego po polsku. Za Hazard, Książkę poniekąd kucharską i Florencję, córkę Diabła. Za resztę kadłuba w ciemno. Za Waszą Eminencję, Waszą Królewską Mość i Wielce Szanowną Panią. Za Syrenę z silnikiem BMW. Za cudowny opis dzieł sztuki w Romansie wszechczasów, którego nadal nie jestem w stanie przeczytać nie popłakawszy się ze śmiechu. Za kosmitów lądujących w Garwolinie. Za pomysły na zbrodnie doskonałą, w tym gronkowca w lodach. I za całą resztę.

Serdecznie dziękuję. Troll-czytelnik.

czwartek, 3 października 2013

Trzynasty trolla tekst...

...traktujący o tytułów aliteracji. Trzeba trafu, iż tytuły trzykroć po trzy trollowych tekstów - tego także - toczka w toczkę na literę 'T' się zaczynają. Totalny traf, truly

A skoro już popełniam wpis o aliteracji - voila, oto wygadanego vigilante V z V for Vendetta werbalna wizytówka, bazująca na literze 'V', verbatim:


Swego czasu - na grupie pl.rec.fantastyka.sf-f - trafiłem na kapitalny, barańczakowy w duchu ("piękny, ale nie wierny" - w odróżnieniu od stillerowskiego "wiernego, lecz nie pięknego") przekład powyższego, oparty o literę 'P'. Proszę Państwa, "P jak Pomsta":

"Pani pozwoli! Z pozoru pokorny przedstawiciel possy, prztyczkiem
Przeznaczenia przewrotnie przeistoczony pospołu w pokrzywdzonego i
przestępcę. To przebranie, powleczone politurą próżności, przykrywa vox
populi, pusty i przebrzmiały, jak płomienni przódy piewcy prawdy, potulnie
podlizujący się potępianym w przeszłości. Lecz przecież owa podniosła
personifikacja przeszłych podrażnień poderwała się i przysięgła poniżyć
przekupnych, pasożytniczych pomagierów patologii i powstrzymać popędy
przestępców podle pozbawiających populację przytomności jej praw. Pisana im
jest pokuta, pomsta, pełna pasji, nie po próżnicy, ponieważ przekonanie o
jej przymiotach przyczyni się do pochwały przezornych i prawych. Powiadam
Pani, ta przesadna powódź paplaniny poprzedza poprawną prezentację: miło mi
Panią poznać, proszę nazywać mnie P."

Popełnił Jerzy Rzymowski

środa, 2 października 2013

Trzy spojrzenia na... #1

Aby obietnicy stało się zadość - oto pierwszy wpis z zapowiadanego cyklu. Miałem wprawdzie pokusić się o analizę nieco innego tematu, ale to już następnym razem.

Wyszedłem od kina historyczno-kostiumowego, przy takim też pozostanę. Zacznę zaś ambitnie, "z wysokiego c" i z grubej rury - od filmowych adaptacji sztuk Williama Shakespeare'a (na potrzeby niniejszego wywodu uznajmy, że faktycznie Shakespeare był autorem tego, co mu się powszechnie przypisuje, plotki o autorstwie Marlowe'a, de Vere'a czy Bacona pozostawiając szekspirologom do ich dysput). Przyjrzyjmy się zatem trzem różnym sposobom, na jakie filmowcy zabierali się do ekranizacji Barda ze Stratford upon Avon.

Spojrzenie pierwsze, czyli adaptacje klasyczne: Henry V (1989), reż. Kenneth Branagh.


Zaprawdę, bardziej klasycznie się chyba nie da. Oto Branagh adaptuje Shakespeare'a praktycznie "na kolanach": ujmując z oryginalnego tekstu tak mało, jak się da, dodając od siebie jeszcze mniej, a całość podając w kostiumie z epoki (przedstawionej, nie samego Shakespeare'a).

Treściowo od pierwowzoru odchodzi tylko raz - zachowując przy tym szekspirowskiego ducha, jeśli nie literę - to jest umieszczając w filmie scenę pochodzącą z innego dzieła. Chodzi mianowicie o reminiscencje Pistola po śmierci sir Johna Falstaffa, a cytowana scena zaczerpnięta została z pierwszej części Henryka IV. Należy przy tym wspomnieć, że w rzeczywistości sir John Fastolf, jeden z pierwowzorów Falstaffa, przeżył Henryka o wiele lat - zmarł w 1459 r., trzydzieści lat po Bitwie o Śledzie, stoczonej 12 lutego 1429 r. podczas oblężenia Orleanu (i jakieś czterdzieści cztery lata po bitwie pod Azincourt).

Film pomija też - całkowicie zgodnie z treścią sztuki - scenę lądowania Henryka we Francji. Nic dziwnego, wypada ona mało dumnie dla przyszłego zwycięzcy. Jeśli bowiem wierzyć przekazom, wysiadający z okrętu król potknął się i wywinął orła na francuski brzeg. Można to wprawdzie było wziąć za dobrą wróżbę - sposobiący się do podboju Anglii Wilhelm Bękart wyrżnął jak długi wysiadając na brytyjskim brzegu, co zupełnie nie przeszkodziło mu w zdobyciu korony (i o wiele bardziej pasującego królowi przydomku) - jednakże Shakespeare'owi pewnie nie uchodziło przypominać odległej następczyni Henryka na angielskim tronie, że jeden z jej poprzedników był pierdołą. Dyplomacja, jak widać, jest sztuką.

Henryk Branagha (i Shakespeare'a) jest wybitnie wygadany. Ba, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest aż nazbyt elokwentny. Bardziej oszczędny w słowach wódz, oblegając miasto i uczyniwszy wyłom w murach obronnych, pewnie by tylko wrzasnął "Na pohybel skurwysynom!" i rzucił się do szturmu, gdy tymczasem nasz Heniu palnął taką mowę, że klękajcie narody: 


Na szczyty elokwencji wzbija się zaś rankiem poprzedzającym krwawą rozprawę pod Azincourt. Nawiasem mówiąc Anglicy błędnie zapamiętali nazwę miejsca, w którym dali Francuzom łupnia - w ich przekazach batalia ta nosi miano bitwy pod Agincourt. Adding insult to injury, eh?


Shakespeare - a za nim Branagh - przeinaczył moment kulminacyjny bitwy. Zrozumiałym jest, że Anglikowi nie wypadało publicznie przypominać Anglikom (a szczególnie aktualnym władcom Anglii), jak parszywie postąpił ich król wobec wziętych do niewoli francuskich notabli. Normalną praktyką owych czasów było, że poddający się miał prawo zejść z pola bitwy i oczekiwać w niewoli zwyciezcy na wykup. Tymczasem, kiedy w szczytowym momencie bitwy Henryk rzucił do walki także czeladź obozową, a pozbawiony ochrony jego tabor padł łupem lokalnych wieśniaków - Henryk zdecydował o wyrżnięciu dotychczas wziętych do niewoli jeńców. W sztuce zaś (i w filmie) to francuscy rycerze atakują bronione tylko przez chłopców obozowych wozy, wyrzynając obrońców do nogi, a sami giną na polu bitwy.

Propaganda nie była w żadnym wypadku Shakespearowi obca. Ale nie pomstujmy tu nad nim - dał przecież okazję Branaghowi do nakręcenia przejmującej sceny procesji po bitwie.


Potem następuje przekomiczna scena zalotów Henryka w ramach negocjacji pokojowych. On nie mówi po francusku - a przynajmniej nie powinien, bo straszliwie ten język kaleczy. Księżniczka Katarzyna zabawnie zaś przeinacza angielski. Dobrana z nich para.

Nastają pokój i miłość. Kurtyna.  

Spojrzenie drugie, czyli "niech będzie nowoczesność w domu i zagrodzie": Richard III (1995), reż. Richard Loncraine.


Ha! Nie tego się spodziewaliście po Shakespearze, c'nie? Zaprawdę, nie przypominam sobie żadnych czołgów w czasach elżbietańskich (głos z sali powołujący się na płody umysłu Leonarda odrzucamy jako niezorganizowany), telegraf to tez jakby nie te czasy. A jednak Loncraine - podchodząc do tekstu oryginału niemal bałwochwalczo, nie zmieniając praktycznie linijki - postanowił pokazać, że można historię jednego z najwredniejszych szekspirowskich czarnych charakterów uczynić jeszcze wredniejszą, przydając jej kostiumu wzorowanego na (alternatywnej!) faszystowskiej Anglii lat 30. XX w. I udało mu się to, bez dwóch zdań.


O, proszę, kolejny piękny przykład propagandy u Shakespeare'a. Jego Ryszard był zdeformowanym, garbatym kulawcem, niewładającym lewą ręką (niewątpliwie autor szedł w ślady Thomasa More, który twierdził - m.in. - że Rychu urodził się z wszystkimi zębami, po trwającej dwa lata ciąży, do tego z nieprawego łoża). Ponadto Ryszard nieustannie spiskował, judząc jednego brata przeciw drugiemu, zamordował jednego z nich (Jerzego księcia Clarence), zamordował obu swych bratanków - aktualnego króla Edwarda V i jego brata Ryszarda (synów Edwarda IV) w Tower, własną jakoby ręką zgładził poprzedniego króla Henryka VI i jego syna Edwarda (nawiasem mówiąc, pierwszego męża swojej przyszłej żony, Anny), zamordował także samą Annę, gdyż zawadzała jego planowanemu małżeństwu z bratanicą. Sporo dokonań, jak na jednego króla. Nic dziwnego zatem, że portretując go Loncraine wzorował się na Adolfie Hitlerze.


Nie dziwmy się też samemu Shakespeare'owi. Sztuka powstała prawdopodobnie za panowania Elżbiety I Tudor, wnuczki Henryka VII, zwycięzcy spod Bosworth. Wątpliwe jest, że miło patrzyłaby na człowieka, który jej dziadka przedstawiałby jako uzurpatora, a jej prawo do tronu podawałby w najmniejszą bodaj wątpliwość (miała od tego dość polityków, krewnych i powinowatych). Poprzednik Henryka VII musiał zatem jawić się światu jako potwór, o uwolnienie Anglii od którego wszyscy wręcz Henryka błagali. I takim też przedstawia go - za Shakespearem - Loncraine.  Ryszard pastwi się więc nad Anglią i własną familią, aż przybywa mąż opatrznościowy i dochodzi do bitwy na polach Bosworth. Gdzie padają nieśmiertelne słowa o królestwie za konia (który okazuje się jeepem).


Można? Można! Kurtyna.

Spojrzenie trzecie, czyli "a teraz coś z zupełnie innej beczki": Throne of Blood (1957), reż. Akira Kurosawa


Czyli Macbeth, ale nakręcony tak, że sam Shakespeare miałby pewnie kłopoty z poznaniem swego dzieła. Wątpliwym jest zresztą, żeby zrozumiał japoński.

Kurosawa poszedł jeszcze dalej niż Loncraine: nie tylko przeniósł miejsce akcji, ale także pozmieniał niektóre wątki, dopasowując je do własnej wizji opowieści o samurajach. Króla Duncana zastępuje Lord Tsuzuki, pan Leśnego Zamku (Lord of Forest Castle) w Lesie Pajęczej Sieci (Spider's Web Forest), niewdzięcznego zaś Macbetha - Washizu, pan Zamku Północnego. Trzy wiedźmy, przepowiadające los Macbetha, odgrywa u Kurosawy leśny duch. Podobnie jak Macbetha, Washizu do mordu podżega żona, Asaji. I - podobnie jak Macbeth - Washizu każe zamordowac przyjaciela i jego syna, by nie sprawdziła się część przepowiedni ich dotycząca.

Czyni tak jednak dopiero wtedy, gdy jego żona zachodzi w ciążę - wcześniej (odmiennie niż Macbeth) planował uczynić syna przyjaciela swym spadkobiercą, własnoręcznie wypełniając przepowiednię. Nie ma też u Shakespeare'a mowy o tym, by lady Macbeth poroniła.

Kurosawa pomija też niektóre inne wątki (np. przepowiednie wiedźm, dotyczące dalszego losu Macbetha - nie ma w Tronie we Krwi mowy o śmierci z rąk "niezrodzonego z niewiasty"). Pozostaje tylko przepowiednia o zagładzie, czekającej Macbetha/Washizu, kiedy sam Las Birnamski ruszy mu naprzeciw. Kiedy więc Las Pajęczej Sieci faktycznie rusza na zamek, ludzie Washizu w panice uznają, że oto sami bogowie domagają się jego śmierci. W przeciwieństwie do szekspirowskiego Macbetha, Washizu ginie od strzał własnych zołnierzy, nie zaś z ręki "niezrodzonego z niewiasty" Macduffa.


Kurtyna.

Na bis i w ramach bonusu proponuję obejrzeć jeszcze jedną, tym razem teatralną, interpretację sztuk Shakespeare'a. Wszystkich sztuk Shakespeare'a, na raz (sic!). Przed państwem The Reduced Shakespeare Company:


Następnym razem będzie o... ale to już, jako się rzekło, następnym razem.
Zapraszam do komentowania.

sobota, 28 września 2013

Troll gra #2 - Borderlands

Nie lubię tradycyjnych FPSów. Moją największą bolączką jest samo przedstawienie akcji z perspektywy pierwszej osoby (first person perspective, FPP). Wielu zarzeka się jak żaba błota, że taka perspektywa ułatwia zżycie się z postacią i zwiększa immersję. Jaką, na litość, immersję mam odczuwać, jeśli siedzę ponad 1.5m od 27" ekranu i obserwuję końce - teoretycznie swoich (przynajmniej wg założeń developerów) - rąk? Co ja - orangutan jestem? Ciekawe jaką immersję odczuwają gracze konsolowi, obserwujący rozgrywkę z jeszcze większej odległości.

Skoro ustaliliśmy już, że immersja w FPSach to - delikatnie mówiąc - bzdura, zajmijmy się ich drugą największą bolączką: postępującym beznadziejnym uproszczeniem rozgrywki, m.in. przez jej koszmarne oskryptowanie oraz krańcowo prymitywne projekty poziomów. Nowoczesne FPSy przypominają w gruncie rzeczy starożytne "celowniczki", gdzie praktycznie nie mamy żadnej kontroli nad eksploracją - możemy tylko przemieszczać się w jednym, z góry narzuconym kierunku i strzelać do wyskakujących w ściśle określonej sekwencji celów. Wygląda to mniej więcej tak:


Z perspektywą pierwszej osoby nic się zrobić nie da, przynajmniej jeśli wciąż mamy pozostawać w ramach gatunku. Ale można pokusić się o zneutralizowanie drugiego problemu. I tu dochodzimy do naszych baranów, czyli do wydanej w roku 2009 przez 2K Games produkcji Gearbox Software pt. Borderlands. Zaczyna się to tak:


Ok, fabuła jest mocno pretekstowa. Oto mamy planetę (Pandora - może Gearbox powinien pozwać Camerona o plagiat? Chociaż obie produkcje są z 2009 r.), niedawno porzuconą przez megakorporację Dahl (która korzystała z pracy więźniów - po wycofaniu się z planety byłych "pracowników" po prostu wypuściła), na której znajduje się tajemnicza Krypta (The Vault), zawierająca niewiadomoco (unobtanium?). Mamy czworo dzielnych bohaterów, zwanych Poszukiwaczami Krypty (Vault Hunters). Wybieramy jedno z nich, wysiadamy z busa i tu zaczyna się nasza przygoda. Owszem, wątek główny jest prosty jak budowa cepa - do tego wspomniany w powyższym filmiku Anioł Stróż (Guardian Angel) prowadzi nas praktycznie za rękę. Ale siła Borderlands leży w pomieszaniu gatunków (FPSa z aRPG), z wszystkimi tego konsekwencjami. Mamy więc eksplorację w miarę rozległych terenów, mamy pewną wolność jeśli idzie o kolejność podejmowanych misji, mamy zadania poboczne, mamy rozwój postaci, mamy unikalne zdolności, mamy losowy loot wypadający z zabitych wrogów/znajdowany w rozrzuconych po terenie pojemnikach (od skrzyń, po niestrawione resztki posiłków lokalnych zwierzaczków...), mamy różne odmiany wrogów, mamy w końcu bossów.

A wszystko to w ślicznej, praktycznie niestarzejącej się oprawie graficznej. Na etapie produkcji ktoś wpadł bowiem na genialny pomysł i zamiast fotorealizmu (na miarę roku 2009...) zaserwował graczom a'la komiksowy cell shading. I chwała niech będzie za to Odynowi! Jako się rzekło - taka grafika praktycznie się nie starzeje, w przeciwieństwie do 'fotorealistycznej', wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej komputerów i ich podsystemów graficznych. Do tego należy dodać świetny (spójny) projekt graficzny, design obiektów i postaci. Brawa należą się też Gearboxowi za pomysł z losowo generowanym sprzętem (każda broń składa się szeregu komponentów, dobieranych losowo - każda ma też unikalny wygląd), dzięki czemu mamy dodatkową motywację do rozwalania kolejnych wrogów, licząc na lepszy drop.

Kolejnym mocnym punktem jest poczucie humoru twórców, dzięki któremu dostaliśmy plejadę pokręconych postaci: dr Patricia Tannis, popadająca stopniowo w szaleństwo (co możemy stwierdzić dzięki lekturze jej kolejnych dzienników), mechanik Scooter (o wybitnie wkur...m głosie) i jego mamusia, Mad Moxxi (trzykrotnie zamężna, aktualnie poszukująca męża nr 4), lokalny biznesman/handlarz bronią Marcus Kincaid ("No refunds!"), Dr Zed (lekarz pozbawiony prawa wykonywania zawodu, operator lokalnych kiosków z gadżetami leczącymi), Dr Ned (który pod żadnym pozorem nie jest Doktorem Zedem), Commandant Steele (dowodząca lokalnym oddziałem wynajętej do szukania Krypty przez korporację Atlas kompanii najemników Karmazynowa Lanca, Crimson Lance), General Knoxx (przełożony Cmd. Steele, straszliwie znękany przez własnych przełożonych - o czym też dowiadujemy się ze znajdowanych dzienników), Interplanetary Ninja Assassin Claptrap (przywódca Robolucji, La Robolution, mającej na celu zrobotyzowanie wszystkich mieszkańców Pandory). To samo poczucie humoru towarzyszy nam przez całą grę, przejawiając się w nazwach zadań (misja poboczna What Hit The Fan, w której... usuwamy odchody lokalnych zwierzaczków z wielkiego wiatraka), dekoracjach (plakaty korporacji, listy gończe za Vault Hunterami, stylizowany na Castro plakat Viva La Robolution!), nadawanych przez megafony ogłoszeniach ("It has been brought to the executive leadership of the Jakobs corporation that certain anti-Jakobs propaganda has been circulating proclaiming that we are somehow responsible for not supplying evacuation from the sudden fatal passing of 97 percent of the work force. We would like to remind the surviving 3 percent that we are not a taxi service and further spread of this material will result in a write up with HR.") czy projektach wrogów (szczególnie bossów) - patrz gigantyczny zwierzaczek, nazywany Skagzillą, czy bandyta Dziewięć Palców, Nine Toes, o którym niechcący dowiadujemy się zdecydowanie za dużo ("Also, he has three balls."). Pełno także w grze odniesień do innych produkcji (Firefly, Futurama, Diablo, Scooby Doo, Star Wars, Evil Dead, Monty Python, Spy vs. Spy, Pulp Fiction - tak żeby wymienić tylko kilka...).




Na deser zostawmy możliwość przejścia całej gry w co-opie. Jak wiadomo - the more, the merrier! Ba, jest nawet możliwość (przy grze w 4 osoby - konieczność) wspólnego korzystania z pojazdów (jeden kieruje, drugi obsługuje wieżyczkę z działkiem/wyrzutnią rakiet). Do tego większa liczba graczy to większy poziom trudności (powiedzmy eufemistycznie, że nie jest on zbyt wysoki), a co za tym idzie - lepszy loot.

Na koniec technikalia. Gra dostępna była w kilku wydaniach (pudełkowe - w Polsce dystrybuowane przez Cenegę, do tego różne platformy dystrybucji cyfrowej - ze Steamem na czele), w angielskiej (międzynarodowej) wersji językowej (za co niech Odynowi będą dzięki! Tytuł bazuje na unikalnym humorze - także słownym - i jakiekolwiek tłumaczenie musiałoby uszczuplić jego potencjał). Poza podstawową wersją wyszły 4 fabularne DLC: The Zombie Island of Dr. Ned (jak wskazuje tytuł - tematem przewodnim były zombie), Mad Moxxi's Underdome Riot (bitwy na arenach), The Secret Armory of General Knoxx (bezpośrednia kontynuacja fabuły z wersji podstawowej), Claptrap's New Robot Revolution (pośrednia kontynuacja fabuły - tak z wersji podstawowej, jak i z DLC 1 i 3). Dostępne jest wydanie zbiorcze - Bordelands Game of the Year Edition (Borderlands GOTY). Rozgrywka multiplayer wspierana była przez GameSpy (pomimo likwidacji portalu przez IGN serwery obsługujące rozgrywkę nadal są włączone), możliwe jest także granie przez LAN (a więc np. także przez róznego rodzaju virtual LANy - Hamachi, Tunngle).

Troll poleca. Jest to jeden z naprawdę nielicznych przykładów FPSa, który udało mi się skończyć - i to więcej niż raz (także w co-opie).

Tytułem podsumowania i zapowiedzi

Mam mały jubileusz: dziesiąty wpis, a jednocześnie koniec pierwszego miesiąca istnienia bloga. 
Radujmy się!

Miałem czas aby zastanowić się, o czym właściwie chcę pisać. Daruję sobie politykę - mierzi mnie ona i przyprawia o odruch wymiotny. Wpisy osobiste - jak ten o depresji - też pewnie ograniczę do minimum. Od czasu do czasu pojawi się zapewne komentarz do aktualnych wydarzeń - gdzieś bowiem muszę ulewać żółć. Z góry przepraszam.

O czym zatem będę pisał? Wychodzi na to, że o szeroko pojętej kulturze - literaturze, kinie, muzyce, grach komputerowych itp. W tej tematyce dobrze się czuję, mam też kilka pomysłów na kolejne wpisy. W najbliższym czasie zacznę mały cykl (troll lubi cykle, seriale, sagi itp. - przyzwyczajajcie się), zatytułowany roboczo "Trzy spojrzenia na...", w ramach którego planuję omawiać różnego rodzaju zjawiska kulturowe, za każdym razem na przykładzie trzech dzieł połączonych wspólnym motywem przewodnim. Małym wstępem do tego cyklu był ostatni wpis, poświęcony staremu polskiemu kinu kostiumowemu - wiecie zatem czego się spodziewać. Dobór dzieł będzie ma się rozumieć tendencyjny, bo tak.

Wszystkim Szanownym P.T. Czytelnikom dziękuję i zapraszam do dalszej lektury.

niedziela, 22 września 2013

Troll ogląda #1 - Hej, kto szlachta - za Ramzesem! Hajda na Saragossę!

Czyli w krótkich słowach o starym dobrym polskim kinie kostiumowym. Traf chciał, że wszystkie wspomniane w tym wpisie dzieła są ekranizacjami. Ich literackich pierwowzorów troll albo nie czytał wcale, albo czytał raz - dawno temu, albo praktycznie zna na pamięć. Kolejność chronologiczna.

Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Nepomucena Potockiego, napisanego na przełomie XVIII i XIX w. po francusku, troll nie czytał. Nie przeszkadza mu to jednak w rozkoszowaniu się filmem Wojciecha Jerzego Hasa z 1965 r. (nawiasem mówiąc: troll ma wydanie angielskie, z brytyjskiego Amazona. Bo w Polsce nabyć żadnego filmu Hasa dłuższy czas się nie dało).

Troll czytał Baśnie z Tysiąca i Jednej Nocy i konstrukcja szkatułkowa, w której opowieści wywodzą się jedna z drugiej, jest mu znana i bliska. Podróż kapitana gwardii walońskiej Alfonsa van Worden (Zbigniew Cybulski) do Madrytu, przez góry Sierra Morena (“strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manczy”), obfituje w karkołomnie nieraz poprzeplatane opowieści, opowiadane czy to przez samego bohatera, czy też przez napotkane przez niego postacie. A spotyka istną galerię indywiduów: dwie mauretańskie księżniczki (Iga Cembrzyńska i Joanna Jędryka), opętanego Pacheco (Franciszek Pieczka), ofiarę miłości do siostry swej macochy (Barbara Krafftówna), pięknej Inezilii (Pola Raksa), którym opiekuje się mieszkający w górach pustelnik (czy aby na pewno pustelnik?), kabalistę Pedro Uzedę i jego siostrę Rebekę (Beata Tyszkiewicz), matematyka Pedro Velazqueza (Gustaw Holoubek), wodza Cyganów - Avadoro (Leon Niemczyk), zbójców, wisielców, pachołków Inkwizycji…
Poprzez opowieści don Avadoro poznajemy także rozbrajająco zabawne losy kawalera Toledo (Bogumił Kobiela), perypetie młodego Lopeza Soaresa, nieszczęśliwie zakochanego w pięknej Inez Moro, przypadki natrętnego Roque Busquerosa (Zdzisław Maklakiewicz), pętającego się po wszystkich prawie opowieściach oraz wyczyny kochliwej Frasquetty (Elżbieta Czyżewska).

Konstrukcyjnie film genialny. Szczególnie w drugiej części, kiedy to wątki poprzeplatane sa tak misternie, że chronologia staje na głowie. Jura krakowsko-częstochowska udanie gra rolę andaluzyjskiego pasma, kostiumy i dekoracje pięknie się z nią komponują. Wymienieni wyżej wspinają się na wyżyny aktorstwa. Sceny humorystyczne - pojedynki ojca van Wordena, opowiedziana z różnych POV burzliwa noc (“Czy zginąłeś? Zginąłem!”), przyczyna kłótni domu kupieckiego Gaspara Soaresa z domem bankierskim Moro - sasiadują z groteskowo-makabrycznymi - wyczyny Inkwizycji i wielokrotna pobudka pod szubienicą. Troll poleca.



Faraona Bolesława Prusa troll czytał, bo kazali. Ale czytał z niekłamaną przyjemnością - zdecydowanie woli go od Lalki i reszty twórczości Prusa (wyjmijcie Anielkę w kamizelce z antkowego pieca…). Film Jerzego Kawalerowicza z 1966 r. także lubi.

Faraon to historia o władzy. O tym jak się ją zdobywa (tradycyjnie, pieniędzmi), jak utrzymuje (pieniędzmi) i jak traci (brakiem pieniędzy. I przez kobiety). Faraon to historia o tym, jak kapłańska międzynarodówka w imię zachowania przywilejów (i pieniędzy) obala młodego i zapalczywego faraona (niby mówi się o tym, że Egipt jest słaby i wszczęcie wojny z Asyrią go zniszczy. Tylko, że mówi to naczelny szpieg i doradca króla Asyrii. A kapłani Egiptu czynią wszystko, żeby uczynić go jeszcze słabszym). O tym, że najwygodniej włada się zabobonnymi głupcami. Jakoś tak strasznie współczesna ta historia.

Film kręcono w egzotycznych plenerach (Buchara - sceny pustynne, Luksor, Giza), z oszczędnymi ale wysmakowanymi dekoracjami i kostiumami. Zdecydowanym atutem jest tytułowa kreacja Jerzego Zelnika (i cycki zjawiskowo pięknej Barbary Brylskiej, a co!). A rozmowa Hirama z Dagonem śmieszy do łez. Troll poleca, po raz wtóry.



Troll uwielbia Potop. Książkę Henryka Sienkiewicza czytał razy 7 - i to nie jest jego ostatnie słowo. Film oglądał zaś tyle razy, że policzyć nie idzie. Akurat nadarzyła się okazja obejrzeć po raz kolejny - pod mostem zjawiła się przyjaciółka trolla, z taką samą szajbą na punkcie Potopu. Albo i większą. O fabule rozwodzić się szczególnie nie będziemy - wszyscy bowiem znają (kto nie zna - niech się wstydzi i migiem pod swój kamień, nadrabiać zaległości). Porozwodzimy się nad samym filmem.

Rok 1974 to był dobry rok - dla polskiego kina. Jerzy Hoffman nakręcił był film-legendę. 5 bitych godzin porywającej opowieści o dolach i niedolach Andrzeja Kmicica, chorążego orszańskiego, i Oleńki Billewiczówny, łowczanki upickiej, rzuconych w najgorszy dla Rzeczypospolitej czas - Potopu szwedzkiego. Plejada gwiazd polskiego kina. Rozmach w każdym detalu. I tysiąc słoni.

Hoffman miał to szczęście, że mógł przebierać w świetnych aktorach. Tadeusz Łomnicki (Wołodyjowski), Daniel Olbrychski (Kmicic), Władysław Hańcza (Janusz Radziwiłł), Kazimierz Wichniarz (Zagłoba), Leszek Teleszyński (Bogusław Radziwiłł), Krzysztof Kowalewski (Roch Kowalski), Wiesław Gołas (Czarniecki), Leon Niemczyk (Karol X Gustaw), Franciszek Pieczka (stary Kiemlicz) - każdy z nich stworzył kreację, którą pamięta się choćby za tę jedną, konkretną scenę. Co by nie powiedzieć o Sienkiewiczu - umiał pisać barwnie i zajmująco. Cytatami mógłbym zapełnić osobny wpis, tu rzucę tylko kilka - najprzedniejszych. “Ociec, prać?”. “Mów mi - wuju!”. “Ja jestem Roch Kowalski, a to jest pani Kowalska!”. “Jam to, nie chwaląc się, sprawił”. “Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma!”. “Pułkownika będą chować, to i niebo płacze” (a nie, to akurat Hoffman - u Sienkiewicza w scenie pojedynku jest już ciemno i postronni przyświecają - a Wołodyjowski i Kmicic żartują z konduktu). “Kończ waść, wstydu oszczędź!”. “Jędruś, ran twoich nie godnam całować!”. “Prywatnemu, nie posłowi!”.  

Faktem jest też, że Oleńka w wykonaniu Małgorzaty Braunek była blada i nieciekawa. Ale jaka miała być, jeśli taką ją Sienkiewicz w pierwowzorze przedstawił? Sienkiewiczowi udała się jedna postać żeńska - Jagienka z Krzyżaków. Reszta - może z wyjątkiem pominiętej przez Hoffmana (razem z całym wątkiem zamojskim, ofiarowywaniem królowi szwedzkiemu Niderlandów i jedną zabitą świnią) nieszczęsnej Anusi Borzobohatej-Krasieńskiej - jedna w drugą mimozy i lelije.

Tradycyjnie - piękne kostiumy i dekoracje. Jakoś już tak było, że w czasach powszechnych braków pomysłem nadrabiano niedostatek (grupka dzieci ciągnąca “kolubrynę” na ten przykład patrz). Troll po raz trzeci dziś poleca.



Podsumowując: za komuny jakoś te filmy kostiumowe były lepsze. Niby teraz jest technika, są pieniądze… ale ci sami reżyserzy płodzą obecnie takie gnioty, że aż się wierzyć nie chce, że to oni (Quo Vadis Kawalerowicza, 1920 Bitwa Warszawska 3D Hoffmana). Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi...

A w ramach bonusu utwór Jacka Kaczmarskiego przepięknie streszczający środkową część Trylogii:


czwartek, 19 września 2013

Troll like a pirate! Arrr!

Avast! Shiver me timbers! Wszystkie ręce na pokład! Pirat metale na sterburcie! Do abordażu! Arrr!

Z okazji Międzynarodowego Dnia Mówienia Jak Pirat krótki wpis o pirate metalu. Arrr!

Szkocki Alestorm troll poznał dzięki kumplowi. Do dziś piraci z Perth wydali 3 albumy: Captain Morgan's Revenge (2008), Black Sails at Midnight (2009) i Back Trough Time (2011). Wprawdzie ten ostatni jest bardziej metalowy niż piracki, ale troll lubi wszystkie tak samo. Arrr!


Kapitanie, na bakburcie drugi galeon! Przynieście mi moją czerwoną koszulę. Arrr!

Niemiecki Running Wild to już weterani sceny. Na 7 morzach grasują od ponad 20 lat, wydali 15 albumów studyjnych (ostatni - Shadowmaker - w 2012). Trollowi najbardziej podoba się Black Hand Inn (1994). Arrr!


Kapitanie, od rufy trzy okręty liniowe! Przynieście mi moje brązowe spodnie.

I na koniec coś, co troll pamięta z lat 80tych. Prehistoria, czasy zanim jeszcze troll zaczął słuchać metalu. Tak rozpoczynał się legendarny magazyn Morze:


Arrr!