Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 listopada 2017

Troll ogląda #26 - Siedem twarzy Piotra Fronczewskiego

Piotr Fronczewski (ur. 8 czerwca 1946, w Łodzi, w Rzeczpospolitej Polskiej) - polski aktor teatralny, radiowy, filmowy i telewizyjny, pedagog, reżyser teatralny i wokalista ...disco. Debiutował w 1958 r. w filmie Wolne miasto (w reż. Stanisława Różewicza). Odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, złotym Krzyżem Zasługi i Medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis". Posiadacz charakterystycznego, głebokiego głosu. Uważany przez kolegów po fachu, krytyków i publiczność za jednego z najlepszych aktorów w historii powojennej Polski. Zagrał ponad 120 ról filmowych i telewizyjnych - siłą rzeczy na potrzeby niniejszego wpisu musiałem wybrać te, które najbardziej lubię. 

1. W zasadzie wazeliniarz i szmata (Grzegorz Poszepszyński, Rodzina Poszepszyńskich, 1972-1998).

Słuchowisko radiowe autorstwa nieodżałowanych Macieja Zembatego i Jacka Janczarskiego, emitowane w Programie Trzecim Polskiego Radia. Groteskowa historia dysfunkcyjnej rodziny, składającej się z seniora rodu, Jacka Marii Poszepszyńskiego (przecudowny Jan Kobuszewski), jego córki Maryli, pracownicy prosektorium (Hanna Okuniewicz), jej pierdołowatego męża Grzegorza i ich pożałowania godnego pomiotu, Maurycego (kolejny właściciel charakterystycznego głosu, Maciej Zembaty). W rolach epizodycznych - inni wielcy polskiej sceny, ekranu i mikrofonu. Cykl powtarzany wielokrotnie, przeszedł do legendy radiowej rozrywki. Grając tylko głosem - niewątpliwie będącym jednym z jego atutów - Fronczewski miał okazję się wykazać. I wykazał się.

2. Praktykant u fabrykanta (von Horn, Ziemia obiecana, 1974)

Epizod w jednym w lepszych filmów nieodżałowanego Andrzeja Wajdy (z czasów, kiedy faktycznie kręcił jeszcze dobre filmy). Podobno scena została częsciowo zaimprowizowana (sam monolog Fronczewskiego), nakręcona niejako z rozpędu i tak spodobała się reżyserowi, że bez dubli włączono ją do filmu. Podręcznik prawidłowego rzucania pracy.

Proszę mi nie przerywać!

3. Szermierz szpadą i piórem (Hercule Savinien de Cyrano de Bergerac, Cyrano de Bergerac, 1981)

Ze swadą, uroczyście: "Ten nos to zrąb skały! 
To przylądek!... co mówię? to gółwysep cały!..." 

Fronczewski jest aktorem przede wszystkim teatralnym. Kreację w adaptacji komedii Edmonda Rostanda (opartej na podkoloryzowanej biografii faktycznie żyjącego w XVII w. pisarza i filozofa) dla Teatru Telewizji z całego jego repertuaru wielbię najmocniej. Wielkonosy poeta i awanturnik, na zewnątrz gwałtowny i zadziorny, wewnątrz - wrażliwy i zakompleksiony; dziwnym trafem mocno rezonuje z tym, co w duszy trolla gra. Fronczewskiemu w tej inscenizacji partnerowali inni świetni aktorzy m.in. Marek Kondrat (Christian) i nieodżałowany Edmund Fetting (hrabia de Guiche). I tylko Liliana Głąbczyńska w roli ukochanej przez wszystkich Roksany wypada blado i mimozowato.

4. Znawca bajek i baśni (profesor Ambroży Kleks, Akademia Pana Kleksa i kolejne, 1983, 1985, 1988 i 2001)

Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju.

Moje osobiste pierwsze zetknięcie z osobą aktora. Zapewne to samo może powiedzieć wielu rówieśników trolla, bo filmową Akademię z mojego pokolenia widzieli chyba wszyscy. I prawie wszyscy mieli ciarki na grzbiecie w trakcie Marszu wilków. Nostalgia rulez.

5. King, Bruce Lee, karate mistrz (Franek Kimono, 1984)

Nie rycz, mała, nie rycz...

Mniej więcej w  tym samym czasie, co Akademia powstała... satyra na disco. Nie, serio. Nie był to oczywiście pierwszy popis wokalny Fronczewskiego - w emitowanych w TVP programach satyrycznych autorstwa Olgi Lipińskiej, jako Pan Piotruś, śpiewał piosenki m.in. Agnieszki Osieckiej (jak Inwokacja czy Pijmy wino za kolegów). Ale z całą pewnością był to popis... nietypowy.

6. "Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę." (Narrator, seria Baldur's Gate, 1999-2001)

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Najsłynniejsza fraza polskiego dubbingu do gier komputerowych padła po raz pierwszy w trakcie nagrywania polskiej wersji jezykowej do kultowego Baldur's Gate. Nie ma chyba zdania lepiej kojarzonego, częsciej cytowanego, przerabianego i parodiowanego, jeśli idzie o cały polski growy dubbing. Fronczewski pokładał głos również w innych produkcjach (m.in. The Bard's Tale), ale - w pokornej trolla opinii - nawet gdyby od tamtych pór nigdy więcej nic więcej nie zrobił w tej materii - tym jednym zdaniem na wieczność zapisał się w historii polskiego grania.

7. Pchlarz szablastozęby (Diego, Epoka Lodowcowa, 2002-2016)

Mrrrrauuu!...

A skoro już jesteśmy przy dubbingu... Generalnie lokalizowania (bo to niestety mało ma wspólnego z tłumaczeniem) filmów animowanych w czambuł nie lubię. Ale kreacje aktorskie, gdzie aktorzy muszą grać wyłącznie głosem doceniam. Zwłaszcza jeśli ktoś ma taki głos...

Panie Piotrze, dziękuję! Za wszystkie dokonania. Za tych siedem wymienionych i za setki przemilczanych (z racji przyjętej formuły tego cyklu) ról. Niech Pan nie ustaje w byciu wielkim!

Na koniec pozwolę sobię jeszcze zaprezentować Szanownym P.T. Czytelnikom piosenkę, która nieustannie podnosi mnie na duchu, zwłaszcza w ostatnich latach.

Jak my Tobie - Ty nam!



piątek, 14 lipca 2017

Troll ogląda #24 - (Nie ma) Duch(a) w (tym) Pancerzu

Trzy słowa wyjaśnienia tytułem wstępu. 
Po pierwsze: troll jest fanem - ale nie fanatykiem - Ghost in the Shell (1995). Nie oczekujcie zatem obiektywności.
Po drugie: to nie jest recenzja - ani Ghost in the Shell (1995), ani Ghost in the Shell (2017). 
Also: there be spoilers, duh.

Duh.

Doujinshi (z jap. 同人誌, tradycyjna romanizacja Hepburn, dosł. "magazyn tak samo myślących", za Wikipedią) - japoński termin dla samopublikowanych prac, najczęściej magazynów, mang i powieści. Poza Japonią jest często utożsamiany z pojęciem fan fiction. Są to prace oparte często na naśladowaniu oryginalnych dzieł. Doujinshi może opowiadać historię tych samych bohaterów w nieco inny sposób, rozwinąć fabułę po zakończeniu oryginału, przedstawić tę samą historię z perspektywy innych osób lub opowiadać nową historię, zachowując tych samych bohaterów. Doujinshi nie jest zwykłą kopią. Twórca doujinshi musi dodać coś specyficznego, odróżnić swą pracę od oryginału.

Ghost in the Shell (2017) - 1st trailer
Niestety - idzie w ślady niesławnych poprzedników i zdradza większość fabuły filmu...

Doujinshi. Oglądałem Ghost in the Shell (2017, USA, reż. Rupert Sanders) i niemal bez przerwy termin ten obijał mi się wewnątrz czaszki. Aktorski film z marca tego roku - gdyby potraktować go wyłącznie jako samodzielne dzieło - nie jest wcale aż taki zły, jak głosiły niektóre przeczytane przez trolla opinie. Tak, jest łopatologiczny. Tak, to kolejne, zupełnie niepotrzebnie rozbudowane, origin story. Tak, mdło-łzawy wątek romantyczny jest wsadzony na siłę i bez szczególnego uzasadnienia (poza: "aby był"). Ale - powtarzam - jako amerykańskie kino akcji lat 'nastych XXI w. nie jest wcale taki zły. 

Tu dygresja à propos kwestii origin story: z nieznanych mi, a zapewne wartych zgłębienia powodów, większość amerykańskich produkcji filmowych upiera się przy rozbudowanej wizualizacji pochodzenia swoich bohaterów - z reguły równie łopatologicznie i w całkowicie pozbawiony finezji sposób, jak w rzeczonym przypadku - zamiast pozwolić im dać się poznać widzom przez swoje działanie, wypowiedzi i wybory. Uzasadnienie przychodzi mi do głowy jedno: po prostu publika na filmach w ogóle nie chce myśleć i woli wyłącznie bezrefleksyjnie konsumować. I filmy się dostosowują. Smutne. Koniec dygresji.

Ale Ghost in the Shell (2017) nie funkcjonuje samodzielnie, w próżni. Najpierw była manga Masamune Shirow (tradycyjnie pisownia nazwisk i imion japońskich w trollowych postach jest niezgodna z japońską tradycją podawania najpierw nazwiska, a potem dopiero imienia) z 1989 r. A potem był animowany film kinowy Ghost in the Shell (1995, Japonia, reż. Mamoru Oshii). I tu tkwi sedno problemu.

Kolejna dygresja, celem wyjaśnienia jednej sprawy: troll zdaje sobie sprawę, że potem były jeszcze kolejne filmy (w tym remaster pierwszego filmu kinowego w roku 2008) i 2 serie telewizyjne (Ghost in the Shell: Stand Alone Complex w 2002 oraz Ghost in the Shell: Stand Alone Complex 2nd GIG dwa lata później - stanowiące wierniejszą niż film kinowy adaptację mangi), ale nie one są tematem niniejszego tekstu (a poza tym troll nieszczególnie za nimi przepada). Dygresji koniec.

Sekwencja napisów początkowych
Muzyka: Kenji Kawai - Uta I -  Making of Cyborg

Wyjaśnijmy sobie coś od razu: Ghost in the Shell (2017) nie jest remakiem 1:1 Ghost in the Shell (1995). Nawet nie próbuje nim być. Jest doujinshi - oryginalnym (na ile to możliwe przy adaptacji innego utworu) dziełem, wykorzystującym wykreowanych wcześniej bohaterów (z mangi) i stworzoną przez innych scenografię (z kinowego filmu animowanego), choć scenariuszem nawiązuje raczej do serii telewizyjnych. Gdyby tylko jego autorzy odrobili lekcję w całości...

W warstwie wizualnej Ghost in the Shell (2017) jest jednym wielkim cytatem z Ghost in the Shell (1995). Bez zawahania skopiowano część ujęć w całości, część z niewielkimi zmianami. Znalazło się zatem w aktorskiej produkcji miejsce dla uwiecznionej wyżej sekwencji formowania cyborga (skopiowanej prawie kadr w kadr), sceny pościgu za zhackowanymi śmieciarzami (drobne zmiany w stosunku do animowanego oryginału - rezygnacja z jednej, nie wnoszącej za wiele postaci), scen wejścia Major przez okno pod osłoną kamuflażu termooptycznego (aż dwie sekwencje, z czego jedna jest cytatem z serii telewizyjnej, a druga - niemal dosłowny cytat z filmu z 1995 roku - w wersji aktorskiej kończy film, podczas gdy w wersji animowanej go rozpoczynała), sekwencji walki z pajęczym czołgiem (spider tank; z niewielkimi, wynikającymi ze zmian w samej historii, modyfikacjami), scen z nurkującą Major (znowu prawie kadr w kadr) itd. Ujęć całkowicie oryginalnych jest naprawdę niewiele - i są to te słabsze fragmenty filmu. Widoczna jest zwłaszcza zaawansowana postać choroby, na którą cierpiał George Lucas podczas remasterowania starej trylogii Gwiezdnych Wojen: wszędzie, niemal w każdej scenie przedstawiającej miasto, pełno jest wizualnego śmiecia. Mocno ascetyczna wizja Mamoru Oshii (nota bene jawnie zainspirowana Blade Runnerem z 1982 r.) najwidoczniej nie przemówiła do twórców wersji aktorskiej. Szkoda. To jest zdaniem trolla jedna z tych kwestii, w których "mniej" znaczy "lepiej".

Dygresja raz jeszcze: moją ukochaną sceną z Ghost in the Shell (1995) jest ta przedstawiająca miasto. Przez ponad trzy minuty na ekranie nie ma akcji w rozumieniu popychania fabuły naprzód - jest tylko czysta wizualna i dźwiękowa uczta.   

Ta scena.
Muzyka: Kenji Kawai - Uta II - Ghost City

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach mało kto skłonny jest wrzucić do filmu akcji - a takim przecież jest Ghost in the Shell, w każdej swojej odsłonie - takie "niczemu nie służące dłużyzny". Zmieniły się czasy, zmienili się widzowie, zmienił się sposób kręcenia filmów. Szkoda. 
I kończymy tę dygresję.

Cytatem są także wizualne kreacje bohaterów. Cała internetowa gównoburza odnośnie whitewashingu postaci Motoko Kusanagi (a tak, nasza bohaterka nadal nosi to imię - nie wierzcie tym, którzy twierdziliby inaczej), przez obsadzenie w tej roli Scarlett Johansson, obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Może dlatego, że mam słabość do Scarlett Johansson. A może dlatego, że jest zwyczajnie durna. W każdym razie Motoko wygląda tak, jak powinna. Nie rozumiem też za bardzo przeczytanych tu i ówdzie kąśliwych uwag odnośnie obsadzenia roli Batou. Pilou Asbæk także wygląda tak, jak powinien. Może tylko jego cybernetyczne oczy mogłyby być nieco większe, bardziej proporcjonalne do twarzy (i bardziej przypominające wszczepy Batou z filmu animowanego). Na temat gry aktorskiej się nie wypowiadam, bo się nie znam. Także weteran japońskiego kina Takeshi Kitano - obsadzony w roli szefa Sekcji 9, Aramakiego - jest świetnie dopasowany do postaci (biorąc pod uwagę wizualną stronę pierwowzoru). Dobrze dobrany jest także Togusa (z uwzględnieniem jego niechęci do cyborgizacji i uwielbienia dla rewolwerów). Ogólnie - w tym aspekcie nie mam za bardzo się do czego przyczepić.

Niestety, w warstwie dźwiękowej cytatów jest znacznie mniej. Owszem, słychać od czasu do czasu charakterystyczne dzwonki. Słychać informacyjny szum (czy może raczej "brzęczenie"). Ale tylko tyle. Muzyka Kenji'ego Kawai jest dla mnie nierozerwalnie związana z tą opowieścią i jej brak był boleśnie odczuwalny. Clint Mansell i Lorne Balfe nie są, niestety, Kenjim Kawai. O ich kompozycjach można powiedzieć właściwie tylko tyle, że są. Zdaję sobie sprawę, że zapewne jestem mocno niesprawiedliwy. Ale jeśli szukaliście sprawiedliwości - polecam wiedźmina, nie trolla. 

Na koniec pozostawię sobie kwestię przesłania filmu. Animowany Ghost in the Shell (1995) bynajmniej nie był wolny od napuszonego filozofowania na temat istoty człowieczeństwa i tego gdzie zaczyna się tożsamość i świadome, inteligentne życie. Aktorski Ghost in the Shell (2017) prześlizguje się tylko po tym temacie, kładąc nacisk na indywidualne problemy Motoko z adaptacją do jej zrobotyzowanego ciała (prawie nieobecne w pierwowzorze) i konflikt pomiędzy nią, a twórcami jej "pancerza". Troll woli subtelniejszą w formie i bogatszą w treść historię z 1995 r. Ta z 2017 przywodzi mi nieodparcie na myśl jedno z uroczych powiedzonek mojego ulubionego czarodzieja: "Fuck subtle!".

Fuck subtle!
Motoko vs spider-tank
Muzyka: Kenji Kawai - Floating Museum

niedziela, 1 stycznia 2017

Troll czyta #21 - Zanim wstanie świt

...czyli obowiązkowy, pierwszy w danym roku, wpis tematyczny, na ten sam temat co zawsze :)

Cztery lata i 3 tygodnie temu (mniej więcej, dokładna liczba dni zależy od tego, gdzie akurat spędzaliście grudzień) można jeszcze było mieć nadzieję, że po całkiem niezłej adaptacji Władcy Pierścieni Peter Jackson zrobi całkiem niezłą adaptację Hobbita. A potem nadszedł dzień premiery i wszelkie nadzieje szlag trafił.

Wredny pokurcz...

Początek filmu był nawet niezły: Martin Freeman był dobrze dobranym Bilbem, sir Ian McKellen powtarzał udanie rolę Gandalfa, Richard Armitage wydawał się dobrym wyborem jeśli idzie o rolę Thorina. Wizycie krasnoludów w hobbiciej norce towarzyszyły zaś fajnie zaśpiewane piosenki - wzięte prosto z kart powieści.

Tłuczmy szklanki, spodki, miski, 
Niech gospodarz żyje nasz! 
A choć Bilbo płaczu bliski, 
Niechaj drzazgi lecą z flasz!

Muzyka Howarda Shore'a to - przynajmniej dla mnie - w ogóle najlepszy element całej hobbiciej trylogii. Drugim takim elementem był - o dziwo - wspomniany tylko mimochodem w powieści wątek wypędzania Saurona z Dol Guldur i Mrocznej Puszczy w ogóle. Ale pozostałe wyczyny scenarzystów...

Radagast Obesrany (née Bury), Bard Handlarz Ryb (daleki krewny Barda Łucznika), Wypłosz formerly known as Beorn, Azog-powstały-z-martwych, Ryża Małpa a.k.a. Postać Niewystępująca w Książce, oh for fuck's sake

Na szczęście zanim to wszystko pojawiło się na ekranie zostałem uraczony czymś ładnym i miłym (dla ucha) - chóralnym wykonaniem fragmentu pieśni Far Over the Misty Mountains Cold:

 Far Over the Misty Mountains Cold,
To Dungeons Deep and Caverns Old,
We must away ere break of day
To find our long-forgotten gold.

Bardzo długo żałowałem, że zamiast umieścić w filmie całość pieśni PJ zdecydował się na kompletnie nieudane CGI gonitwy z udziałem Radagasta Obesranego... 

Do niedawna znalezienie sensownego kompletnego wykonania tego utworu gdziekolwiek było praktycznie niewykonalne. Na szczęście, dzięki youtuberowi występującego jako Clamavi De Profundis. teraz już nie jest. A więc, without further ado, przed Szanownymi P.T. Czytelnikami wszystkie 27 zwrotek Far Over the Misty Mountains Cold (oraz fragment Song of Durin):   

Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt, 
Żeby wydrzeć lochom, grotom
Nasze harfy, nasze złoto!

Mi się podoba.

  









A jako bonus - piosenka, której brak w filmie jest dla trolla wyjątkowo dotkliwy. Bo tak.

Fifteen birds, in five fir trees,
their feathers were fanned in a fiery breeze!
what funny little birds, they had no wings!
Oh what shall we do with the funny little things?

piątek, 1 stycznia 2016

Troll czyta #18 - A Bard's Song

Małą tradycją bloga stało się, że pierwszy wpis każdego roku poświęcam adaptacji Tolkiena. Nie bójcie się - PJ nic więcej nie nakręcił. Tym razem będzie o innego rodzaju adaptacji. Kto wie, czy nie bardziej obrazoburczej. Szanowni P.T. Czytelnicy raczą wybaczyć.

Spośród wielu fantastycznych krain i światów, jakie w swej długiej czytelniczej karierze poznał troll, stworzone przez J. R. R. Tolkiena (1892-1973) Śródziemie (Middle-Earth) nieustannie pozostaje najbardziej kompletnym i najlepiej opisanym uniwersum. Wiele przeczytanych przez trolla historii pod względem fabularnym stało dalece wyżej, niż Hobbit, czyli tam i z powrotem (The Hobbit, or There and Back Again, 1937) i Władca Pierścieni (The Lord of the Rings, 1954-55), ale palmy pierwszeństwa w sztuce światotworzenia nikt jeszcze Profesorowi nie odebrał i nikt nie prześcignął go w biegłości. Jak zapewne Szanowni P.T. Czytelnicy dobrze wiedzą - dbając o szczegóły swego dzieła Tolkien m.in. opracował kilka języków, z własnymi alfabetami, wyrysował wiele map, sporządził także szczegółową historię i mitologię wymyślonego przez się świata. Niewielki fragment tych ostatnich wydał w cztery lata po śmierci ojca Christopher Tolkien jako Silmarillion (The Silmarillion, 1977, wyd. Allen & Unwin, pierwsze polskie wydanie: 1985, wyd. Czytelnik, tłum. Maria Skibniewska; wszystkie nazwy własne pojawiające się w niniejszym wpisie zostały podane w brzmieniu zaczerpniętym z tego tłumaczenia).

Disclaimer: w niniejszym wpisie pojawia się naprawdę wiele nazw własnych, których nie wyjaśniam (bo tekst musiałby stać się albo kompendium wiedzy nt. Śródziemia, albo zbiorem linków do Wikipedii itp.; żadne z tych rozwiązań mi się nie uśmiecha). Ufam, że zainteresowani Szanowni P.T. Czytelnicy sięgną po źródła.

Okładka pierwszego wydania Silmarillionu

W przedmowie do Silmarillionu Christopher Tolkien wspomina, iż pierwsze zapiski i szkice tego, co później złożyło się na mitologię i historię Śródziemia, powstały jeszcze w roku 1917, a więc 20 lat przed wydaniem Hobbita, a nad ogólną całością autor pracował aż do śmierci. Nie będzie więc przesady w nazwaniu Śródziemia dziełem życia Tolkiena. W następnych latach Christopher Tolkien dokonał opracowania i wydał drukiem także inne fragmenty prac ojca.

Na Silmarillion składa się pięć różnej długości utworów, z których trzy pierwsze (Ainulindale, Muzyka Ainurów; Valaquenta, O Valarach i Majarach według świadectw Eldarów i Quenta Silmarillion, Historia Silmarilów) dotyczą wydarzeń w historii świata najdawniejszych, po części legendarnych, a pozostałe dwie (Akallabeth, Upadek Numenoru oraz Pierścienie Władzy i Trzecia Era) bezpośrednio dotyczą wydarzeń, które znalazły swe zwieńczenie we Władcy Pierścieni. Najdłuższym z utworów jest Quenta Silmarillion, Historia Silmarilów, która dała tytuł całemu zbiorowi. Liczne nawiązania do niej spotykamy zarówno w Hobbicie (gdzie pierwszy raz wspomina się o ukrytym mieście Gondolinie i wojnach elfów z orkami), jak i we Władcy Pierścieni (pieśni o Berenie i Luthien oraz o Earendilu).

Ainulindale i Valaquenta to dzieła dla Śródziemia stricte kosmogoniczne i teogoniczne. Opowiadają historię powstania Ei, Świata i Ardy, Ziemi; opisują także Valarów, Potęgi Świata - duchy, które brały udział w tworzeniu Ardy, Majarów - duchy służebne oraz Melkora, później zwanego Morgothem, Czarnym Nieprzyjacielem Świata, niegdyś równego mocą Valarom, później zaś jedynie będącego ich złym, zniekształcającym wszystko cieniem. Quenta Silmarillion opowiada zaś o zmaganiach między Valarami i Melkorem, a później między elfami i Morgothem, szczególnie zaś - historię Silmarili, klejnotów napełnionych światłem Dwóch Drzew Valinoru, wykonanych ręką Feanora, wodza Noldorów (jednego z plemion elfów), a przez Morgotha zdradą i przemocą zagarniętych. Za przyczyną Silmarili Noldorowie powrócili do Śródziemia i stworzyli liczne królestwa na jego zachodnich obszarach, w Beleriandzie. Silmarile były też świadkami ostatnich dni Beleriandu, kiedy Valarowie raz jeszcze ruszyli przeciw Morgothowi, by na zawsze wygnać go z obrębu Ardy.

The Burning of the Ships
spalenie okrętów przez Feanora
rys. Ted Nasmith, www.tednasmith.com

Stanowiąc w gruncie rzeczy zapis historii rozciągniętej na setki lat i mającej wielu bohaterów Silmarillion nie jest dziełem, które łatwo poddałoby się adaptacji na inne medium. Z drugiej zaś strony przedstawione w nim wydarzenia są dalece bardziej epickie niż dzieje Wojny o Pierścień, większy mają zasięg i ich konsekwencje dla Śródziemia były dalece bardziej znaczące. Nie powinno więc dziwić, że znaleźli się chętni do podjęcia trudu adaptacji. Co zaś dziwić może - przynajmniej niektórych - to forma, jaką przybrało ich dzieło.

Pochodzący z Niemiec założony w 1984 roku zespół Blind Guardian (Hansi Kursch, Andre Olbrich, Marcus Siepen, Frederick Ehmke) uznawany jest za jednego z prekursorów tzw. power metalu. Inspiracje twórczością Tolkiena były obecne w jego twórczości praktycznie od początku - już na debiutanckiej płycie Battalions of Fear (1988) znalazły się wyraźnie nawiązujące do niej utwory Majesty, By the Gates of Moria i Gandalf's Rebirth. Na kolejnych albumach także znalazły się utwory inspirowane lub nawiązujące do twórczości Tolkiena: jak Lord of the Rings na wydanym w 1990 r. albumie Tales from the Twilight World, The Bard's Song - The Hobbit na płycie Somewhere Far Beyond (1992) czy tytułowy utwór z albumu Imaginations from the Other Side (1995).

Luthien dancing in front of Morgoth's throne
rys. Andreas Marschall
Grafika zdobi okładkę płyty Nightfall in Middle-Earth

Kulminacją tego trendu (i - w opinii trolla - magnum opus grupy) jest płyta Nightfall in Middle-Earth (1998). Jest to tzw. concept album, stanowiący adaptację znacznej części Quenta Silmarillion. Historia Silmarilów i wojen o Beleriand zawarta została w 22 (w reedycji z 2007 r. - 23) utworach - z których część to krótkie fragmenty narracji, zazwyczaj (choć nie zawsze) ilustrowanej muzyką - poświęconych znaczącym postaciom i najważniejszym wydarzeniom.

Płytę otwiera ostatnia rozmowa między Sauronem i Morgothem, pokonanym przez Valarów w Wojnie Gniewu (War of Wrath). Władca Ciemności, odesławszy sługę, wspomina swe czyny. Dwukrotnie przyczynił się do zniszczenia Światła nad Ardą, za drugim razem powodując upadek Dwóch Drzew Valinoru dzięki pomocy Ungolianty, którą następnie zdradził (Into the Storm). Skradzione Silmarile, których za nic nie chciał oddać pajęczycy, straszliwie oparzyły Morgotha, wydobywając zeń ryk furii i bólu (Lammoth).

Blind Guardian - Lammoth

Tymczasem okradziony przez Morgotha Feanor rozpacza nad stratą Silmarili i śmiercią ojca. Wbrew zdaniu Valarów poprzysięga Morgothowi zemstę (Nightfall). Kolejny utwór wspomina o niepewności co do dalszych wydarzeń (The Minstrel). Feanor i jego synowie uczynili bowiem wiele zła uparcie podążając za Morgothem i Silmarilami - dopuścili się rzezi pobratymców w Alqualonde, odbierając Telerim ich statki, które następnie Feanor kazał spalić - zamiast odesłać je po resztę swego ludu (The Curse of Feanor). Feanor zmarł nie odzyskawszy Silmarili, a jego syn Maedhros został schwytany przez Morgotha i przykuty za rękę do skały nad Thangorodrimem - bramą twierdzy Nieprzyjaciela, Angbandu (Captured). Choć uwolniony z okowów - długo wspominał swą niewolę (Blood Tears).

Tymczasem do Śródziemia przybyli pozostali Noldorowie i założyli własne królestwa. W ukrytej dolinie Turgon wzniósł gród Gondolin (Mirror Mirror). Królem zaś wszystkich Noldorów został Fingolfin. Przeprowadził on największą część plemienia przez pokrytą lodową skorupą cieśninę Helkarakse, wyruszywszy o pierwszym wschodzie Księżyca (Face the Truth i Noldor (Dead Winter Reigns)).

Blind Guardian - Mirror Mirror

Noldorowie przez wiele lat oblegali Angband, aż wreszcie Morgoth przełamał oblężenie, posyłając do ataku m.in. Balrogów i smoka Glaurunga, w tzw. Dagor Bragollach, Bitwie Nagłego Płomienia. Wtedy to Barahir ocalił życie królowi elfów Finrodowi Felagundowi, zwanego od dawna przez ludzi Nomem tj. Mądrym (Battle of Sudden Flame). W chaosie jaki zapanował po Bitwie Fingolfin wyzwał Morgotha na pojedynek i dotkliwie go poranił nim sam padł (Time Stands Still (At the Iron Hill)).

Tymczasem w Gondolinie rozegrały się wydarzenia, które w przyszłości miały doprowadzić do jego upadku: siostra króla Turgona uciekła z miasta, a spotkawszy Eola, zwanego Ciemnym Elfem - została jego żoną i urodziła mu syna, Maeglina (The Dark Elf). Kiedy i od niego w końcu uciekła - Eol przybył do Gondolinu za żoną i synem, ale tam odmówiono mu wydania dziecka. Rozwścieczony zabił żonę, za co skazano go na śmierć. Maeglin zaś wychowywał się w domu wuja, skrycie pielęgnując nienawiść do zabójców ojca i niezdrową miłość do ciotecznej siostry (Thorn).

Blind Guardian - Time Stands Still (At the Iron Hill)

Beren, syn Barahira, zgodnie z przepowiednią Meliany wszedł do ukrytego kraju Doriath i spotkał tam córkę jej i króla Thingola, Luthien. Zakochany w dziewczynie przystał na warunek Thingola i wyruszył na poszukiwanie Silmarili. Droga zawiodła go do siedziby króla Finroda, który rozpoznał syna swego wybawcy i postanowił dopomóc mu w wyprawie. Schwytał ich Sauron, który nasłał na jeńców wilkołaki. Ostatnim wysiłkiem Finrod Felagund uratował Berena, lecz sam odniósł śmiertelne rany (The Eldar i Nom the Wise). Dzięki pomocy Luthien Beren wydostał się z lochów Saurona i ostatecznie wyrwał Silmaril z żelaznej korony Morgotha. Lecz jego rękę zaciśniętą na klejnocie odgryzł wilkołak Karcharoth.

Beren i Luthien powrócili do Doriath, zaś Thingol przystał na ich związek. Ale Karcharoth palony mocą Silmarila podążył za nimi i w starciu z nim Beren poległ zabijając bestię. Luthien wybłagała dlań życie śpiewając przed tronem Mandosa, sędziego Valarów i rezygnując z nieśmiertelności elfów (When Sorrow Sang). Oboje wrócili do Śródziemia, gdzie jakiś czas później razem umarli (Out on the Water).

Ostatnie utwory poświęcone są następstwom Nírnaeth Arnoediad, Bitwy Nieprzeliczonych Łez, piątej z wielkich Bitew o Beleriand, kiedy Morgoth pokonał rozbite na skutek wzajemnych niesnasek, zdrad i kłamstw zastępy Noldorów (w tym synów Feanora i Turgona z Gondolinu) i ludzi. Pojmanego Hurina, który osłaniał odwrót Turgona do Gondolinu, osadził w okowach na kamiennym tronie, przekląwszy jego i jego potomstwo (The Steadfast). Sam zaś skupił siły na knuciu ostatecznej zguby resztek Noldorów, Doriathu i Gondolinu (A Dark Passage i Final Chapter (Thus Ends...)).

Morgoth punishes Hurin
rys. Ted Nasmith

Dodany w reedycji utwór kończący album poświęcony jest nieszczęśliwemu losowi dzieci Hurina (Harvest of Sorrow).

Dla porządku powiedzmy jeszcze kilka słów o dalszych losach Silmarili. Klejnot zdobyty przez Berena jego wnuczka Elwinga wniosła we wianie Earendilowi, który z Silmarilem na czole pożeglował do Valinoru, by błagać o przebaczenie dla Noldorów i wsparcie w wojnie z Morgothem. Wtedy to Valarowie ostatni raz wyruszyli do Śródziemia, by raz na zawsze rozprawić się z Nieprzyjacielem w bitwie nazwanej później Wojną Gniewu. Pozostałe Silmarile, wyrwane z korony Morgotha, skradli ostatni synowie Feanora, lecz nie nacieszyli się nimi długo. Jeden klejnot wpadł w ognistą czeluść, drugi zaś spoczął na dnie morza.

Utwory (te dłuższe) są na przemian bombastyczne i dynamiczne, burzące krew i wzywające do epickich czynów (jak Into the Storm, Mirror Mirror czy Time Stands Still (At the Iron Hill) - dwa ostatnie z wymienionych to zdecydowanie najlepsze kompozycje albumu) albo utrzymane w dalece spokojniejszym, melancholijno-balladowym tonie (jak Nightfall, Blood Tears i The Eldar). Dodajmy do tego wspomniane wcześniej fragmenty narracji i otrzymamy dość wybuchową mieszankę. Troll tę płytę uwielbia i w jej ocenie jest dalece nieobiektywny (zwłaszcza odkąd miał okazję usłyszeć niektóre kompozycje z niej na żywo, na pierwszym koncercie Blind Guardian w Polsce). W każdym razie Nightfall in Middle-Earth polecam - i wielbicielom prozy Tolkiena, i miłośnikom mniej ekstremalnych odmian metalu.












Na koniec ciekawostka: troll jest trollem przede wszystkim dlatego, że pierwszy raz z trollami zetknął się dzięki Tolkienowi, przeczytawszy w wieku lat siedmiu Hobbita.

Troll w ogóle jest dziwny.

piątek, 10 kwietnia 2015

Wspomnienie o poecie

Z góry upraszam Szanownych P.T. Czytelników o wybaczenie - będzie m.in. o polityce i religii. Wszystko przez osobę i twórczość wspominanego dziś autora.

11 lat temu, 10 kwietnia 2004 r., zmarł Jacek Kaczmarski, poeta. Sześć lat później katastrofa lotnicza z udziałem m.in. najwyższych władz RP uczyniła z tej daty punkt zapalny i kość wiecznej zapewne niezgody na skalę narodową. Jest niemal pewne, że Kaczmarski, z właściwym sobie ironiczno-szyderczym poczuciem humoru, uznałby to za kosmiczny dowcip. I dobry temat do wiersza. 

W tym miejscu krótka dygresja. Troll ma problem z poezją. Wróć, to nie tak. Troll ma problem z liryką. Z poezją, jeśli rozumieć przez to słowo utwory pisane wierszem, problemu nie ma. Epikę wierszowaną lubię bardzo, dramaty pisane wierszem wręcz uwielbiam. Natomiast katowanie trolla liryką programową z rożnych epok w ramach procesu edukacji pozostawiło trwały uraz. Mały przykład: o ile z dużą przyjemnością czytam wiersze Blake'a czy Tennysona, to twórczości lirycznej polskich romantyków - ze szczególnym uwzględnieniem Krasińskiego i Słowackiego - nie trawię. W każdym razie niezmiernie rzadko czytuję lirykę dla przyjemności. Za to - lekko paradoksalnie - bardzo lubię poezję śpiewaną (aczkolwiek jest to namiętność niedawnej daty, przez zainteresowanie się Kaczmarskim właśnie spowodowana). Troll w ogóle jest dziwny.

Z twórczością Kaczmarskiego też miałem problem. Genezą problemu była - poza moją nieufnością do liryki jako takiej -  przypięta poecie łatka "barda <Solidarności>". Szanowni P.T. Czytelnicy mogą pamiętać moją deklarację odnośnie pogardy żywionej dla polityki. Bierze się stąd niechęć do wszystkiego, co z polityką związane. A nie oszukujmy się - "Solidarność" od dawna nie jest li tylko związkiem zawodowym/ruchem społecznym i ma jasne konotacje polityczne. W efekcie moja znajomość Kaczmarskiego ograniczała się do Obławy i refrenu Murów (tego pierwszego). Jak bardzo niereprezentatywna jest to próbka - miałem się dopiero przekonać.

Moment zwrotny nastąpił w kilka lat po śmierci Kaczmarskiego. Traf chciał, że stało się to też 10 kwietnia. W piątkowe wieczory radio RMF Classic nadawało program Noc poetów piosenki. Trafiłem nań absolutnym przypadkiem, nie mogąc zasnąć i skacząc po kanałach. Z racji daty, która wówczas jeszcze nie kojarzyła się nikomu z ww. katastrofą, program w całości poświęcony był Jackowi Kaczmarskiemu. A trollowi spadły łuski z oczu.

Przekonałem się bowiem, że Kaczmarski to bynajmniej nie polityka, nie przeinaczone - jak się okazało - Mury, nie "bard <Solidarnosci>" - ale przede wszystkim historia i literatura, tak bliskie memu sercu. I obrazy, mnóstwo obrazów. Spośród utworów wówczas nadanych jeden szczególnie utkwił mi w pamięci - Ambasadorowie. Kiedy przeglądając materiały poświęcone Kaczmarskiemu dotarłem do obrazu, będącego inspiracją dla utworu, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy: jak bardzo "plastyczny" - z braku lepszego słowa - jest język, którym posługiwał się poeta i jak dokładny był opis.

Ambasadorowie, Hans Holbein Młodszy, 1533
olej na desce, 206x209 cm

Od tamtych pór na własną rękę i dla własnej przyjemności poznałem większość tego, co Kaczmarski napisał i wyśpiewał. Nie wszystkie utwory do mnie przemówiły. Nie każdy mi się podobał. Ale takich, które wywarły trwałe wrażenie, jest dość długa lista. Na tyle długa, że kiedy wpadłem na pomysł tego wpisu, stanąłem przed poważnym problemem: jak wybrać i co wybrać? W końcu zdecydowałem się na najprostsze kryterium. Wybrałem 10 utworów - bo to ładna, okrągła liczba. Może nie te najbardziej charakterystyczne, może nie najbardziej znane, może nawet nie najlepsze. Ale są to utwory, które z różnych powodów najbardziej lubię i których najczęściej słucham. Kolejność dowolna.

Ambasadorowie (wg Hansa Holbeina Młodszego)


Wspomniany wyżej utwór, który spowodował (razem z Lekcją historii klasycznej i Snem Katarzyny II), że zainteresowałem się twórczością Jacka Kaczmarskiego. Jeden z wielu inspirowanych obrazami.

Rejtan, czyli Raport ambasadora (wg Jana Matejki)


I kolejny utwór inspirowany obrazem. Historia gestu rozpaczy Tadeusza Rejtana, protestującego przeciwko pierwszemu rozbiorowi Rzeczypospolitej, odmalowana przez Jana Matejkę, opisana z punktu widzenia ambasadora rosyjskiego (Matejko - który generalnie mijał się z prawdą wielokrotnie i celowo, przedkładając alegorię nad historię - umieścił na obrazie Nikołaja Repnina, choć właściwie ambasadorem był już Otto von Stackelberg; Kaczmarski nie wymienia nazwiska posła, ale ponieważ opisuje obraz, należy przyjąć, że też chodzi mu o Repnina). Jadowity komentarz do historii.

Jałta


Było o pierwszym, to tym razem będzie o "piątym rozbiorze Polski". Dla mnie jest to przede wszystkim przykład inspirowania się Kaczmarskiego historią, a nie komentarz polityczny.
Gwoli prawdy historycznej: wprawdzie Kaczmarski czarnym charakterem uczynił Churchilla, ale to Amerykanie zrobili szpiega GRU głównym doradcą prezydenta i to oni ulokowali swoją delegację w naszpikowanym podsłuchami budynku przygotowanym przez NKWD, przez co upadła jakakolwiek możliwość ustalenia wspólnej strategii przeciw Stalinowi. Churchill mógł się już tylko przyglądać, jak sojusznik przehandlowuje Stalinowi Europę Wschodnią za wsparcie w walce z Japonią.

Koniec wojny trzydziestoletniej


Ciąg dalszy inspiracji historią, tym razem z wątkami religijnymi w tle. Smutna refleksja o naturze ludzkiej. Wspólne wykonanie Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego, z akompaniamentem Zbigniewa Łapińskiego na fortepianie. Po twórczość Gintrowskiego sięgnąłem właśnie dzięki Kaczmarskiemu (który m.in. pisał teksty specjalnie dla kolegi). 

Przejście Polaków przez Morze Czerwone


Kolejny utwór, w którym obecne są wątki religijne. I - zupełnie jawne - aluzje do wydarzeń politycznych w kraju. Za politykę raz jeszcze przepraszam.

Dwadzieścia lat później (wg Aleksandra Dumasa, ojca)


Podobno do Kaczmarskiego zwrócono się z prośbą o napisanie utworu na 20 rocznicę powstania "Solidarności". Jeśli to prawda, to członkom niewątpliwie płonęły uszy w trakcie słuchania tego dzieła. Pozornie traktuje ono wyłącznie o losach bohaterów powieści Dumasa, ale jak się wsłuchać w tekst...
Przy okazji - owa nieszczęsna etykietka "barda <Solidarności>", która tak długo mnie odstręczała, w mojej prywatnej opinii wzięła się z zawłaszczenia przez ten ruch Kaczmarskiego. I z całkowitego niezrozumienia i wypaczenia sensu owych powszechnie śpiewanych Murów. Charakterystyczne, że śpiewano głównie pierwszy refren, milczeniem pomijając ostatnią zwrotkę. Ponury rechot wzbiera we mnie na myśl, że dokładnie o tym (niezrozumieniu poety i wypaczeniu sensu jego utworu) są Mury.

Pan Kmicic


Kolejny inspirowany literaturą utwór, który już się na blogu pojawił, przy okazji wspominania Potopu Jerzego Hoffmana, a którego zabraknąć na tej liście nie może. Bo to Potopu Henryka Sienkiewicza kompletne opisanie właśnie.

Warchoł


Każdy ma swoje credo. To jest moje. Program Sarmatia kocham w całości, z wielu przyczyn. A z wszystkich z niego utworów Warchoł jest mój najukochańszy, najbardziej osobisty, najgłębiej do duszy przemawiający.

Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego


Każdy ma swoich mistrzów. Kaczmarski miał m.in. Wołodię Wysockiego. Tłumaczył, tworzył na wzór (m.in. wspomniana Obława, która była pierwszym moim kontaktem z poezją Kaczmarskiego w ogóle, zanim jeszcze dowiedziałem się, kto to; na jakimś młodzieżowym obozie - jeszcze przed 1989 r. - wychowawca wyciągnął gitarę i zaśpiewał), inspirował się. I napisał mu takie epitafium. Eh, żyzń...

Celina


I ostatni dziś utwór. Wyjątkowo nie autorstwa Kaczmarskiego, za to w jego interpretacji. Ale dzięki Kaczmarskiemu poznałem utwory Stanisława Staszewskiego. Właśnie tak - nigdy nie przepadałem (a co za tym idzie - nie słuchałem) za Kultem, związek Kazika ze Staszkiem całkowicie mi umknął. A tak - miałem okazję poznać jednego z ciekawszych śpiewających poetów.

W ramach bonusu - Celina w wykonaniu jej autora.


A Baranka znajdźcie już sobie sami, w dowolnej interpretacji.

sobota, 28 lutego 2015

Troll ogląda #12.5 - Coda: See you space cowboy...

Przypomniał mi się jeszcze jeden tytuł z mało tradycyjnym (jak na anime) soundtrackiem. Przed państwem...

Cowboy Bebop
Klasyczna seria science fiction o łowcach nagród w Systemie Słonecznym, wyraźnie zainspirowana zarówno westernami, jak i filmem noir (dla młodszych czytelników słowo-klucz: Firefly). Soundtrack wpasowuje się w klimat, od openingu począwszy:


Tank! by Yoko Kanno

I tak dalej w tym klimacie. Jazz, blues i rock. Głównie, aczkolwiek nie jedynie. W towarzyszącym serialowi filmie (Cowboy Bebop: Knockin' on Heaven's Door) znalazła się m.in. taka perełka:

24/7! Otwarte całą dobę! Wstąp i zarób kulkę!

Ciekawostka: na trzecim OST (Cowboy Bebop Blue) znajduje się m.in. Ave Maria w wykonaniu Warszawskiej Orkiestry Symfonicznej. 

Dla porównania - oraz podkreślenia trafności trollowego wywodu z tego i poprzedniego wpisu - tradycyjna muzyka w anime brzmi mniej więcej tak:

Klasyka nad klasykami: 
Macross: Do You Remember Love?

niedziela, 1 lutego 2015

Troll ogląda #12 - Łzy uronione nad lilią

Jak być może niektórzy pamiętają, przy okazji omawiania Battle Royale troll wspomniał, że lubi japońską kulturę wizualną. Niniejszym wpisem postaram się udowodnić, że nie były to czcze słowa. Oraz zachęcić P.T. Czytelników do sięgnięcia po niektóre produkty tej kultury.

Troll obejrzał w życiu całkiem sporo anime. Bardzo różnych anime, dodajmy. Od lekkich (często głupiutkich) romantycznych komedyjek, przez różnego rodzaju "akcyjniaki", po krwawe horrory. W dużej mierze były to seriale (troll lubi seriale). Odcinek serialu, jak powszechnie wiadomo, ma charakterystyczną strukturę: czołówkę, część zasadniczą oraz napisy końcowe. W przypadku anime czołówce (tzw. opening) i napisom końcowym (tzw. ending) towarzyszą piosenki, nader często śpiewane przez członków obsady serialu. Zazwyczaj są to wszelkiego rodzaju słodkie i radosne utwory z gatunku J-pop (rzadziej: J-Rock). Ale zdarzają się wyjątki. Ten wpis poświęcony jest kilku znanym mi wyjątkom.

Elfen Lied
Serial, który obejrzałem swego czasu z zapartym tchem. Jedno z najbardziej krwawych, pokręconych, smutnych i chwytających za wątpia anime, jakie znam. W dodatku ma jeden z najpiękniejszych openingów ever, zatytułowany Lilium:

Lojalnie uprzedzam: opening stanowi straszliwy kontrast z treścią serialu

Pseudośredniowieczny hymn (specjalnie skomponowany tak, żeby przypominał pieśni religijne z tego okresu), śpiewany po łacinie, na cześć lilii, symbolu niewinności. A na ekranie grafiki inspirowane kilkoma obrazami austriackiego secesyjnego malarza, Gustava Klimta, w tym najbardziej znanym "Pocałunkiem"

Gustav Klimt, "Pocałunek", 1907-1908

Higurashi no Naku Koro ni
Skoro już jesteśmy przy pokręconych i krwawych anime - nie sposób nie wspomnieć o Higurashi. Obejrzałem na razie tylko pierwszy sezon i cały czas zbieram siły, żeby obejrzeć następne. Pierwszy na tyle solidnie naruszył mi psychikę, że ćwierkanie cykad już zawsze kojarzyć mi się będzie z nastrojem nie do końca określonej grozy. Opening - także zatytułowany Higurashi no Naku Koro ni (dosłownie: When the Cicadas Cry) - jest dobrą wizytówką serialu:

Uprzedzałem

Małe słodkie dziewczynki z wielkimi nożami. Yeah.

Hellsing Ultimate
Kontynuując temat pokręconych anime: co powiecie na trójstronną wojnę, pomiędzy tajną protestancką organizacją Hellsing (na usługach której działa... hrabia Dracula), Watykanem (usiłującym dokonać krucjaty w Wlk. Brytanii) i nazistowskimi wampirami z Ameryki Południowej (które z kolei Wlk. Brytanię chcą podbić)? Crazy enough? Całość narysowana świetną kreską i brawurowo zagrana. Openingów w serii nie ma (po prologu jest tytuł, numer odcinka i motto Alucarda), za to wielkie wrażenie robią endingi. Nagrane przez Warszawską Orkiestrę Symfoniczną. Na przykład takie Gradus Vita:

Piękny przykład współpracy polsko-japońskiej

Albo - śpiewana po niemiecku - Das Engellandlied:

Tym razem kooperacja niemiecko-japońska:
marsz wojskowy + zdrowo szurnięta animacja

Polecam zapoznać się także z pozostałymi endingami (zwłaszcza z pierwszymi 5 - to te nagrane przez WOS; odcinki 6-9 kończą się bardziej tradycyjnie, aczkolwiek Shintoushite kończąca odcinek 7 jest niczego sobie; finałowy odcinek 10 to zaś znów Gradus Vita).

Maria+Holic
Tym razem komedia szkolna, z fajnym twistem. Bardzo ładnie narysowana. I ma wyjątkowo szurnięty opening (zatytułowany Hanaji - dosłownie: Nosebleed):

It's a trap!

Za serialem stoi Studio SHAFT, które później dało nam m.in. Nisemonogatari, z niesławną "sceną ze szczoteczką do zębów":

Tą sceną

Bokusatsu Tenshi Dokuro-chan
I na koniec, żeby już kompletnie pogrążyć się w oczach P. T. Czytelników, troll wspomni o swojej guilty pleasure. Ten serial jest całkowicie i ostatecznie popieprzony. I niezdrowo wręcz śmieszny. A oto dowód, w postaci endingu (tyt: Bokusatsu Ondo de Dokuro-chan, ondo to rodzaj japońskiej muzyki ludowej, towarzyszącej m.in. świętu Obon, w trakcie którego tańczy się taniec Bon, trochę przypominający ten z animacji):

Na wszelki wypadek w niezrozumiałym języku. Wierzcie mi, tak jest lepiej.

W ramach rehabilitacji posłuchajcie sobie raz jeszcze Lilium, w kilku aranżacjach.

Obejrzyjcie anime, przy następnym wysłuchaniu popłaczecie się.

sobota, 13 grudnia 2014

Troll gra #11.5 - "Palestinalied" na trzy głosy

A właściwie to trollowi grają. Zespoły. Trzy. Palestinalied grają, znaczy.

Corvus Corax (z albumu Congregatio, 1991):


Wykonanie klasyczne, na oryginalne instrumenty i na podstawie oryginalnego zapisu muzyki, który uchował się do naszych czasów. Wideo z koncertu, więc w drugiej części dają niezłego czadu. 

In Extremo (z albumu Weckt die Toten!, 1998):


Wykonanie metalowe, a co. Mieszanka oryginalnego brzmienia z elektrycznymi gitarami i perkusją. Oczywiście też wideo koncertowe.

Qntal (z albumu Qntal II, 1995):


Wykonanie elektroniczne, bo dlaczego by nie? Sprawdza się świetnie. Ma się rozumieć, wideo z koncertu.

Enjoy!

piątek, 12 grudnia 2014

Troll ogląda #9 - I'm one card short of a full deck

It finally happened 
I'm slightly mad 
Oh dear

Troll bardzo lubi zespół Queen. Od bardzo dawna. Był to jeden z pierwszych zespołów rockowych, jakie troll poznał. Długi czas bowiem troll słuchał bardzo mało muzyki. A jeśli słuchał, to była to tzw. muzyka klasyczna. 

Troll w ogóle jest dziwny. 

W każdym razie troll poznał na pewnym etapie swojego życia muzykę Queen i bardzo ją polubił. Ponieważ jednak na ucho nadepnęło mu tysiąc słoni (żeby osiągnąć taki efekt jeden słoń z pewnością nie wystarczył), nie będzie się wypowiadał o muzyce (a przynajmniej będzie się starał), a popełni słów kilka o swoich ulubionych teledyskach do utworów Queen. Tyle tytułem wstępu. 

Innuendo (z albumu Innuendo, wyd. 1991)


Mój ukochany utwór Queen w ogóle. O ile kolejność pozostałych teledysków w tym wpisie jest dowolna (tzn. nie odzwierciedla moich preferencji ani jeśli chodzi o same piosenki, ani jeśli chodzi o teledyski do nich), o tyle Innuendo po prostu musiałem wymienić jako pierwsze. Treść utworu, przesłanie zawarte w tekście (You can be anything you want to be/Just turn yourself into anything you think that you could ever be), muzyka (werble, solo gitary klasycznej gościnnie występującego Steve'a Howe'a, riffy gitary elektrycznej) - wszystko komponuje się w jeden z najlepszych utworów grupy. Teledysk - jak widać powyżej - jest kompilacją fragmentów z innych teledysków, zapisów koncertów, kronik filmowych z WW II i innych oraz animacji (w tym: poklatkowej, towarzyszącej solo na gitarze klasycznej). Członkowie grupy narysowani są w stylu różnych artystów/epok (za Wikipedią: John Deacon – Pablo Picasso, Roger Taylor – Jackson Pollock, Brian May – styl wiktoriański, Freddie Mercury – Leonardo da Vinci). 
Ostatecznie wyszło - nieskromnym trolla zdaniem - arcydzieło.

Radio Ga Ga (z albumu The Works, wyd. 1984)


Tym razem teledysk nawiązujący stylistyką i treścią do klasycznego niemego filmu SF Fritza Langa Metropolis (1927). Zestawienie zdehumanizowanych mas z filmu Langa z krytyką papki sączącej się z głośników (obecnego) radia i tęsknotą za jego dawną świetnością. Lubię Metropolis.

I Want to Break Free (z albumu The Works, wyd. 1984)


Wideo, które narobiło niezłego szumu. Parodia brytyjskiej opery mydlanej Coronation Street, z członkami grupy poprzebieranymi za kobiety + scena z udziałem członków Królewskiego Baletu, w której F. Mercury, ucharakteryzowany na Wacława Niżyńskiego (ze sceny z Popołudnia Fauna Debussy'ego), przetacza się po ciałach tancerek. To nie mogło przejść bez echa. No i echo rozbrzmiało - paskudne i obłudne. Teledysk do piosenki o wyrywaniu się z okowów oberwał cenzurą obyczajową w (o złośliwa ironio!) "kraju wolnych" - USA.

The Invisible Man (z albumu The Miracle, wyd. 1989)


Tym razem estetyka gry komputerowej + pulsujący bas J. Deacona (każdy z muzyków ma w utworze swoją solówkę, ale bas towarzyszy całości stale). To była jedna z pierwszych piosenek Queen, jakie usłyszałem i pierwszy teledysk, jaki zobaczyłem. Stąd mój niesłabnący sentyment do niego. 

I'm Going Slightly Mad (z albumu Innuendo, wyd. 1991)


Pełen odjazd w czerni i bieli (z jednym kolorowym akcentem). Stado oswojonych pingwinów, R.Taylor z gotującym się czajnikiem na głowie, B. May jako pingwin, J. Deacon w błazeńskiej czapce, F. Mercury jako drzewko bananowe i (podobno) Elton John w stroju goryla. I tekst wykonawcy o popadaniu w szaleństwo (czemu wszyscy obecni przytakują). Yeah!

Żeby nie było niedomówień - to pod żadnym pozorem nie są wszystkie moje ulubione utwory. Ale teledyski do innych (One Vision, Another One Bites the Dust, Bohemian Rhapsody) nie miały tej szczypty szaleństwa, niezbędnej żeby załapać się do tego wpisu. Ewentualnie (jak teledysk do Breakthru) nie są moimi ukochanymi utworami.

And there you have it.

piątek, 10 października 2014

Troll ogląda #6 - Dźwięki muzyki

Pójdźmy za ciosem. Najwyżej mi się oberwie.

Kontynuując tematykę z poprzedniego wpisu - tym razem o moich ulubionych piosenkach musicalowych. Ponieważ praktycznie w każdym przypadku trudno było się trollowi zdecydować na jeden konkretny utwór - wybrałem po dwie. Kolejność - tak musicali, jak i samych piosenek - raczej przypadkowa. Poza pierwszym tytułem, którym jest mój ukochany musical ever.

Singin' in the Rain (1952, reż. Stanley Donen, Gene Kelly)
Film autotematyczny (musical o kręceniu musicalu, ha), świetna komedia z wspaniałą obsadą. Deszczową Piosenkę widziałem tyle razy, że już nie pamiętam ile. Dużo. Moje ulubione kawałki:

Make 'em Laugh, muzyka: Nacio Herb Brown, słowa: Arthur Freed, wykonuje: Donald O'Connor

Good Morning, muzyka: Nacio Herb Brown, słowa: Arthur Freed,
wykonują: Gene Kelly, Donald O'Connor i Debbie Reynolds

Ciekawostka: samą Debbie Reynolds (Kathy Selden, która w filmie dubbinguje Linę Lamont - gwiazdę niemego kina o skrzekliwym głosie) też zdubbingowano (dwie piosenki śpiewa Betty Noyes). A jej dublerki nie wymieniono w napisach. Hipokryzja czy autoironia?

Grease (1978, reż. Randal Kleiser)
Ekranizacja musicalu scenicznego o perypetiach miłosnych nastolatków w amerykańskiej szkole średniej, w latach 50. Żadnych nastolatków w obsadzie nie stwierdzono.

Summer Nights, muzyka i słowa: Jim Jacobs & Warren Casey,
wykonują: John Travolta, Olivia Newton-John et consortes

Greased Lightnin', muzyka i słowa: Jim Jacobs & Warren Casey,
wykonują: John Travolta et consortes

Cats (1998, reż. David Mallet)
Filmowa adaptacja (zrealizowana tak, aby wyglądała na zapis przedstawienia) musicalu Andrew Lloyda Webbera (na podstawie zbioru wierszy Old Possum's Book of Practical Cats T.S. Eliota wydanego w 1939 r., premiera musicalu - 1981) z udziałem niektórych członków obsady z obu głównych (londyńskiej i nowojorskiej) wersji.

 Mungojerrie and Rumpleteazer, muzyka: Andrew Lloyd Webber, słowa: T.S. Eliot,
wykonują: Drew Varley & Jo Gibb

 Macavity: The Mystery Cat, muzyka: Andrew Lloyd Webber, słowa: T.S. Eliot,
wykonują: Rosemarie Ford & Aeva May

Fiddler on the Roof (1971, reż. Norman Jewison)
Kolejna adaptacja musicalu scenicznego (który z kolei był adaptacją powieści Szolema Alejchema z 1894 r. Dzieje Tewjego Mleczarza). 

 Tevye's Dream, muzyka: Jerry Bock, słowa: Sheldon Harnick,
wykonują: Chaim Topol, Norma Crane, Patience Collier, Ruth Madoc et consortes


Miracle of Miracles, muzyka: Jerry Bock, słowa: Sheldon Harnick,
wykonuje: Leonard Frey

Ciekawostka: Skrzypek na Dachu doczekał się m.in. parodii w duchu Lovecrafta, zatytułowanej A Shoggoth on the Roof. Z uwagi na prawa autorskie wersja oryginalna, zawierająca muzykę ze Skrzypka (aczkolwiek solidnie zmodyfikowaną), nie jest wykonywana. Szkoda.

My Fair Lady (1964, reż. George Cukor)
Ma się rozumieć - adaptacja musicalu scenicznego (będącego adaptacją sztuki George'a Bernarda Shawa z 1913 r. Pygmalion).

With a Little Bit of Luck, muzyka: Frederick Loewe, słowa: Alan Jay Lerner,
wykonują: Stanley Holloway et consortes

Just You Wait, muzyka: Frederick Loewe, słowa: Alan Jay Lerner,
wykonują:
Audrey Hepburn (częsciowy dubbing: Marnie Nixon) i Charles Fredericks

Osobiście uważam, że spokojnie mogli pozwolić Audrey Hepburn zaśpiewać całość. Znalazłem fragment z przywróconym własnym głosem Audrey (tylko we fragmencie z pokojówkami słychać Marnie Nixon) - wcale nie wypada źle.




To oczywiście nie wszystkie moje ulubione utwory musicalowe. Ale resztę zostawię na inną okazję.

Bonus:

Tentacles z musicalu A Shoggoth on the Roof, muzyka i słowa: "He Who (for legal reasons) Must Not Be Named",
wykonują: H. P. Lovecraft Historical Society


PS: tytuł posta został oczywiście ukradziony z innego musicalu, który nie występuje w tym poście. Ale też jest fajny.