piątek, 24 października 2014

Troll ogląda #7 - Robin, the Hooded Man

Jeśli - jak troll - macie tych trzydzieści parę lat, istnieje duża szansa, że w późnych latach 80. ubiegłego wieku siadywaliście - w soboty rano? w soboty po południu? w niedzielę po południu? pamiętam kilka różnych pór emisji (za to nie pomnę, która była pierwsza), więc nie będę się upierał przy żadnej z nich - przed telewizorami, żeby emocjonować się przygodami legendarnego banity z lasu Sherwood.

 
 Podła jakość, ale wtedy tak kręcono seriale.
Do dzisiejszych blockbusterów HBO technicznie się nie umywa. Ale klimat nadal jest.
 
Kto to taki Robin Hood - wiedzą wszyscy. Legend, podań, książek, filmów, seriali telewizyjnych i gier komputerowych z jego udziałem jest legion. Dlaczego zatem wspominam akurat tę wersję? Co czyni ją wyjątkową? Upraszczając i w wielkim skrócie: klimat.

Fabuła w ogólnych zarysach zgodna jest z wersją kanoniczną: Robin i jego Wesoła Kompania (Will Szkarłatny, Mały John, brat Tuck, Lady Marion), ścigani przez złego Szeryfa z Nottingham, siedzą w lesie Sherwood, rabują bogatych i obdarowują biednych. Zostają także ułaskawieni przez króla Ryszarda Lwie Serce. Banał. Ciekawiej się robi dopiero, kiedy zagłębimy się w szczegóły.

Główny konflikt rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Od początku zarysowana jest opozycja: anglosascy wieśniacy - normańska klasa uprzywilejowana. Robin jest synem przywódcy ludowego powstania przeciw Normanom, a wieś Loxley, z której pochodzi, zostaje spalona w otwierającej pierwszy odcinek scenie. Większość negatywnych postaci to normańscy wielmoże - z Szeryfem z Nottingham, Robertem de Rainault, jego bratem, opatem Hugonem i ich zausznikiem, Guyem z Gisburne na czele. Nieliczni pozytywni przedstawiciele arystokracji (Robert, syn earla Huntingdon, Ryszard z Leaford, jego córka Lady Marion) pochodzą ze starej saskiej szlachty.

Drugi podstawowy konflikt to starcie między "siłami Światła" i "mocami Ciemności". Na przedstawiciela "sił Światła" Robina wybiera Herne Łowca (Herne the Hunter, w serialu mistyk i szaman, w mitologii duch opiekuńczy lub pomniejsze bóstwo lasów i łowów), przemawiający w imieniu Rogatego Boga (Horned One, prawdopodobnie celtycki Cernunnos) i przekazuje mu Albion, jeden z mieczy wykutych przez samego Weylanda Kowala (w serialu: Waylanda, w sagach skandynawskich noszącego imię Volundr; przypisuje mu się wykucie m.in.  Durendala, którym walczył Roland (La Chanson de Roland), kolczugi Beowulfa (Beowulf) czy Grama, którym Sigurd zabił smoka Fafnira (Volsungasaga); w serialu mieczy wykutych przez Waylanda jest siedem i każdy z nich nosi w sobie "moce Światła i Ciemności"). "Moce Ciemności" też mają swych wybrańców: okultysta baron Simon de Belleme, przywódczyni kultu diabła przeorysza Morgwyn z Ravenscar czy pogański czarownik Gulnar. Motywy mistyczne i okultystyczne parokrotnie stają się osią fabuły (wspomniane miecze Waylanda, golem-sobowtór czy wioska zmarłych Cromm Cruac), sam Robin określa się mianem "syna Herne'a", a banici wielokrotnie wzywają Herne'a, jakby był ich bóstwem opiekuńczym ("Herne, protect us"). 

Robin (The Hooded Man)

Jak przystało na retelling serial zrywa z niektórymi klasycznymi motywami i wprowadza nowe. W ponury sposób rozprawia się z mitem o dobrym królu Ryszardzie (i to w zgodzie z prawdą historyczną). Owszem, początkowo Coeur de Lion ułaskawia banitów. Ale kiedy Robin odmawia udania się na wyprawę wojenną, jaką Ryszard zamierza poprowadzić do Francji, ściąga na siebie królewski gniew i nowy wyrok. Nowym motywem, który potem został parokrotnie powielony, jest Saracen w gronie banitów - Nasir (początkowo sługa barona de Belleme, do banitów przystał ...bo postać spodobała się producentowi i reżyserowi). Anegdota głosi, że scenarzyści Robin Hood: Prince of Thieves (1991, reż. Kevin Reynolds) postać, którą zagrał Morgan Freeman, też początkowo nazwali Nasir - dopiero później dowiedzieli się, że to wymysł autorów serialu i zmienili imię w obawie o zarzuty naruszenia praw autorskich. Nowym motywem, ale zgodnym z niektórymi teoriami nt. pochodzenia postaci Robin Hooda (miałby on być bohaterem zbiorowym, którego miano nosiło wielu różnych banitów), jest też ...śmierć głównego bohatera. W ostatnim odcinku drugiego sezonu Robin z Loxley ginie za sprawą Szeryfa. Nie jest to jednak koniec dziejów Robina w Kapturze - Herne wybiera bowiem kolejnego "syna".
 
Twórcy zadbali w dużej mierze o wierność wizualną. Serial kręcono w plenerach i historycznych miejscach, z udziałem licznych statystów. Nie ustrzeżono się błędów (głównie w przypadku ahistorycznej broni i zbroi), ale ogólnie kostiumy i rekwizyty wypadły przekonywająco i z pożytkiem dla budowania klimatu opowieści. Swoje zrobił też sposób filmowania (ujęcia z ręki, zbliżenia, kolorystyka), zastosowane sztuczki montażowe i kreatywnie wykorzystane efekty dźwiękowe.

Na osobną wzmiankę zasługuje genialny soundtrack stworzony przez irlandzki zespół Clannad. Nagrano kilkanaście utworów, które potem wielokrotnie wykorzystano jako motywy przewodnie dla konkretnych typów scen (utwór Battles towarzyszący scenom bitewnym, fragmenty Strange Land dla podkreślenia tajemniczości zdarzeń czy Now is Here i Together We w scenach zbiorowych; motywy przewodnie przypisane konkretnym postaciom - Robin (The Hooded Man), Herne, Lady Marian, Scarlet Inside). Sam soundtrack (wydany pt. Legend w 1984 r.) został w 1985 r. nagrodzony nagrodą BAFTA.

Together We

Wielką siłę serialu stanowi obsada, szczególnie charyzmatyczny (i - zdaniem znanych trollowi kobiet - przystojny) Michael Praed w roli głównej (sezony 1 i 2). Dokooptowany do obsady po jego rezygnacji Jason Connery (Robert z Huntingdon, Robin w Kapturze w sezonie 3) wypada blado na tle swojego poprzednika. Lady Marion (z bujną grzywą rudych włosów) gra urocza Judi Trott. W postać Szkarłatnego Willa brawurowo wcielił się Ray Winstone (późniejszy Bors w King Arthur i Beowulf u Zemeckisa). Mark Ryan, który jako Nasir wypowiada zaledwie kilka zdań, jest m.in. śpiewakiem operowym. Robert Addie (serialowy Guy z Gisburne) wcześniej grał u Boormana w Excaliburze (jako Mordred). Nickolas Grace (Szeryf z Nottingham) jest głównie aktorem teatralnym (przepychanki słowne między Szeryfem i opatem dostarczają dużej dozy komizmu, podobnie jak kąśliwe uwagi Szeryfa pod adresem Gisburna). Nie zabrakło także udziału bardziej znanych aktorów: w roli króla Ryszarda gościnnie występuje John Rhys-Davies (m.in. Gimli w Lord of the Rings i Sallah w serii filmów o przygodach Indiany Jonesa), a Gulnara zagrał demoniczny Richard O'Brien (przede wszystkim twórca wspominanego już przez trolla The Rocky Horror Picture Show).

Opat: Każę ekskomunikować Gisburne'a!
Szeryf: Każ go powiesić - będzie szybciej.
Jedna z licznych perełek dialogowych.

Trochę szkoda, że po 3 sezonach (łącznie 26 odcinków; 6 w sezonie pierwszym, 7 - w drugim i 13 w trzecim) historia urywa się właściwie bez zakończenia. Z drugiej strony - jak powiedział reżyser pierwszego sezonu Ian Sharp - "skończyły (mu) się pomysły na zabijanie Normanów". Może zatem dobrze, że nie rozmieniono potencjału na drobne (choć takie zarzuty pojawiły się już po nakręceniu trzeciego sezonu, uznawanego za znacznie słabszy od poprzedników). W pamięci widzów (w tym trolla) serial ostatecznie zapisał się jako jedna z najlepszych wersji tej historii.

Robin of Sherwood (1984-1986, reż. Ian Sharp (sezon 1), Robert Milton Young (sezon 2) Ben Bolt, James Allen, Gerry Mill, Sid Robertson i Alex Kirby (sezon 3), scenariusz: Richard Carpenter we współpracy z Anthonym Horowitzem, Andrew McCullochem i Johnem Flanaganem, 26x50 min.) 


piątek, 10 października 2014

Troll ogląda #6 - Dźwięki muzyki

Pójdźmy za ciosem. Najwyżej mi się oberwie.

Kontynuując tematykę z poprzedniego wpisu - tym razem o moich ulubionych piosenkach musicalowych. Ponieważ praktycznie w każdym przypadku trudno było się trollowi zdecydować na jeden konkretny utwór - wybrałem po dwie. Kolejność - tak musicali, jak i samych piosenek - raczej przypadkowa. Poza pierwszym tytułem, którym jest mój ukochany musical ever.

Singin' in the Rain (1952, reż. Stanley Donen, Gene Kelly)
Film autotematyczny (musical o kręceniu musicalu, ha), świetna komedia z wspaniałą obsadą. Deszczową Piosenkę widziałem tyle razy, że już nie pamiętam ile. Dużo. Moje ulubione kawałki:

Make 'em Laugh, muzyka: Nacio Herb Brown, słowa: Arthur Freed, wykonuje: Donald O'Connor

Good Morning, muzyka: Nacio Herb Brown, słowa: Arthur Freed,
wykonują: Gene Kelly, Donald O'Connor i Debbie Reynolds

Ciekawostka: samą Debbie Reynolds (Kathy Selden, która w filmie dubbinguje Linę Lamont - gwiazdę niemego kina o skrzekliwym głosie) też zdubbingowano (dwie piosenki śpiewa Betty Noyes). A jej dublerki nie wymieniono w napisach. Hipokryzja czy autoironia?

Grease (1978, reż. Randal Kleiser)
Ekranizacja musicalu scenicznego o perypetiach miłosnych nastolatków w amerykańskiej szkole średniej, w latach 50. Żadnych nastolatków w obsadzie nie stwierdzono.

Summer Nights, muzyka i słowa: Jim Jacobs & Warren Casey,
wykonują: John Travolta, Olivia Newton-John et consortes

Greased Lightnin', muzyka i słowa: Jim Jacobs & Warren Casey,
wykonują: John Travolta et consortes

Cats (1998, reż. David Mallet)
Filmowa adaptacja (zrealizowana tak, aby wyglądała na zapis przedstawienia) musicalu Andrew Lloyda Webbera (na podstawie zbioru wierszy Old Possum's Book of Practical Cats T.S. Eliota wydanego w 1939 r., premiera musicalu - 1981) z udziałem niektórych członków obsady z obu głównych (londyńskiej i nowojorskiej) wersji.

 Mungojerrie and Rumpleteazer, muzyka: Andrew Lloyd Webber, słowa: T.S. Eliot,
wykonują: Drew Varley & Jo Gibb

 Macavity: The Mystery Cat, muzyka: Andrew Lloyd Webber, słowa: T.S. Eliot,
wykonują: Rosemarie Ford & Aeva May

Fiddler on the Roof (1971, reż. Norman Jewison)
Kolejna adaptacja musicalu scenicznego (który z kolei był adaptacją powieści Szolema Alejchema z 1894 r. Dzieje Tewjego Mleczarza). 

 Tevye's Dream, muzyka: Jerry Bock, słowa: Sheldon Harnick,
wykonują: Chaim Topol, Norma Crane, Patience Collier, Ruth Madoc et consortes


Miracle of Miracles, muzyka: Jerry Bock, słowa: Sheldon Harnick,
wykonuje: Leonard Frey

Ciekawostka: Skrzypek na Dachu doczekał się m.in. parodii w duchu Lovecrafta, zatytułowanej A Shoggoth on the Roof. Z uwagi na prawa autorskie wersja oryginalna, zawierająca muzykę ze Skrzypka (aczkolwiek solidnie zmodyfikowaną), nie jest wykonywana. Szkoda.

My Fair Lady (1964, reż. George Cukor)
Ma się rozumieć - adaptacja musicalu scenicznego (będącego adaptacją sztuki George'a Bernarda Shawa z 1913 r. Pygmalion).

With a Little Bit of Luck, muzyka: Frederick Loewe, słowa: Alan Jay Lerner,
wykonują: Stanley Holloway et consortes

Just You Wait, muzyka: Frederick Loewe, słowa: Alan Jay Lerner,
wykonują:
Audrey Hepburn (częsciowy dubbing: Marnie Nixon) i Charles Fredericks

Osobiście uważam, że spokojnie mogli pozwolić Audrey Hepburn zaśpiewać całość. Znalazłem fragment z przywróconym własnym głosem Audrey (tylko we fragmencie z pokojówkami słychać Marnie Nixon) - wcale nie wypada źle.




To oczywiście nie wszystkie moje ulubione utwory musicalowe. Ale resztę zostawię na inną okazję.

Bonus:

Tentacles z musicalu A Shoggoth on the Roof, muzyka i słowa: "He Who (for legal reasons) Must Not Be Named",
wykonują: H. P. Lovecraft Historical Society


PS: tytuł posta został oczywiście ukradziony z innego musicalu, który nie występuje w tym poście. Ale też jest fajny.

Troll ogląda #5 - You're a hot dog (...) Frank Furter!


Obejrzany kilka tygodni temu po raz pierwszy. Od prawie 40 lat nieustająco wyświetlany w kinach. Cult classic. Przed państwem...

The Rocky Horror Picture Show! (1975, reż. Jim Sharman)

Science Fiction/Double Feature

Film, który - P.T. Czytelnicy raczą wybaczyć, że ukradnę od Radka Teklaka - wprawił trolla w wielkie niczym Czomolungma zdumienie. Oraz zamęt grubymi nićmi szyty.

Powiedzmy to od razu - troll lubi musicale (niektóre na zasadzie guilty pleasure, ale zawsze). Singin' in the Rain widziałem naście razy. Grease też. Fiddler on the Roof nieco mniej, bo smutno się kończy. My Fair Lady kocham niesłabnącą miłością (Audrey H., najpiękniejsza kobieta świata! Szkoda, że nie pozwolili jej śpiewać). Cats widziałem (także) w teatrze. Nawet Mamma Mia i Chicago obejrzałem więcej niż raz. Nawet w koszmarnym (filmowym) Les Miserables znalazłem fajne piosenki.

Tym dziwniejsze powinno być, że Rocky'ego Horrora jakoś do tej pory omijałem. W końcu obejrzałem i od tych paru tygodni nie mogę się go pozbyć z organizmu. Nie wiem, co takiego brał Richard O'Brien (autor oryginalnej sztuki, piosenek i współautor scenariusza filmu, odtwórca postaci Riff Raffa), ale mógłby się podzielić. Chciałbym mieć tak barwną wyobraźnię i zdolność pisania tak chwytliwych utworów.

American Gothic, obraz autorstwa Granta Wooda, 1930 - jedna z inspiracji twórców filmu

Już sekwencja tytułowa (Science Fiction/Double Feature) sygnalizuje nastrój całości: grad odniesień do klasyki kina SF i horrorów klasy B z lat 30, 50 i 60 (m.in. King Kong (1933), The Invisible Man (1933), Forbidden Planet (1956) i The Day of the Triffids (1962)), uszminkowane usta Magenty (Patricia Quinn) i androgyniczny głos O'Briena. Głównych bohaterów: sztywnego nerda Brada (Barry Bostwick) i niewinną Janet (Susan Sarandon) poznajemy na ślubie ich znajomych. Brad daje się ponieść nastrojowi i w końcu się oświadcza (Dammit, Janet). Kiedy jadą obwieścić dobrą nowinę byłemu nauczycielowi, Doktorowi E. Scottowi (Jonathan Adams) - ciemną burzliwą nocą, dodajmy. Słuchając przemówienia abdykacyjnego Nixona. Z taśmy. WTF, Brad?! - na zupełnym odludziu łapią gumę. Szukając pomocy trafiają do ...zamku? W USA?! (Over at the Frankenstein place). Gdzie spotykają całą galerię zwariowanych postaci (Time Warp), z panem zamku, Doktorem Frankiem N. Furterem (Tim Curry, w makijażu, gorsecie i siatkowych pończochach), na czele (Sweet Transvestite).

Najlepsza villain song poza filmami Disneya

A potem fabuła staje na głowie i nie odpuszcza, aż do szalonego finału, który pozostawia naszych bohaterów zdezorientowanych i oszołomionych. Czego właściwie doświadczyli tej nocy?

Film jest dokładnie tak zwariowany, jak sugeruje powyższe streszczenie - a to dopiero pierwsze pół godziny (celowo pomijam resztę - wierzcie mi, najbardziej szalone fragmenty dopiero przed wami!). Debiutancka rola Tima Curry jest przeszarżowana. Wejście Meat Loafa (też debiut filmowy, rola Eddiego i piosenka Hot Patootie - Bless My Soul) - zupełnie znikąd. Kolejne piosenki i numery taneczne - coraz bardziej od czapy (szczególnie kulminacyjna sekwencja Rose Tint My World i I'm Going Home). Humor - coraz bardziej ryzykowny (Touch-a, Touch-a, Touch-a, Touch Me; "Eddie! That's a rather tender subject. Another slice anyone?"). Całość wieńczy krótki monolog Kryminologa (Charles Gray, przez cały film konsekwentnie ignorujący fourth wall i zwracający się do publiczności) - jakże, wydawałoby się, stosowny - o braku sensu. A mimo wszystko to naprawdę działa.

Publiczność, po początkowej konsternacji, film pokochała (obecnie seanse odbywają się z radosnym udziałem publiczności, wliczając rzucanie komentarzami i - specjalnie w tym celu wręczanymi widzom - przedmiotami w kierunku ekranu). Wygląda na to, że troll także się zakochał. No to:

Let's do the Time Warp again!

Ciekawostka: Richard O'Brien grał złego druida Gulnara w serialu Robin of Sherwood (1986; ten z muzyką Clannad, Michealem Preadem i Jasonem Connerym - synem tego Connery'ego).

sobota, 27 września 2014

Troll idzie z duchem czasów

Blog dorobił się swojego własnego fanpejdża na Facebooku!

No dobra, troll sam dorobił ten fanpejdż, coby zachęcić czytelników do komentowania. Bo na blogu komentować nie chcą. Może na "fejsie" będą. 

Link jest gdzieś na prawo od postów. Endżoj!

Troll czyta #8 - O (nie)przyjaźni między narodami

"Przed rokiem 1066 główne troski mieszkańców obecnego terytorium Wielkiej Brytanii nie sprowadzały się do zagadnień takich jak: „Czy uda mi się dostać porządną pensję?” albo „Czy zdołam spłacić kredyt?”. Umysły tych ludzi zaprzątała raczej następująca kwestia: „Kiedy na horyzoncie pojawi się horda wywijających toporami morderców, by gwałcić kobiety i kraść bydło (a w przypadku niektórych plemion wikingów na odwrót)?”."
Tym smakowitym cytatem rozpoczyna się jeden z podrozdziałów książki Stephena Clarke "Tysiąc lat wkurzania Francuzów", relacjonującej historię jednego millennium kontaktów między Anglikami, a ich sąsiadami zza Kanału (Angielskiego, bądź La Manche, zależy z której strony się siedzi). Innych książek Stephena Clarke, noszących tak urocze tytuły, jak "Merde! Rok w Paryżu", "Merde! chodzi po ludziach" czy "M jak Merde", troll nie czytał, ale - wnioskując po tytułach - opowiadają one o życiu człowieka cywilizowanego (Anglika) w dzikim kraju (Żabojadoland, zwany również Francją). Natomiast książką będącą tematem tego wpisu troll zachwycił się już od pierwszego rozdziału (z którego pochodzi ww. cytat). Troll uwielbia bowiem historię powszechną, szczególnie podaną w sposób mniej lub bardziej niekonwencjonalny. Książka Clarke'a jest w dużej mierze zbiorem anegdot na tematy historyczne. Pełen ironii styl autora także szczególnie mi odpowiada.

źródło: esensja.stopklatka.pl
Z lektury nieprzesadnie grubego tomu (tylko 456 stron, mogłoby być spokojnie 2x tyle!) czytelnik dowie się, między innymi, że to bynajmniej nie Francuzi dokonali ostatniego udanego najazdu na Anglię (nawet jeśli pominąć Chwalebną Rewolucję roku 1688 - Normanowie bynajmniej nie byli Francuzami, ale potomkami ww. miłośników angielskich kobiet/bydła), który angielski król zeżarł nieświeżego minoga (ze skutkiem śmiertelnym), czym była chevauchée (termin, mimo że francuski, wymyślił Anglik), gdzie naprawdę odbyła się "Bitwa pod Agincourt", kto tak naprawdę spalił na stosie Joannę d'Arc, dzięki komu w szampanie są bąbelki, gdzie i kiedy wynaleziono gilotynę, dlaczego Maria królowa Szkotów musiała stracić włosy, głowę i życie (mniej więcej w tej kolejności), dlaczego entente była cordiale i ile miał z tym wspólnego fotel fellacyjny oraz dlaczego generał de Gaulle nie został zaproszony do Jałty (oraz jak niewiele brakowało, żeby nie został zaproszony także na inwazję w Normandii).
Troll poleca. A jak dorwie pozostałe książki pana Clarke, to zda relację, czy i one są warte polecenia.
Stephen Clarke, Tysiąc lat wkurzania Francuzów (1000 Years of Annoying the French, wyd oryg. 2010), wyd. W.A.B., Warszawa, 2012, tłum. Stanisław Kroszczyński

niedziela, 21 września 2014

Troll ogląda #4 - Szkoła. Ludzie ludziom zgotowali ten los

Battle royal - (ang., sport) termin z zakresu amerykańskiego zawodowego wrestlingu; rodzaj meczu, w którym bierze udział wielu (20+) zapaśników; zwycięzcą zostaje ostatni niewyeliminowany.

Battle Royale - (transkrypcja fonetyczna z ang.: バトル・ロワイアル, romaji: Batoru Rowaiaru); powieść Koushuna Takami (wyd. Ohta Publishing, 1999) oraz jej adaptacje: film (reż. Kinji Fukasaku, 2000) i manga (txt. Koushun Takami, rys. Masayuki Taguchi, wyd. Akita Shoten, 2000-2005).

Disclaimer: wszystkie nazwiska w tekście podaję w formie zachodniej (*imię* *nazwisko*; *given-name* *family-name*), a nie japońskiej (*nazwisko* *imię*; *family-name* *given-name*). Wszystkie terminy z języka japońskiego podaję w formie romaji (najpewniej Hepburn romanization, bo korzystam głównie ze źródeł anglojęzycznych). W całym tekście przymiotnik "zachodni" oznacza właściwie "nie-japoński".

Dygresja, a. słowo wstępne: szkoła w japońskiej kulturze wizualnej.

Troll lubi japońską popularną kulturę wizualną. Od klasycznych filmów A. Kurosawy, przez mangi, anime i gry, po nastrojowe horrory w rodzaju Ringu. O literaturze się nie wypowiadam, bo nie czytałem. O muzyce się nie wypowiadam, bo słoń mi na ucho nadepnął. Aczkolwiek taiko fajnie brzmią.
Co specyficzne, mangi i anime (w mniejszym stopniu także inne wytwory popkultury) z założenia przeznaczone są dla konkretnego odbiorcy, na podstawie kryterium demograficznego i płci. Pięć podstawowych grup odbiorców to (za Wikipedią): dzieci (kodomo, obie płcie do ok. 10 lat), chłopcy (shounen, teoretycznie 10-18 lat), dziewczęta (shoujo, 10-18 lat), młodzi mężczyźni (seinen, 15-40 lat), młode kobiety (josei, 15-40 lat). Jak widać termin "młody" jest dość pojemny (dzięki czemu troll nadal czuje się młody). Zachodnia popkultura nie czyni aż tak daleko idącego rozróżnienia, szczególnie jeśli chodzi o płeć odbiorcy. Uwaga: nie należy mylić podanego systemu z kwestią ratingu wiekowego zawartości. Utwory z grupy seinen wcale nie zawierają wyłącznie treści "tylko dla dorosłych" (zresztą dla utworów o charakterze pornograficznym jest osobna kategoria,  seijin-muke manga i R18 anime - popularnie na Zachodzie nazywane hentai). 
Charakterystyczne jest osadzenie akcji utworów w środowisku jak najbardziej znajomym dla docelowej grupy odbiorców. Także fabuła koncentruje się na wydarzeniach, z którymi odbiorcy w mniejszym lub większym stopniu są zaznajomieni - stąd większość utworów należących do grup shounen i shoujo dotyczy dorastania i jego problemów (pierwszej miłości, rywalizacji w grupie, przyjaźni itd.). Tematy podejmowane przez seinen/josei są nieco poważniejsze. Utwory dla męskiego odbiorcy w większym stopniu zawierają akcję, utwory skierowane do kobiet kładą większy nacisk na obraz psychologiczny bohaterów. Protagonista z reguły jest tej samej płci co sugerowany odbiorca.
Japoński system edukacji - w dużym skrócie - przypomina polski i zakłada następujące etapy: przedszkole (dzieci w wieku 3-6 lat), 6-letnia szkoła podstawowa (obowiązkowa, uczniowie w wieku 6-12 lat), 3-letnia junior-high school (czasem także middle school, odpowiednik gimnazjum, obowiązkowa, uczniowie w wieku 12-15 lat), 3-letnia high school (odpowiednik szkoły średniej, nieobowiązkowa, uczniowie w wieku 15-18 lat), studia wyższe (kończące się odpowiednio licencjatem(bakalaureatem), magisterium lub doktoratem). W efekcie akcja zarówno shounen/shoujo, jak i seinen/josei, może toczyć się w (odpowiedniej do wieku bohaterów) szkole. Z uwagi na fakt, że podział na gatunki jest niezależny od podziału wynikającego z demografii odbiorców, szkoła może być zarówno areną lekkiej komedii romantycznej, jak i mrocznego, krwawego horroru.

Koniec dygresji.

Fabuła Battle Royale (filmu, powieść planuję w nieokreślonej przyszłości przeczytać, mangę dopiero zacząłem - ma prawie 3 tyś. stron i trochę mi zejdzie) toczy się w nieokreślonej przyszłości/teraźniejszości w równoległej/fikcyjnej, zmilitaryzowanej Japonii. Bezprecedensowe 15% bezrobocie (10 mln bez pracy!), porzucenie szkół przez blisko milion uczniów, dramatyczny wzrost przestępczości nieletnich i ogólny chaos popchnął rząd do wprowadzenia ustawy "Millennium Educational Reform Act", znanej jako "Battle Royale Act": co roku jedna z trzecich klas junior-high school wybrana zostaje losowo z populacji całej Japonii do uczestnictwa w "Programie BR" - jest wysyłana na bezludną wyspę, gdzie uczniowie mają się wzajemnie eliminować, aż zostanie tylko jeden. Każdy "uczestnik" otrzymuje zapas żywności i wody, kompas, mapę wyspy, latarkę i losowo przydzieloną "broń" (może to być wszystko, od papierowego wachlarza czy pokrywki garnka, po pistolety maszynowe i shotguny). Jeśli w ciągu trzech dni nie zostanie wyłoniony zwycięzca - zginą wszyscy na skutek eksplozji ładunków umieszczonych w monitorujących położenie uczestników obrożach. Ładunki eksplodują także, jeśli noszący obrożę znajdą się na obszarze zastrzeżonym w nieodpowiednim czasie (lokalizacja i czas dla aktualnych obszarów zastrzeżonych będzie podawana kilkakrotnie w ciągu dnia, razem z listą ostatnio zabitych, przez głośniki rozlokowane na całej wyspie).
Zwyciężczyni poprzedniej edycji Programu BR

Klasa 9-B, Shiroiwa Junior High School, miała jechać na wycieczkę klasową. Nigdy tam nie dotarli. Trafili za to do "Programu BR", razem z dwoma "przeniesionymi uczniami" (razem 42 uczniów, po 21 każdej płci). Pierwsze trupy padły zanim jeszcze opuścili szkolną klasę, w której wyjaśniano im zasady. Ich niegdysiejszy nauczyciel (w tej roli Takeshi Kitano, aktor i reżyser), który po ataku nożownika przeniósł się do innej szkoły, ma wreszcie okazję się zemścić - co skwapliwie wykorzystuje. Przy okazji demonstrując działanie obroży. Potem uczniom rozdano zapasy i "broń" - i wygnano w noc. Nie będę opisywał reszty fabuły - obejrzyjcie film.
Publiczność przyjęła film entuzjastycznie. W samej Japonii zarobił ponad 25 mln USD (jeden z 10 najlepiej zarabiających filmów w kraju), trafił do kin w 22 krajach stając się tym samym jednym z najbardziej znanych filmów japońskich na świecie. Także krytycy i twórcy filmowi generalnie oceniają go bardzo dobrze. Np. Quentin Tarantino uważa go za jeden z najlepszych filmów jakie widział i za film, jaki chętnie sam by nakręcił (ciekawostka: w Kill Billu: Volume 1 rolę Gogo Yubari gra Chiaki Kuriyama, wcześniej występująca właśnie w Battle Royale).

Trailer

Oczywiście nie obyło się bez kontrowersji. Filmowi zarzucono gloryfikację i zachęcanie do przemocy wśród nieletnich (m.in. członkowie parlamentu Japonii). Obecnie jest zakazany (i podlega konfiskacie) w Niemczech. Przez 11 lat nie został skierowany do oficjalnej dystrybucji w kinach w USA i Kanadzie (próbne pokazy odbyły się niedługo po masakrze w Columbine i publiczność nie była... zachwycona; film ostatecznie pokazywano tylko na przeglądach i festiwalach) - pierwsze oficjalne pokazy w kinach miały miejsce dopiero w grudniu 2011 r. 

Dygresja: zastanawiałem się, czy nie opisać Battle Royale przy okazji innych "filmów kontrowersyjnych" - zamiast Clockwork Orange S. Kubricka (z uwagi na zbliżoną tematykę). Ostatecznie wybrałem Pomarańczę, bo była pierwsza i bardziej znana - przez co jej "kontrowersyjność" była większa. Koniec dygresji.

W 2003 r. Kinji Fukasaku rozpoczął realizację sequela, ale zmarł przed ukończeniem pracy. Film (Battle Royale II: Requiem; transkrypcja: バトル・ロワイアルII 【鎮魂歌】, romaji: Batoru rowaiaru tsū: "Rekuiemu") wyreżyserował jego syn, Kenta.

Słowem podsumowania: dla mnie Battle Royale jest przede wszystkim filmem rozrywkowym, mroczną satyrą na społeczeństwo jako takie (sceny z Kitano w klasie, film instruktażowy "Programu", sceny z latarnii). Rozważania nt. różnorodności reakcji młodych ludzi na sytuację ekstremalną, znaczenia przyjaźni w życiu młodego człowieka itp. pozostawiam krytykom (którzy m.in. przywołują jako analogię Lord of the Flies).

Troll poleca. Poleca także mangę, z uwagi na zawarte w niej znacznie szersze backgroundy poszczególnych postaci. O powieści będzie się wypowiadał, jak już przeczyta (też niezła cegła, oryginał miał 666 stron).
PS: jakie jest źródło tytułu posta to chyba wszyscy wiedzą, nie?

poniedziałek, 8 września 2014

Troll gra #10 - Diggy Diggy Hole

Troll winien jest swoim czytelnikom przeprosiny. Co najmniej raz nazwałem Terrarię (2011, dev. & pub. Re-Logic) "2D klonem Minecrafta". Myliłem się. O czym niżej.

Disclaimer: gry opisywane są na podstawie ich podstawowych, niezmodowanych wersji. Wyobraźnia modderów jest nieograniczona i ich działalność w znacznym stopniu zmienia funkcjonowanie i cechy gier.

Terraria: gameplay trailer wersji 1.2

Dzięki niezawodnemu Humble Bundle troll wszedł niedawno w posiadanie własnej kopii Terrarii. Zagrałem. Skonfrontowałem swoje wcześniejsze przekonania nt. gry z rzeczywistością. Konfrontacja zakończyła się technicznym knock-outem. Owszem, Terraria jest grą 2D (choć niektóre jej elementy raczej predysponują ją do określenia 2.5D, ale ten wątek pominiemy). Owszem - tak jak w Minecrafcie - mamy do dyspozycji generowany losowo świat, klocki, możliwość budowania, różnorodne surowce, moby itp. Ale sedno gry leży zupełnie gdzie indziej: o ile Minecraft jest bardziej nastawiony na budowanie (w tym realizowanie tak szalonych koncepcji jak działający dysk twardy czy odwzorowanie całej Danii z klocków), o tyle Terraria jest przede wszystkim grą przygodową, w której aspekt twórczy stoi na drugim planie. 

W przeciwieństwie do kilku trybów, w jakich można grać w Minecrafta (creative, survival, adventure - żeby wymienić tylko trzy), różniących się przeznaczeniem i zasadami, Terraria oferuje jeden tryb. Aspekt survivalowy został zminimalizowany - w obecnej wersji (1.2.4.1 - post dotyczy wersji wydanej na PC, nie mobilnej czy konsolowej) nie ma konieczności jedzenia (w odróżnieniu od trybu survival Minecrafta) i na razie nie zanosi się na zmianę tego podejścia. Aspekt przygodowy rozbudowany jest o wiele bardziej. W Minecrafcie dotarcie do i pokonanie Ender Dragona (finalny boss) stanowi tylko cel opcjonalny, self-imposed challenge. Światy Terrarii natomiast zamieszkuje szereg paskudnych stworzeń - w tym liczni bossowie, pojawiający się, gdy zostaną spełnione określone warunki (lub wywołani celowo). Po pokonaniu "finalnego" bossa - Wall of Flesh - następuje przemiana świata w jego dalece trudniejszą wersję (tzw. Hardmode), w której pojawiają się nowe biomy i surowce, nowe zasady, nowe wyzwania, a przede wszystkim nowi bossowie.

 Na zdjęciu: boss Eye of Cthulhu, druga forma
(źródło: http://www.ihascupquake.com)

W powyższym akapicie nie bez przyczyny została użyta liczba mnoga. Specyfiką Terrarii jest, że generowane światy różnią się np. obecnością niektórych minerałów czy obecnością konkretnych biomów (część wzajemnie się wyklucza), a jednocześnie jedną postacią można się przenosić między rożnymi światami razem z ekwipunkiem, przez co w danym świecie może pojawić się obiekt, którego nie było w momencie wygenerowania i naturalnie by w nim nie wystąpił - te cechy też odróżniają ją od Minecrafta, gdzie dana postać i jej ekwipunek przypisane są do konkretnego świata, a możliwość podróżowania między światami zasadniczo nie występuje (nie chodzi mi o podróżowanie między "planami" konkretnego świata jak Nether czy End, a o całkowite przejście do nowego świata).

Także w aspekcie twórczym omawiane gry różnią się diametralnie. Recepty w Minecrafcie są ukryte i samo ich odkrywanie stanowi część rozgrywki. W Terrarii informacje o tym, co można zbudować z danego materiału, dostajemy "na talerzu", po zaprezentowaniu go NPCowi, z którym rozpoczynamy grę. Co za tym idzie, aspekt ten jest jednocześnie spłycony (brak odkrywania recept, odmienne zastosowanie mechanizmów i automatyki), jak i rozbudowany (o wiele więcej surowców - w tym wypadających z konkretnych mobów czy sprzedawanych przez konkretnych NPCów - oraz różnorodnego sprzętu, który można z nich wytworzyć). 

I kolejna zasadnicza różnica: NPCe w Minecrafcie są anonimowi, a interakcja z nimi jest dalece uproszczona (można jedynie wymienić jeden rodzaj surowca na jakieś wytwory danego NPCa). NPCe w Terrarii mają swoje imiona, zajęcie i konkretną funkcję. Co więcej - należy o nich zadbać, budując im odpowiednie schronienie i chroniąc przed potworami. Samo ich pojawienie się na naszym świecie uwarunkowane jest zarówno istnieniem odpowiedniego miejsca zamieszkania, jak i spełnieniem innych warunków (np. posiadaniem odpowiedniej kwoty pieniędzy - które w Minecrafcie nie występują, posiadaniem konkretnych przedmiotów lub zabiciem konkretnego bossa; niektórych NPCów trzeba uwolnić z więzienia w jaskiniach pająków lub lochu). Terraria oferuje też faktyczny handel, w odróżnieniu od minecraftowego barteru; w tym - możliwość zakupu obiektów niedostępnych w inny sposób (w Minecrafcie wszystkie obiekty, które można było pozyskać od NPCów, można też było znaleźć lub wytworzyć samemu). NPCe potrafią też zlecać konkretne zadania do wykonania (np. Angler zlecający złowienie określonych ryb, występujących tylko w konkretnych warunkach - biom, głębokość, pora dnia itp.).

Ponadto w Terrarii występuje cała plejada wydarzeń, których odpowiedników trudno szukać w Minecrafcie, w tym zdarzenia okresowe (w rodzaju Halloween, którego aktywacja wymaga konkretnej daty systemowej) czy losowe (Blood Moon, Solar Eclipse, Pirate Invasion, upadek meteorytu itd.). Ich wystąpienie oznacza z reguły zmianę w wyglądzie i zachowaniu świata (nowe obiekty, nowy wygląd starych obiektów, nowe rodzaje mobów, zmiana zachowania czy tempa generowania mobów). 

Na koniec kilka słów o multiplayerze. O ile w Minecrafcie obecność innych graczy z reguły wiąże się ze wspólnym budowaniem większych, bardziej zróżnicowanych obiektów, o tyle w Terrarii z reguły oznacza też (czy może nawet: przede wszystkim) wspólne wyprawy eksploracyjne i wspólne walki z bossami. Fakt przypisania ekwipunku do postaci i możliwość wędrowania między światami oznacza też możliwość wystąpienia specyficznej sytuacji, kiedy nowy gracz na danym świecie może dostarczyć innym jego mieszkańcom obiekty, do których oni sami nie mają dostępu (np. świat jest jeszcze w fazie przed Hardmodem, a nowy gracz przenosi doń obiekty ze świata Hardmode).

Podsumowując: troll poleca. Przy czym miłośnikom nieskrępowanej wolności tworzenia i zapalonym modelarzom troll poleca Minecraft, a miłośnikom eksplorowania jaskiń i walk z bossami - Terrarię.

PS: Post zawdzięcza tytuł genialnej piosence (by Yogscast) o życiu krasnoludów (i graczy w Minecrafta i Terrarię), będącej jednocześnie straszliwym earwormem. Enjoy:

Ostrzegałem  

sobota, 30 sierpnia 2014

Odpowiedź na pytanie o życie, wszechświat i całą resztę

Dziś blog kończy roczek.


Z tej okazji podzielę się z wami kilkoma informacjami statystycznymi, w tym tymi zazwyczaj dostępnymi tylko dla mnie.

To jest post nr 42. Liczba to znacząca. Oznacza między innymi, że chciało mi się pisać nieco rzadziej, niż raz na tydzień.

Wg statystyk Bloggera odwiedzono bloga 2656 razy (co daje średnio 7.3 odwiedziny dziennie). Z czego 242 razy w ostatnim miesiącu. 

Najbardziej popularnym postem jest ten o Crusader Kings II (428 wyświetleń). Wszystkie wyniki wyszukiwania z Google, które doprowadziły kogoś do bloga, też dotyczyły tego tematu.

Najwięcej userów przybyło z Polski (dziwne, nie?). Najchętniej używacie Chrome'a (39%) pod Windą (84%). Aczkolwiek zdarzyli się też użytkownicy Maxthona i BlackBerry.

Troll jest w zasadzie niegroźny.

Do przeczytania następnym razem. Cześć i dzięki za ryby.



 

sobota, 23 sierpnia 2014

Troll ogląda #3 - Siedem twarzy Tima Curry

Timothy James Curry (ur. 19 kwietnia 1946 r. w Grappenhall, Warrington w hrabstwie Cheshire w Anglii) – aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i musicalowy, producent filmowy, wokalista i autor tekstów piosenek. Człowiek-orkiestra. W szczególności:

1. Szalony Naukowiec (Dr. Frank-N-Furter, The Rocky Horror Picture Show, 1975)




Nie wiem, co brali autorzy tego dzieła, ale mogliby się podzielić. Z klasycznego motywu filmów grozy (para narzeczonych - Brad i Janet, popsuty samochód, zamek na odludziu) szybko robi się zwariowana rock-opera, ze "słodkim transwestytą" w roli głównej. Scena, w której Frank-N-Furter (T. Curry) odwiedza najpierw sypialnię Janet (S. Sarandon), w przebraniu jej chłopaka, a potem sypialnię Brada (B. Bostwick), udając Janet, z punktem kulminacyjnym, w którym Janet uwodzi Rocky'ego Horrora (twór Frank-N-Furtera), rządzi. Cult classic, jak mawiają Amerykanie.

2. Szatan (Darkness, Legend, 1985)


Władca ciemności w pełnej glorii, polujący na ostatnie jednorożce i generalnie uprzykrzający życie młodziutkiej Mii Sarze i Tomowi Cruise. Kilogramy niemalże-oscarowej (nominacja) charakteryzacji i niezaprzeczalna charyzma Tima Curry w jednym. Za kamerą Ridley Scott - w czasach, kiedy jeszcze robił dobre filmy.

3. Klown z piekła rodem (Pennywise the Dancing Clown, It, 1990)



Ekranizacja (telewizyjna) jedynej książki Stephena Kinga, którą uwielbiam bez żadnych zastrzeżeń. Diaboliczny Pennywise będzie się wam śnił po nocach i jeśli do tej pory nie baliście się klaunów - teraz już będziecie. Ponieważ zapowiada się nowa ekranizacja - oby producenci poszli po rozum do głowy i ponownie zatrudnili T. Curry.

4. Grinch (well, not really; Concierge, Home Alone 2, 1992)


Maleńki epizod, w którym T. Curry robi to, co potrafi najlepiej - uśmiecha się demonicznie. Nie tylko koty z Cheshire mają charakterystyczny wyszczerz.

5. Kardynał (Cardinal Richelieu, The Three Musketeers, 1993)

 

Historię wszyscy znają (a jeśli nie znają - niech się nie przyznają i natychmiast idą nadrobić), więc nie bardzo mam o czym pisać. Może więc tylko wspomnę, że T. Curry zabójczo wygląda w czerwieni? No i rola wszechpotężnej szarej eminencji, trzęsącej całą Francją, pasuje do niego jak ulał.

6. Mag (Trymon, The Colour of Magic, 2008)



Czyli T. Curry ponownie robi to co potrafi najlepiej, na usianej niebezpieczeństwami (dla innych) i trupami (ww. inni) drodze po kapelusz Nadrektora Niewidocznego Uniwersytetu w telewizyjnej ekranizacji dwóch pierwszych tomów Discworldu Terry'ego Pratchetta. Tom drugi (The Light Fantastic) bardzo długo był moim ulubionym (dopiero późniejsze tomy z podcyklu o Straży go przebiły). Dodatkowo w tej ekranizacji rolę Patrycjusza gra genialnie dopasowany Jeremy Irons.

7. Cesarz (Emperor Doviculus, Brütal Legend, 2009)



Główny zły w ociekającej klimatem heavy metalowych płyt z lat 80. i 90. produkcji Tima Schafera, mieszance hack'n'slasha z RTSem. Świetna muzyka, udział gwiazd metalu (Ozzy Osbourne, Lemmy Kilmister, Rob Halford, Lita Ford), Jack Black w roli głównej. No i T. Curry, robiący to, co potrafi najlepiej.

Podsumowując: etatowy badguy, z charyzmą i zabójczym uśmiechem. Nie można go nie lubić. Troll, ma się rozumieć, lubi.

Tytuł posta to oczywiście nawiązanie do filmu Seven faces of Dr. Lao (reż. G. Pal, 1964), którego nie widziałem, ale którego tytuł mi się podoba. I który to film nie ma nic wspólnego z Timem Curry.

Inspiracją zaś było obejrzenie The Rocky Horror Picture Show ubiegłej nocy. Filmu, który pozostawił mnie na dłuższą chwilę w stanie "What The F..k did I just watch?!". Coby nie być gołosłownym - Time Warp:



    

czwartek, 21 sierpnia 2014

Troll czyta #7 - Lekcja historii klasycznej

A nawet dwie lekcje - obie w formie wierszowanej.

Pierwszą tak wspominał Julian Tuwim: 
"Nie wiem (a warto by dojść), kto jest autorem słynnego Kara Mustafy, wiersza wywracającego historię powszechną do góry nogami, ale i w nim działał na pewno bodziec protestu przeciw temu, co "wiadomo". [...] Jeżeli wiersze te pisał sztubak, to z zemsty nad podręcznikiem historii i geografii, nad chronologią i tablicą synchronistyczną dziejów; jeżeli profesor, to w ataku zrozumiałej nudy. Gdy taka chwila nachodziła na uczonego zoologa - rysował monstra, a matematyk wlazł na patyk i z patyka skoczył w niepojęty a mnóstwo rozkoszy wróżący czwarty wymiar."  (Julian Tuwim, Pegaz dęba - za:  Antoni Słonimski i Julian Tuwim, W oparach absurdu, wyd. Af - Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1975)

Tuwim cytuje tylko fragmenty - troll dotarł do kompletnego tekstu. Przed państwem Wykład historji dla panien.

Znów siadam na katedrze -
I w dobranem gronie gości
Opowiadam to, co umiem;
Dzieje świata i ludzkości,

Kiedy Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków,
szedł z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków,
do obrony swych posad zawsze będąc skory,
pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory.

I bitny, nieugięty, twardy jak opoka,
zabrawszy z innym łupem chorągiew proroka,
gonił przez godzin dziesięć w całym pędzie koni,
uciekających wrogów aż do Macedonji.

Tam królowa Pompadur, pani wielkiej cnoty,
bawiła go w stolicy przez cztery soboty,
a syn jej bohaterski, Aleksander Wielki,
darował mu do zbroi dwie złote pętelki.

Na północy tymczasem, w jakąś złą godzinę,
Marjusz ogniem i mieczem niszczył Kartaginę,
potomek zaś jego Tytus, patrząc na to z żalem,
od najścia dzikich Franków bronił Jeruzalem.

Wtedy to wśród Sahary, w owym kraju futer,
szczepił nową religię sławny Marcin Luter,
i pracując gorliwie piórem i wymową,
zginął razem z Homerem w noc Bartłomiejową,
którą, pragnąc dać uczuć moc swojej tyranji,
królowa Marja Stuart wyprawiła w Danji.

August VIII, król saski, wezwał Salomona,
sądząc, że z nim niegodną królowę pokona,
lecz zdradzony przedwcześnie w złych losów kolei,
zaszczycił swą niewolą Przylądek Nadziei.
Wenecjanie zaś patrząc nieprzychylnem okiem,
zabili go w Meksyku z kapitanem Kokiem.

W tym czasie też Kopernik, wojażer na Wschodzie,
robił świetne odkrycia na lądzie i wodzie,
objechawszy fraktówką Azję i Afrykę,
po tygodniu podróży odkrył Amerykę,
a Kolumb z nim zwiedziwszy wszystkie świata końce,
orzekł, że koło ziemi obraca się słońce.

Kortez, mąż Izabelli, tatarskiej królowej,
powstawał na ten wniosek bluźnierczemi słowy,
ale że świat przeczył zanadto upornie,
pod swoje panowanie podbił Kalifornię,
gdzie Palmerdton, sardyńczyk z książęciem de Konde,
przeciwko tyranowi obudzili frondę.
Richelieu tam będący na silnej pozycji,
zginął pod krwawym mieczem świętej inkwizycji.

Krasicki, ucieszony tą okrutną karą,
wynalazł nowe statki poruszane parą,
lecz wypędzony z Francji, rodzinnego kraju
uczynił z nich użytek na rzece Ałtaju.

Herodot, jego przyjaciel, mąż z sercem nie płochem,
myślał nad telegrafem, a Bajron nad prochem,
i kiedy ich odkrycie było uwieńczone,
puścili się nad morzem sukiennym balonem,
tam zaskoczeni burzą i straszną zawieją,
unieśli się w powietrze żelazną koleją.

Szekspir, król Persji, rozgniewany o to,
z kopalń Bochni wydobył prawie wszystko złoto,
za nie uformowawszy trzy pułki ułanów,
pobił w trojańskiej wojnie walecznych janczarów.

Mieszkańcy wysp Sandwich, schwytawszy go wreszcie,
uwięzili w Pekinie, a zabili w Peszcie.
Wtem przybył od papieża do Saula goniec
i położył na miesiąc, wszystkim wojnom koniec.

I lekcja druga, dla odmiany śpiewana. Przez znanego i lubianego (przez trolla) Jacka Kaczmarskiego.


Niedługo minie rok odkąd prowadzę bloga. Stąd u trolla nastrój zadumy nad historią. Cierpcie wraz ze mną.