Zawsze chciałem pisać. Młody troll marzył o zostaniu pisarzem-fantastą. Troll nieco dojrzalszy stwierdził, ze talentu do pisania beletrystyki mu brakuje, ale zawsze może pisać publicystykę. Stąd blog.
To całkiem fajne uczucie - być czytanym. Statystyki serwisu twierdzą, że przed kilkoma dniami miały miejsce dwa znaczące wydarzenia: blog jako taki został wyświetlony 7000 razy, a najpopularniejszemu postowi - niezmiennie są to trollowe wynurzenia nt. Crusader Kings II - stuknął 1000 odsłon. Ładne, okrągłe liczby.
No i nie spędzam czasu wyłącznie siedząc pod moim mostem. W tak zwanym międzyczasie blog dorobił się (znaczy, sam dorobiłem) fanpejdża na Facebooku (możecie "lajknąć" w wolnej chwili, link powinien być gdzieś na prawo od tego tekstu). Ponadto napisałem (przeredagowałem) i opublikowałem cztery teksty o grach komputerowych na łamach innego bloga (gikz.pl - koniecznie zajrzyjcie). Ekspansja jak się patrzy.
Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że za rok też będę miał coś do napisania.
Jak nieco mniej powszechnie wiadomo RPG (akronim utworzony od "Role Playing Game", w języku polskim przyjęło się określenie "gra fabularna") jest to forma rozrywki, w ramach której gracze odgrywają (przede wszystkim przez opisywanie) działania wykreowanych przez siebie postaci, dokonując interakcji ze światem opisanym przez tzw. mistrza gry (z ang. "Game Master", "GM"; uczestnik zabawy pełniący m.in. funkcję arbitra, odpowiadający za - i odgrywający - całe otoczenie graczy).
Komputerowa odmiana RPG ("cRPG", gdzie "c" pochodzi od "computer") jest rozrywką dalece mniej towarzyską, komputer zastępuje bowiem graczowi kolegów prowadzących inne postacie i mistrza gry opisującego świat. Wymaga też dużo mniej od samego gracza - zamiast zmuszać go, by wyobraził sobie wygląd innych postaci czy scenerię, w jakiej toczy się gra - po prostu mu to pokazuje.
Współczesne cRPG - jak wszystkie inne gry, niestety - postawiły grafikę na pierwszym miejscu. Fabuła zaś drepcze sobie na którymś tam miejscu w peletonie. Przy czym powyższe jest prawdą przede wszystkim w odniesieniu do tytułów wydawanych przez wielkich graczy rynku video games. Natomiast mniejsi gracze (których nie stać na wielomilionowe budżety na grafikę i marketing) starają się konkurować przede wszystkim pomysłem na fabułę i/lub formę rozgrywki.
Artystyczne podsumowanie obecnego kształtu rynku cRPG
w wykonaniu Miracle of Sound, do tekstu Nathana Longa
(cover "Money for Nothing" by Dire Straits)
I tu przechodzimy do naszych baranów, tj. do gry pt. Knights of Pen and Paper +1 Edition (dev. Behold Studios, pub. Paradox Interactive, 2013). Nie dysponując ww. gigantycznym budżetem twórcy postawili na pomysł. A pomysł ten jest zaiste przewrotny: oto gracz ma za zadanie poprowadzić drużynę... graczy w RPG. Rozrywających dość bardzo sztampowy scenariusz ratowania świata. I to naprawdę działa (jeśli spełnione są pewne warunki).
Tytuł jest ewidentnie adresowany do miłośników gatunku, weteranów RPG zarówno w odmianie table top (zwanej również pen and paper), jak i w wersji komputerowej. Jego największą siłą - ale też największą słabością - jest kreatywne granie z konwencją, zabawa kliszami i tropami, odniesieniami i nawiązaniami. Jest to zabieg o tyle ryzykowny (i stąd wynika ww. słabość), że odbiorca nie obeznany z gatunkiem i nie posiadający właściwego "kontekstu kulturowego" najzwyczajniej nie zrozumie wszystkich żartów i prędzej czy później znudzi się samą grą.
Drużyna w trakcie walki - najczęstszy widok w trakcie gry
Naszych bohaterów obserwujemy właśnie w taki sposób - zza pleców graczy, siedzących przy stole, na wprost GMa, w ślicznie rozpikselowanej oprawie graficznej, przypominającej stare cRPGi z czasów 8- i 16-bitowych komputerów/konsol. Za plecami GMa rozgrywa się "właściwa" gra - zmienia się sceneria, pojawiają się NPCe, z którymi można "porozmawiać" (nie mamy wpływu na to, co powiedzą gracze...), potwory (moby) do ubicia itp. Różne nakrycia głowy graczy odpowiadają profesjom ich postaci. Początkowo mamy dostęp tylko do kilku (wojownik, paladyn, rzezimieszek, druid, kleryk, mag), ale w ramach postępów w rozgrywce odblokowują się nowe (m.in. bard, barbarzyńca i rycerz). Liczebność drużyny też ustalamy sami, wybierając graczy o różnych "zdolnościach" (np. Młodszy Brat z ADHD ma +5 do rzutów na inicjatywę, Paris, urocza dziewczyna, ma zniżkę 50% u kowala, a Dostawca Pizzy kosztuje 50% złota potrzebnego do rekrutacji). W trakcie gry graczy można wymieniać, zostawiając starych w karczmach i rekrutując nowych.
A właśnie, złoto. Gra powstała pierwotnie dla urządzeń mobilnych (platformy Android, iOS) i wspiera mikrotransakcje (zakup samego złota za żywą gotówkę). Od razu zaznaczam, że nie jest to wymóg, a jedynie opcja. Z której jak na razie nie skorzystałem i nie zanosi się, żebym skorzystał. Złoto dostaje się w ramach nagrody za stoczone walki i wykonane questy - i zawsze istnieje możliwość stoczenia walki w danej lokacji, żeby podreperować trochę budżet. A zastosowania dla złota są wielorakie. Po pierwsze - potrzebne jest właśnie do rekrutowania trzeciego i kolejnych graczy. Po drugie - potrzebne jest do podróżowania między obszarami gry. Po trzecie - potrzebne jest do zakupów uzbrojenia dla postaci. Po czwarte w końcu - pozwala na modyfikowanie samej gry. Serio: w sklepie można kupić m.in. inny rodzaj stołu, wyposażenie pokoju gry czy... nowego mistrza gry. Każdy z tych zakupów ma swoje konkretne konsekwencje dla rozgrywki (dwa podstawowe, najtańsze, itemki ze sklepu pozwalają toczyć walkę z większą liczbą potworów na raz i zarekrutować piątego członka drużyny).
Kreacja przykładowych postaci
Jako się rzekło wyżej - nasi "gracze" mogą należeć do różnych profesji. Każda ma zestaw 4 zdolności (pasywnych lub aktywnych), rozwijanych w ramach zdobywania nowych poziomów doświadczenia. Np. rzezimieszek zatruwa własną broń, przez co zadaje ona więcej obrażeń, a druid ma czar regeneracji, który przez kilka tur przywraca potraktowanemu nim graczowi kilka hp/turę. Ponieważ fabuła rozgrywanego scenariusza jest klasycznie "staroszkolna" - wszystkie zdolności dotyczą walki (toczona w turach, z indywidualną inicjatywą dla każdego uczestnika i jedną akcją na turę).
Fabuła... Jako się rzekło - jest klasycznie i do bólu sztampowa (co samo w sobie stanowi element gry z konwencją). Drużyna zaczyna przygodę w lochu (z amnezją) i po ucieczce z niego trafia do Defaultowej Wioski (serio, ona się tak nazywa!), gdzie może wykonać pierwszy quest, polegający na... ubiciu szczurów w piwnicy. NPCe zlecający questy (mamy wybór, każde zadanie ma swój poziom trudności i teoretycznie własną fabułę... ale wszystkie sprowadzają się do ubicia pewnej liczby potworów) noszą tak urocze imiona jak "Elder", "Old Woman", "Villager", "Other Villager", "Old Woman's Dead Brother", "Mill Burray" (który jest pogromcą duchów egzorcystą...) a nawet "?". Lokacje na mapie nazywają się m.in. "Den of Devil", "Dark Forest", "Sands of Time Desert" (nie stwierdzono obecności Księcia Persji...), "Instant Death Cave", "Maya Me Beach" czy "Wizards of the East Coast". Na mapie znajdują się także lochy - specjalne lokacje rządzące się trochę odmiennymi prawami, ale zapewniające także lepszy łup.
Skoro praktycznie cała fabuła sprowadza się do mozolnego momentami klepania mobków - skąd bierze się urok tej gry, spytacie? Otóż diabeł tkwi w tym, czego siłą rzeczy nie mogę oddać w ramach tego krótkiego opisu. W komentarzach postaci, czasami przekomarzających się z NPCami lub GMem, w dialogach (ich absurdalności lub panoszących się w nich nawiązaniach do innych tytułów), w sarkastycznych opisach GMa, w sytuacjach z zakresu meta-gry (parsknąłem gromkim śmiechem kiedy jeden z mobków potraktował piorunami nie tylko graczy, ale także samego GMa). Humor jest naprawdę wielką siłą tego tytułu - ale jest to humor specyficzny, zrozumiały przede wszystkim (a czasem - wyłącznie) dla wtajemniczonych. Nie mogę zatem polecić KoP&P+1E każdemu bez wyjątku, ale jeśli znacie i lubicie RPGi - ten tytuł jest dla was, moi Szanowni P.T. Czytelnicy.
Na koniec kilka słów o technikaliach. Gra jest dostępna na urządzenia mobilne (via Google Play i App Store) oraz PC (via Steam). Poza edycją podstawową można nabyć jeszcze Deluxier Edition (dodatkowy gracz, nowy obszar gry, DLC Haunted Fall). Sequel dostępny jest już na platformy mobilne - lada chwila (30.11.2015) powinien się także ukazać na Steamie.
W odróżnienia od innego znanego Marsjanina, nazwiskiem Valentine Michael Smith, nie wychował się na Marsie, ale wylądował na nim razem z resztą członków trzeciej załogowej wyprawy na Czerwoną Planetę. Misja Ares 3 została przerwana po 6 marsjańskich dniach z powodu nadspodziewanie silnej burzy piaskowej. Na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Watney pozostał na powierzchni, uznany przez resztę ekipy za zmarłego. Bez środków łączności z Ziemią. Z zapasem paczkowanej żywności na kilkaset dni. A misja Ares 4 ma przybyć na Marsa dopiero za kilka lat, docelowo lądując 3200 km od miejsca lądowania Aresa 3. Oh, crap.
Okładka polskiego wydania
Powieść Andy'ego Weira Marsjanin (The Martian, wyd. Akurat, Warszawa 2014) jest jego debiutem (w dodatku pierwotnie wydanym jako self-published). Bardzo dobrym debiutem, dodajmy. Gatunkowo stanowi - niezbyt częsty ostatnio - przykład "twardego" science fiction (tj. opartego na solidnych podstawach naukowych), osadzonego w niezbyt odległej przyszłości. A napisana jest lekko, z przymrużeniem oka i sporą dawką ciętego dowcipu. Mark Watney (pierwszoosobowy narrator, którego poczynania śledzimy przez zapisy z dziennika misji) prezentuje lekko paradoksalne połączenie niewzruszonego optymizmu i wisielczego poczucia humoru. I ma niewyobrażalne zasoby pomysłowości. Taka XXI w. wersja bohaterów Tajemniczej Wyspy J. Verne'a, skondensowana w jednym ciele. Owszem, zarzuty o bycie Martym Stu będą trudne do odparcia, ale Mark jest przynajmniej sympatyczny.
Całość jest praktycznie gotowym scenariuszem hollywoodzkiego blockbustera - nic więc dziwnego, że takowy powstaje. Premiera jesienią bieżącego roku. Pewne obawy (Szanowni P.T. Czytelnicy raczą pozwolić na to niedomówienie...) rodzi fakt, że za kamerą stoi specjalista od spieprzenia absolutnie wszystkiego, Ridley Scott (od dawna nie nakręcił nic, co choćby nadawałoby się do oglądania), ale jest szansa, że tym razem spieprzy niewiele (a obsada i scenariusz pozwolą uratować film). Troll czeka na film, jednocześnie polecając Szanownym P.T. Czytelnikom zapoznanie się z książką.
Uwaga: trailer filmu zawiera straszliwe spoilery, jeśli chodzi o treść książki. Lojalnie ostrzegam. Przy okazji: Hollywood to dupki.
A Stranger in the Strange Land Roberta A. Heinleina też możecie przeczytać w wolnej chwili.
Niewiele było w historii nazwisk budzących tak wielką odrazę jak Borgiów. Współcześni i potomni uczynili z nich potworów zdolnych do wszelkich oszustw i łotrostw. Wylano na nich rzekę nie tyle atramentu, co żółci.
Roberto Gervaso
Rodrigo Borgia (1431-1503), dzięki gigantycznemu przekupstwu obrany papieżem jako Aleksander VI (pontyfikat 1492-1503; daty przy imionach pontyfikalnych papieży - jeśli nie zaznaczę inaczej - będą dotyczyły okresu pontyfikatu), cudzołożnik, kazirodca, truciciel, morderca, ojciec stada kazirodczych bękartów, morderczych potworów: Cezara, Juana, Lukrecji, itd.. Tak wygląda popularny obraz, ukształtowany głównie nie przez historyków (choć przy ich aktywnym współudziale), a przez płodzicieli fikcji - pisarzy beletrystów, scenarzystów, autorów seriali, filmów i komiksów. Rzeczywistość - w odróżnieniu od fikcji - jak to zwykle bywa, jest o wiele bardziej skomplikowana.
Popularny obraz rodziny Borgiów.
Brakuje tylko ociekających krwią sztyletów i kielicha z trucizną.
Faktem jest, że Borgia jest w powszechnym mniemaniu uznany za najgorszego papieża, ever. Kandydatów do tego tytułu jest jednak wielu, a niektórzy mogą wykazać się szeregiem przewin gorszych, niż te przypisywane Aleksandrowi VI.
Historia pamięta wyczyny Stefana VI (896-897) i zwołany przez niego synod trupi, na którym osądził zwłoki (specjalnie w tym celu wydobyte z grobu, odziane w szaty pontyfikalne i posadzone na tronie) swojego wroga i poprzednika na piotrowym tronie, Formozusa (891-896). Truchłu byłego papieża obcięto palce, którymi udzielał błogosławieństw, po czym ciśnięto je do Tybru.
Historia pamięta też okres pornokracji (pierwsza połowa X w.), kiedy to "damy" z rzymskiego rodu Tusculum - Teodora i jej córka Marozja - wedle własnego upodobania osadzały na tronie kolejnych papieży. O co najmniej jednym (Sergiusz III, 904-911) mówi się, że był kochankiem Marozji, co najmniej jednego z nich (Jan X, 914–928) miała zamordować, a jednego z nich (Jan XI, 931–935) niektórzy historycy uznają za syna jej i ww. Sergiusza III. A okres ten wieńczy dwukrotny pontyfikat Jana XII (955-963 i ponownie w 964), również z rodu Tusculum, wybranego w wieku lat 18, który - wedle przekazów - miał zwyczaj odprawiać msze w stajni, zgodnie z wyrokiem synodu, który zdjął go z tronu (Rzym, 963), winny był zdrady, morderstwa oraz nieobyczajności i podobno zginął z ręki męża swojej kochanki (wedle innej wersji: zmarł na udar durante coitum).
Historia pamięta także Baltazara Cossę (ok. 1360 lub 1370-1419), którego sobór w Pizie raczył wybrać papieżem jako Jana XXIII (1410-1415), a którego sobór w Konstancji (1415) uznał antypapieżem i złożył z urzędu za cudzołóstwo, symonię i krzywoprzysięstwo (a według Gibbona - także za piractwo, morderstwa, gwałty i kazirodztwo). Co wcale nie przeszkodziło mu zostać później legatem papieskim i kardynałem.
Historia pamięta w końcu następców Borgii - Giuliano della Rovere (Julian II, 1503-1513), który więcej czasu spędził w polu, w zbroi i z bronią w ręku, niż na piotrowym tronie i Giovanniego di Lorenzo de' Medici (Leon X, 1513-1521), który praktycznie zbankrutował papiestwo i w celu pozyskania pieniędzy musiał uciec się do symonii i sprzedaży odpustów na taką skalę, że wywołał wystąpienie Lutra (1517). To Leonowi, nie Borgii, przypisuje się ową uroczą frazę: "Bóg dał nam papiestwo, korzystajmy więc z niego".
Dlaczego więc akurat Aleksander VI ma tak parszywą opinię? Jak powszechnie wiadomo - historię piszą zwycięzcy. Natomiast Rodrigo i Cezar Borgia mieli naprawdę wielu wrogów i w ostatecznym rozrachunku przegrali. Zarówno za życia (Cezar, Rodrigo do - przedwczesnego - końca mógł się uważać za wygranego), jak i - zwłaszcza - po śmierci.
Należy przypomnieć, że renesansowa Italia była gniazdem żmij. Lokalny ekosystem stanowili liczni drobni książęta siedzący na swoich dziedzinach, miasta-republiki (z Wenecją na czele) i dwa większe organizmy państwowe: Królestwo Neapolu i Ojcowizna Świętego Piotra - Państwo Kościelne. Praktycznie wszyscy stale toczyli ze sobą mniejsze lub większe wojny. Każdy, kto wówczas aspirował do bycia historykiem - a w rzeczywistości bliżej mu było do kronikarza/dziejopisa - żeby wyżyć, musiał uciekać się do mecenatu jednego z lokalnych (lub ościennych) władców. Co za tym idzie, jego zapiski musiały odpowiadać życzeniom patrona i były odzwierciedleniem jego (patrona) poglądów. Jeśli weźmie się pod uwagę, jak wielu z owych patronów było osobistymi wrogami Borgiów (z różnych tytułów) - nie powinien dziwić stosunek ówczesnych dziejopisów do papieża i skłonność do przypisywania jemu i jego potomstwu wszelkich możliwych łotrostw czy uznawania za pewnik każdej, najbardziej choćby nieprawdopodobnej pogłoski o popełnionej przez nich zbrodni. Publicyści stojący po stronie reformacji też dołożyli swoje (choć to Leon X ostatecznie sprowokował Lutra, a okres wielkiej schizmy zachodniej - Husa). Żeby nie było wątpliwości - byli i tacy, którzy uznawali Borgiów za wzór do naśladowania (że wspomnę tylko Niccolo Machiavellego, którego "Książę" stanowi pochwałę polityki i osoby Cezara Borgii), ale byli oni w zdecydowanej mniejszości i opozycji do opinii publicznej.
W największym zaś stopniu do ukształtowania popularnego obrazu Borgiów przyczynili się autorzy i twórcy kultury - zwłaszcza popularnej. Paszkwile oparte na zmyśleniach przeciwników politycznych Borgiów popełnili m.in. Mario Puzo (Rodzina Borgiów, 2001) i tandem Alejandro Jodorowsky & Milo Manara (Borgia, 2004-2010). W dużej mierze na bredniach oparty jest scenariusz serialu The Borgias (Showtime, 2011-2013, anulowany po 3 sezonie). Scenariusz The Conclave (2006) oparty jest na domniemanych (ale nie potwierdzonych w źródłach) machinacjach Rodriga przy okazji elekcji Eneasza Silvio Piccolominiego (Pius II, 1458-1464). Troll nie kojarzy żadnego dzieła kultury popularnej, które przedstawiałoby Borgiów inaczej niż jako skorumpowanych łajdaków zdolnych do najgorszych zbrodni.
Pomijając przypisanie śmierci Juana Cezarowi (nie jest to pewne)
- całkiem dokładny portret familii
A jak było naprawdę? Troll nie jest historykiem, nie prowadził badań naukowych, musi zawierzyć innym. Opieram się przede wszystkim na książce Borgiowie autorstwa Roberto Gervaso (wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988). O wyborze tego źródła przesądził fakt, że autor prezentuje dla udokumentowania opisywanych wydarzeń - w sposób maksymalnie obiektywny - liczne, często wzajemnie sobie przeczące (z przyczyn opisanych powyżej) świadectwa z epoki oraz opinie historyków (zarówno tych mniej, jak i tych bardziej obiektywnych).
Fakty wyglądają następująco: Rodrigo Borgia nominację kardynalską zawdzięczał nepotyzmowi wuja, papieża Kaliksta III (1455-1458). Jemu także zawdzięczał mianowanie na urząd wicekanclerski, najwyższe stanowisko w Kurii Rzymskiej. Oraz liczne beneficja, prebendy, nadania itp. Na urzędzie wicekanclerza pozostawał także podczas czterech następnych pontyfikatów: wspomnianego Piusa II, Pawła II (1464-1471), Sykstusa IV (1471-1484) i Innocentego VIII (1484-1492). Niewątpliwie musiał być świetnym organizatorem i administratorem - nie wydaje się bowiem możliwe, aby zdołał zwyczajnie przekupić aż tylu kolejnych papieży, którzy dysponowali zastępem krewnych i znajomych żądnych zaszczytów, nadań i stanowisk (zwłaszcza Pius II, który miał liczne nieślubne dzieci, a nepotyzm w kurii podniósł do rangi sztuki). Wyniesienie na tron piotrowy zapewne opłacił gigantyczną łapówką dla głosujących na konklawe, co było w ówczesnym zwyczaju. Miał liczne dzieci - w tym najbardziej znanych: Juana, Cezara, Lukrecję, Joffrego i Pedro Luisa z Vanozzą (Giovanozzą) Catanei. Jego druga znana z nazwiska kochanka - Giulia Farnese - urodziła mu córkę, Laurę. Miał nienasyconą ambicję i szeroko zakrojone plany, które realizował bezwzględnie, wykorzystując własne dzieci jako narzędzia. Był zręcznym dyplomatą i zdolnym władcą "ziemskiego" Kościoła (manewry wokół sukcesji neapolitańskej, ostatecznie zakończone podziałem Królestwa Neapolu między Hiszpanię i Francję, traktat w Tordesillas (1494), rozwiązujący spór o podział Nowego Świata między Hiszpanię i Portugalię). I całkowicie zignorował rak symonii i korupcji, toczący tenże Kościół od wieków (jak zresztą wszyscy papieże, póki nie zmusił ich do tego ruch reformacyjny). Przy czym nie był władcą absolutnym, zdolnym obalać monarchów, jak Grzegorz VII - sam musiał poddać się dyktatowi króla Francji, a jego klątwa na Savonarolę miała tylko taki skutek, że mnich w odpowiedzi wyklął papieża. Upadek Savonaroli wywołały dyktatorskie zapędy tegoż i konflikt ze świeckimi włodarzami Florencji, a nie żądania papieża.
W tym miejscu zazwyczaj fakty zaczynają rozjeżdżać się z popularnym obrazem. Wbrew insynuacjom Puzo i Jodorowsky'ego - Lukrecja (1480-1519) nie była kochanką ani Rodriga, ani Cezara. Była natomiast bezwolnym narzędziem w rękach obu. Na żądanie ojca zawierała małżeństwa, na jego żądanie się rozwiodła (z pierwszym mężem, Giovannim Sforzą). Jej drugiego małżonka - Alfonsa Aragońskiego, królewicza Neapolu - prawdopodobnie zamordowano na polecenie Cezara. Z trzecim mężem - Alfonsem d'Este, księciem Ferrary - dożyła śmierci (w połogu, urodziwszy mu ośmioro dzieci) i w opinii współczesnych zmarła in odore sanctitatis. Uczynienie z niej morderczyni, kazirodczyni i trucicielki to bzdura i paszkwil (zapewne inspirowany oskarżeniami jej pierwszego męża, który nigdy nie pogodził się z wymuszonym rozwodem i związaną z nim utratą pozycji i znaczenia; przy okazji podawano w wątpliwość jego męskość i zdolność do płodzenia dzieci).
Nieco więcej zgodności z prawdą ma popularny wizerunek Cezara Borgii (1475-1507). Po ojcu odziedziczył nieznoszący sprzeciwu charakter, zamiłowanie do rozpusty (nabawił się syfilisu, który zniekształcił mu ręce i twarz) i niepohamowaną ambicję. Przeznaczony początkowo przez ojca do stanu duchownego (został m.in. mianowany biskupem w wieku 16 lat i kardynałem w 1493 r., w wieku 18 lat), po śmierci starszego brata Juana (1497, ew. udział Cezara jest niejasny i niepewny, choć ówcześni twierdzili że był jej winny lub wręcz sam dokonał zabójstwa) uzyskał zgodę na powrót do stanu świeckiego (1498, jednocześnie król Francji nadał mu księstwo Valence, w formie zitalianizowanej - Valentino). Został kapitanem generalnym (dowódcą wojsk) Kościoła (to stanowisko wcześniej piastował Juan). Ambicją ojca i syna było wykrojenie sobie z Italii (głównie z ziem Państwa Kościelnego) udzielnego, dziedzicznego księstwa (stąd mianowanie Cezara księciem Romanii, stąd kampania wojenna mająca na celu podporządkowanie Borgiom Piombino, Imoli, Forli, Sieny, księstwa Urbino itd.). Karierę przerwała Cezarowi śmierć ojca, po której postawił na złego konia (Pius III, 1503, zmarł po zaledwie 26 dniach pontyfikatu). Julian II, osobisty wróg Borgiów, kazał Cezara aresztować, mimo pozornego pojednania dokonanego przed wyborem della Rovere na papieża. Książę Valentino zginął w bitwie pod Vianą, zabity przez żołnierzy hrabiego de Lerin. Pozostawił legalną córkę i stadko bękartów.
Sam Aleksander VI zmarł po krótkiej chorobie (febra?), wg swojego osobistego lekarza - na skutek ataku apopleksji. Oczywiście nie obyło się bez stanowczo zbyt naciąganej wersji zdarzeń, wedle której otruł się (wraz z Cezarem, który wówczas również zachorował) omyłkowo winem, które obaj spreparowali dla kogoś innego. Nie ma żadnych dowodów na poparcie tej tezy, co oczywiście nie przeszkodziło paszkwilantom.
Podejrzewam, że najważniejszą przyczyną fatalnej opinii Borgiów był odniesiony przez nich sukces (przynajmniej póki żył Rodrigo - wszystko wyglądało na to, że będzie to sukces trwały). Odwet wrogów Borgiów, który nastąpił po ich upadku, a który był szczególnie drastyczny - jak zawsze, kiedy chodzi o odwet na wrogu, który odnosił sukcesy - zbiegł się w czasie z upowszechnieniem druku przez Gutenberga (co umożliwiło masową produkcję kalumni) i Reformacją (która skorzystała z tychże kalumni dla własnych celów). Aleksander VI ani nie był największym nepotystą, ani nie trwonił największych sum, ani nawet nie był najbardziej rozwiązłym z papieży. Był natomiast najmniejszym hipokrytą wśród tych najgorszych - wszystko czynił jawnie i publicznie, nie nazywając swych synów "bratankami" (jak wielu przed nim), otwarcie wspierając rodzinę. I tej ostentacji reszta tej bandy hipokrytów - możnych ówczesnego świata - nie mogła mu darować.
SCENA PIERWSZA W małym lasku spotykamy dwa duże smoki
"Pewnego ranka smok Antoni obudził się o dziesiątej, leżał pod dębem i ziewał. Za każdym ziewnięciem sto dwadzieścia trzy liście spadały z drzew. Smok próbował liczyć spadające liście. Ale potrafił liczyć tylko do osiemnastu, wkrótce mu się to znudziło, więc wstał i poszedł na spracer. Po jakimś czasie usłyszał głośne dudnienie, a z drzew posypał się prawdziwy huragan liści.
Kto tak mocno tupie? - pomyślał smok Antoni. Mama zawsze mi mówiła, że w lesie należy zachować ciszę.
Ledwie to pomyślał, gdy spośród drzew wyłonił się drugi smok. Był większy od Antoniego i mocno kulał.
- A! - powiedział Antoni.
- O! - odezwał się drugi smok."
Tak zaczyna się jedna z najśmieszniejszych książek trollowego dzieciństwa. Kulejący przybysz nazywał się Wincenty Smok, a kulał, bo biodro przetrącił mu 208 lat temu pewien niewychowany młody rycerz. Na kartoflisku. Wołali na niego Jerzy. Znaczy, na rycerza, nie na kartoflisko. Niedługo potem do obu smoków dołączył trzeci, Smok Zygmunta, wirtuoz saksofonu i koneser smoczej muzyki. Na przestrzeni 15 scen poznajemy także inne smoki: Nowego Średniego (jest za młody, żeby mieć własne imię) i Zdzisława oraz Tortowego Smoka Urodzinowego. Wprawdzie to wciąż za mało, żeby zagrać w smoczą piłkę, ale do licznych zabawnych przygód - w sam raz.
Na przykład w scenie czwartej dowiadujemy się, że smok to nie ptak.
"- Słabo dzisiaj wieje - zachrypiał Smok Zygmunta.
- Wieje tak jak potrafi, czego się czepiasz? - warknął Wincenty Smok.
Smok Antoni bał się najbardziej, więc postanowił mieć to już za sobą, jak najprędzej.
- Odsuńcie się - wyszeptał grobowym głosem. Smoki się odsunęły, a Antoni cofnął się trochę, żeby mieć większy rozbieg i zaczął biec w stronę urwiska, szybko przebierając łapami. Trochę przeszkadzał mu tłusty brzuch. Już, już miał skakać, gdy Wincenty Smok krzyknął:
- Ogon!!!
Antoni w ostatniej chwili wyhamował, ryjąc piętami w piasek.
- Co "ogon"?!!! - ryknął.
- Rozcapierz ogon, to będziesz lepiej sterował - powiedział spokojnie Wincenty.
- Twoja głupota jest większa niż to urwisko! Masz być cicho i tyle, ty truflo!! - ryknął Antoni i skoczył.
Przez chwilę zawisł w powietrzu, spojrzał w dół, zamachał wszystkimi łapami, puścił nosem trochę dymu z ogniem i zaczął spadać.
- Ty, on leci - stwierdził z zainteresowaniem Smok Zygmunta.
- Ale pionowo - zauważył ponuro Wincenty.
W tym samym momencie Antoni rąbnął z hukiem o ziemię, wznosząc tumany kurzu. Potem rozcapierzył ogon i legł bez ruchu."
"- Co on robi? - chrypnął Smok Zygmunta.
- Leży.
- Co ty robisz? - zawołał Smok Zygmunta do Antoniego.
- Leżę - odparł Antoni krztusząc się piachem.
- Miałeś latać - obraził się Wincenty."
Oprócz smoków na kartach opowieści pojawiają się liczne barwne postacie: Żaba, Makrauchenia, Krokodyl, Łysy Pies i Fioletowy Kocur oraz liczne motyle z Rysiem Kapustnikiem na czele. Nasi bohaterowie dowiadują się m.in. dlaczego nasze urodziny były niepełne, o tym, co może się wydarzyć podczas prania, o prawdziwej historii Smoka Wawelskiego i o rozwiązywaniu bardzo ważnych problemów za pomocą nauszników z owczej wełny.
Historia spisana przez Beatę Krupską i zilustrowana przez Jacka Rupińskiego (istnieje także nowsze wydanie, z ilustracjami Zbigniewa Larwy, ale troll ma sentyment do pierwszego wydania i tamtych rysunków) bawiła trolla do łez. Powinna rozbawić też Was, Szanowni P.T. Czytelnicy. A już z pewnością Wasze pociechy.
Beata Krupska, Sceny z życia smoków (ilustrował Jacek Rupiński, wyd. Wydawnictwa Radia i Telewizji, Warszawa 1987).
Wszystkie linki prowadzące do sklepu Steam mają charakter wyłącznie informacyjny - nie sprzedaję gier, a w szczególności - nie jestem partnerem Steama. Oferowane gry pochodzą z różnych wyprzedaży itp. Jeżeli mam do zaoferowania więcej niż 1 klucz - zostało to wyraźnie zaznaczone.
Krok 2: Poinformuj trolla
Zamieść komentarz pod tą notką lub pod odpowiadającym jej wpisem na Facebookowym fanpejdżu. Z uwagi na chęć zachowania pełnej przejrzystości akcji - będę realizował wyłącznie zgłoszenia przekazane w jeden z tych sposobów. Komentarz winien zawierać nazwę gry (gier) i preferowany sposób kontaktu. Jeśli chcesz żebym skontaktował się mailowo - podaj adres email. Jeśli wolisz kontakt via Steam - dodaj mnie do listy znajomych. Jeśli wolisz kontakt via Facebook - zaznacz to w komentarzu na FB. Jeżeli więcej niż jedna osoba zgłosi się po dany klucz - decyduje kolejność zgłoszeń (wg czasu publikacji komentarza).
Krok 3: Poczekaj aż troll się odezwie
Postaram się możliwie szybko zrealizować zamówienie. Otrzymasz ode mnie (za pośrednictwem wybranej w Kroku 2 metody kontaktu) albo konkretny klucz do aktywacji na Steamie/Originie, albo link do gifta na stronie Humble Bundle. W przypadku giftów z HB - postępuj uważnie i zgodnie z otrzymaną instrukcją. Nie będę miał możliwości ponownego wygenerowania kluczy/linków do giftów. Wybieraj rozważnie.
Dołożyłem starań, żeby upewnić się, że wszystkie klucze są dostępne, jednakże nie mam absolutnej 100% pewności (szczególnie w przypadku starszych pozycji).
Krok 4 (OPCJONALNY): Przekaż dotację na renowację Mostu
Wszystkie klucze oferowane są za darmo, bez żadnych warunków dodatkowych. Jeżeli jednak odczujesz nieodpartą chęć odwdzięczenia się - skorzystaj z zamieszczonego na końcu niniejszej notki przycisku do przekazania dotacji (via PayPal). Sam zdecyduj jaką kwotę (w PLN) przekażesz. Całkowita kwota dotacji zostanie wykorzystana na prezent dla trolla: książkę, film lub grę. Niniejszym troll deklaruje, że zrecenzuje zakup w jubileuszowej notce o numerze 100. Jeżeli zakupów będzie więcej - troll zastrzega sobie prawo do zrecenzowania tylko jednego z nich (ale o innych poinformuje).
Żadne dane donatorów (w tym: wysokość poszczególnych wpłat) nie zostaną podane do publicznej wiadomości. Przycisk dotacji pozostanie w niniejszej notce aż do czasu zakończenia akcji rozdawania kluczy (aż rozdam wszystko). Skorzystanie z przycisku dotacji jest całkowicie dobrowolne.
Za wszystkie ewentualne dotacje troll z góry dziękuje.
Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że jeszcze nie zanudziłem Szanownych P.T. Czytelników na śmierć swoimi wywodami na temat filmów animowanych. Pozwolę sobie także mieć nadzieję, że Szanowni P.T. Czytelnicy wybaczą mi jeszcze jedną notkę na ten temat.
Record of Lodoss War (jap. ロードス島戦記, romaji: Rōdosu-tō Senki) to dzieło wręcz klasyczne. W tym roku mija 25 lat od premiery serii OVA i jakieś 15 lat odkąd troll widział ją po raz pierwszy. Całkiem niedawno zdecydowałem się przypomnieć sobie ten tytuł i z zadowoleniem stwierdzam, że nadal ma moc.
Sherry - Adesso e Fortuna ~Honoo to Eien~
utwór otwierający serię (w całości)
Wszystko zaczęło się od serii zapisów z sesji rozgrywanych w systemie Dungeons & Dragons, które od 1986 r. ukazywały się w odcinkach w magazynie Comptiq. Od 1988 r. Ryo Mizuno (który był Dungeon Masterem/Mistrzem Gry w trakcie sesji) zaczął adaptować zapisy z sesji w formie powieści (8 tomów serii Record of Lodoss War i dwa zbiory opowiadań ukazały się w latach 1989-1995 nakładem wydawnictwa Kadokawa Shoten). Opisywana dziś 13. odcinkowa seria OVA (ukazywała się w latach 1990-1991) jest adaptacją pierwszego tomu powieści (Record of Lodoss War 1: The Grey Witch; odcinki 1-8) oraz luźną adaptacją tomów 3 i 4 (Record of Lodoss War 3/4: The Demon Dragon of Fire Dragon Mountain (Part 1 & Part 2), odcinki 9-13). Nakręcono także 27. odcinkową serię TV (Record of Lodoss War: Chronicles of the Heroic Knight, 1998), będącą wierniejsza adaptacją powieści (od trzeciego do siódmego tomu) oraz kilka innych, powiązanych tytułów (parodie, historie alternatywne). Powieści adaptowano także w formie mangi.
U początków czasu Bóg Ciemności Falaris starł się z Bogiem Światła Falisem. Wyniszczająca bogów i ich sprzymierzeńców wojna trwała tak długo, aż pozostały tylko dwie boginie: Stworzycielka Marfa i Niszczycielka Kardis. Ich ostatnie, rozpaczliwe starcie doprowadziło do wyczerpania mocy obydwu i do oddzielenia kontynentu Lodoss od reszty głównego lądu (Alecrast). Ciało Marfy spoczęło w ziemi Lodoss, podczas gdy Kardis spadła w czeluść pod wyspą Marmo, na południe od Lodoss.
W momencie, w którym rozpoczyna się nasza opowieść, kontynent Lodoss, dotąd politycznie rozbity między liczne miasta-państwa, został praktycznie zjednoczony dzięki dyplomatycznym działaniom króla Fahna, władcy Valis. Pokój kontynentu jednakże jest zagrożony: z wyspy Marmo na główny ląd uderza Imperator Beld z armią fanatycznie mu oddanych ludzi, Mrocznych Elfów, goblinów, koboldów i innych stworów ciemności. Trzydzieści sześć lat wcześniej obaj władcy - wówczas rycerze - Fahn i Beld, wraz z krasnoludem Fleve, kapłanką Neese, mędrcem Wortem i jeszcze jednym towarzyszem, którego imię nie zachowało się w przekazach, ocalili Lodoss przed demonicznym bogiem. Tym razem stają przeciw sobie.
Od lewej: Woodchuck, Ghim, Etoh, Parn, Deedlit, Slayn.
Wobec stwierdzonych podobieństw do Dragonlance - nie przyjmuję zakładów ws. tego, kto zginie.
Krasnolud Ghim na prośbę kapłanki Neese wyrusza na poszukiwanie jej córki, Leylii, która w tajemniczych okolicznościach zaginęła. W trakcie wędrówki trafia do wioski, w której mieszka jego dawny przyjaciel - mag Slayn. W tej samej wiosce mieszka Parn, syn zhańbionego rycerza. Jego przyjaciel z lat dziecięcych, Etoh, właśnie powrócił z klasztoru jako nowicjusz Falisa. Obaj młodzieńcy ratują córkę wójta przed napaścią goblinów, zabijając jednego z napastników. Aby zapobiec odwetowi ruszają do jaskiń goblinów - tylko po to, żeby znaleźć je puste. O tym, że potwory właśnie napadają na wioskę informuje ich Deedlit, Elfka (High Elf, nie będę używał żadnego z polskich tłumaczeń tego terminu, bo wszystkie są mniej lub bardziej durne). Po udanej, choć okupionej ciężkimi stratami, obronie przed goblinami wójt wysyła Parna z wieścią do stolicy. Pozostali decydują się mu towarzyszyć. Po drodze dołącza do nich także złodziej Woodchuck.
Pozwolę sobie przerwać w tym miejscu opisywanie fabuły, zachęcając jednocześnie Szanownych P.T. Czytelników do sięgnięcia po ten tytuł i samodzielnego jej prześledzenia. Wprawdzie główny jej motyw to klasyczny, tolkienowski quest na tle epickiego konfliktu dobra i zła, ale nie oznacza to, że Record of Lodoss War jest tylko prostym powieleniem znanych i lubianych (bądź nie) tematów z repertuaru heroic fantasy. Dość powiedzieć, że nie wszystko jest tak jasne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Dlaczego Beld - który przecież ocalił Lodoss w przeszłości - usiłuje teraz podbić ten ląd? Kim jest Karla, Szara Wiedźma i jaka jest jej rola w tych wydarzeniach? Kto stoi za zaginięciem Leylii? Jaki był powód hańby ojca Parna? Jakie motywy mają poplecznicy Belda - Czarny Rycerz Ashram i nekromanta Wagnard? Niby to tylko 13 odcinków - ale wątków w fabule jest naprawdę sporo, a sami bohaterowie ewoluują. Do tego każdy ma własne motywacje i cele, które kształtują jego postępowanie.
Takhisis
rys. Matt Stawicki, http://www.mattstawicki.com/
Uważni (i znający kanoniczne dla uniwersum D&D powieści) widzowie odnajdą także mnóstwo paraleli pomiędzy Record of Lodoss War, a Dragonlance (szczególnie z Kronikami Smoczej Lancy, autorstwa Margaret Weis i Tracy'ego Hickmana, wydanymi w 1984 r.). Zaczynając od tego, że prapoczątkiem obu były sesje RPG. Ze wspólnych motywów można by wymienić np. smoki, walczące po obu stronach konfliktu (chromatyczne - czarny Narse, czerwony Shooting Star - po złej, metaliczne - złota Mycen - po dobrej), samą Smoczą Lancę (która w Record of Lodoss War pojawia się jako trzy lance poświęcone Myrii, bogini wojny, a służące do niszczenia smoków), motyw powrotu złej bogini (Takhisis/Kardis), motyw poświęcenia Elfa (Laurana/Deedlit) etc. Nie zrozumcie mnie źle - nie czynię z tego faktu zarzutu, wręcz przeciwnie - uważam to za swoiste "puszczenie oka" do czytelników/widzów.
Kilka słów o technikaliach. Mimo swoich 25 lat seria nadal jest ucztą dla oka. Zwłaszcza piękne projekty postaci i szczegółowe tła. Sama animacja miejscami mogłaby być lepsza, ale nie są to uchybienia, które mogłyby popsuć przyjemność z oglądania. Muzyka (głównie kompozycje symfoniczne) jest bardzo dobra, a utwory towarzyszące sekwencjom początkowym i napisom końcowym - miłe dla ucha (tak, wiem, sentymentalne popowe ballady - i co z tego?). Troll poleca.
Sherry - Kaze no Fantasia
utwór towarzyszący napisom końcowym (w całości)
Anegdotka na zakończenie: we wczesnych latach XXI w. troll miał mocno ograniczone dojście do anime. Jednym z dostępnych źródeł były niemieckie telewizje satelitarne, które od czasu do czasu puszczały rożne tytuły - oczywiście z niemieckim dubbingiem. W tej formie troll pierwszy raz obejrzał m.in. Neon Genesis Evangelion i właśnie Record of Lodoss War. Ponieważ niemieckiego troll zna tyle, ile nauczył się oglądając Czterech pancernych i psa oraz Stawkę większą niż życie - równie dobrze mogłem oglądać od razu po japońsku. Czy wspominałem może o tym, że troll w ogóle jest dziwny?
A tytuł posta to oczywiście japońska transliteracja Dungeons & Dragons (ダンジョンズ&ドラゴンズ)w romaji.
Jedna nić RNA. Siedem białek. Czy tak wygląda ostateczny zabójca ludzkości?
Wirus marburg
Grota Kitum znajduje się w masywie góry Elgon, na granicy Kenii i Ugandy, w Parku Narodowym Mount Elgon. Prawdopodobnie została wyżłobiona przez słonie, które od tysiącleci przychodziły tu w poszukiwaniu soli. Zamieszkują ją głównie owoco- i owadożerne nietoperze i tysiące insektów. Od czasu do czasu zjawiają się tam większe stworzenia, po bawoły kafryjskie i lamparty włącznie. Sielanka. Przynajmniej pozornie.
W 1980 r. grotę Kitum odwiedził pewien Francuz, na stałe mieszkający w Afryce. Niedługo potem zmarł w szpitalu w Nairobi. Zdążył jeszcze zakazić swojego lekarza, który cudem przeżył. W 1987 r. grotę Kitum zwiedzał kilkuletni chłopiec. Również on zachorował i zmarł.
U obu ofiar stwierdzono chorobę marburską (gorączka krwotoczna marburg), nazwaną tak od miasta Marburg w Niemczech, gdzie pierwszy raz zidentyfikowano wywołujący ją czynnik - wirus marburg. W 1967 r. u kilku osób, które zajmowały się przywiezionymi z Ugandy koczkodanami, wystąpiły bóle głowy, silna gorączka, wymioty, biegunka, żółtaczka, zapalenie trzustki, a w końcu - po 8-9 dniach od wystąpienia pierwszych objawów - liczne krwotoki i śmierć. Nie udało się opracować szczepionki, nie udało się zastosować skutecznie żadnego leku (możliwe jest wyłącznie leczenie objawowe).
Wirus marburg należy do grupy tzw. filowirusów (wirusów nitkowatych). Nauce w chwili obecnej znani są dwaj przedstawiciele tej grupy: marburg i ebola (nazwa pochodzi od rzeki Ebola w Demokratycznej Republice Konga, gdzie w 1976 r. wystąpił pierwszy opisany w nauce przypadek choroby). Ten ostatni wirus do tej pory wystąpił w trzech odmianach (tzw. szczepy, nazwy nadano od miejsca epidemii): ebola sudan, e. zair (najgroźniejsza, śmiertelność do 90%) i e. reston (niegroźna dla człowieka, rozwinęła się u małp pochodzących z Filipin). W tej chwili trwa epidemia eboli (gorączki krwotocznej ebola) w Afryce Zachodniej, wywołana przez szczep ebola zair (podejrzewano, że jest to nowy szczep, badania wykluczyły tę ewentualność). Prace nad szczepionką trwają.
Wirus ebola zair
Historię dotychczasowych epidemii (szczególnie dokładnie opisano przebieg działań CDC i USAMRIID w trakcie epidemii w Reston, w stanie Wirginia - praktycznie na przedmieściach Waszyngtonu...) i poszukiwań rezerwuaru eboli i marburga (tj. naturalnego źródła i żywiciela wirusów) troll przeczytał w książce Richarda Prestona Strefa skażenia (The Hot Zone, wyd. polskie: Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków, 2015, tłum. Jerzy Kuryłowicz). Przyznaję, że jest to lektura ...co najmniej niepokojąca. Opisy objawów obu chorób są szczególnie drastyczne. Także tempo, w jakim postępuje wyniszczenie zainfekowanego organizmu, budzi przerażenie. A najbardziej niepokojące jest, że wciąż nie udało się znaleźć ani szczepionki (podobno osiągnięto pewne sukcesy, jeśli chodzi o szczepionkę dla małp), ani nawet pierwotnego źródła tych chorób. Naukowcy, z którymi rozmawiał autor, spekulują, że może być nim jeden z organizmów zamieszkujących grotę Kitum, ale fakt, że niemal identyczny wirus przybył razem z małpami do Reston z Filipin każe podejrzewać, że źródeł może być więcej.
W opinii trolla epidemia z Reston - najlepiej opisana - budzi największe obawy na przyszłość. Wystarczyła niewielka mutacja wirusa, żeby zaczął on przenosić się drogą powietrzną. Na szczęście ta sama mutacja spowodowała, że przestał być on groźny dla ludzi (nadal zakażał ludzi, ale nie powodował u nich wystąpienia choroby - jednocześnie nadal powodował niemal 100% śmiertelność u zarażonych małp). Ale co jeśli następna mutacja zmieniająca sposób przenoszenia wirusa będzie wciąż śmiertelna dla człowieka? Mając na uwadze rozmiary aktualnej epidemii w Afryce Zachodniej nie można wykluczyć, że taka mutacja nastąpi.
I jeszcze jedno pytanie. HIV, marburg i ebola przybyły z centralnej Afryki w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat. Kiedy pojawi się następny wirus-potwór? I czy też przybędzie z okolic groty Kitum?
The following is a non-profit fan based parody. Troll spod mostu is owned by Trollowy Most Entertainment. Please support the official release.
Serio.
Disclaimer: Szanowny P.T. Czytelniku! Jeśli Twoje delikatne uczucia mogą zostać obrażone przez żarty z: kobiet, mężczyzn, dzieci, starców, matek, ojców, wampirów, fikcyjnych wampirów, fikcyjnych potworów, religii, Kościoła Katolickiego, Kościoła Anglikańskiego, papieża, Jezusa, królowej, Anglików, Amerykanów, Francuzów, Niemców, Irlandczyków, Włochów, Japończyków, Żydów, żydów, nazistów, Holocaustu, białych, czarnych, Latynosów, feministek, arystokratów, gier komputerowych, bojowników o sprawiedliwość społeczną (SJW), kucyków, Nicolasa Cage'a, Chevy Chase'a, Ricka Astleya, życia, śmierci, morderstwa, strzelanin w szkołach, seksu, masturbacji, mikcji, defekacji, narkotyków, alkoholu, gwałtu, pedofilii, zoofilii, czołgów, wojny, pacyfizmu, efektu 3D i/lub Twojej ulubionej serii anime - zaprzestań czytania niniejszej notki. Ditto, jeśli masz problem z wulgaryzmami. Żeby potem nie było, że nie ostrzegałem.
...mam nadzieję, że ktoś ten wpis jeszcze czyta.
Po dłuższej nieobecności, spowodowanej sprawami natury osobistej, troll powraca z kolejnym wpisem o japońskiej kulturze wizualnej. Na początek kilka definicji.
Fandub - czyli dubbing fanowski; działalność twórcza, polegająca na dogrywaniu nowego dubbingu do już istniejącego materiału video. Zazwyczaj w celu stworzenia parodii istniejącego materiału. W zależności od umiejętności i jakości sprzętu osoby/grupy nagrywającej - mniej lub bardziej udana. Fandub znajduje się w prawnej szarej strefie: z jednej strony parodia jako forma opracowania istniejącego dzieła jest odrębnym utworem i jako taka podlega ochronie przez prawo autorskie, z drugiej strony sposób jej dokonania (przez wykorzystanie niezmodyfikowanych treści wizualnych pochodzących z cudzego utworu) może budzić obawy przed naruszeniem cudzych praw autorskich. Stąd intra w formie legalspeak, jak to użyte wyżej.
Nie należy mylić z fansubbingiem - czyli działalnością polegającą na nieoficjalnym tłumaczeniu i rozpowszechnianiu utworów audiowizualnych (lub samych tłumaczeń), które nie zostały (jeszcze) przetłumaczone oficjalnie i skierowane do rozpowszechniania na danym rynku (lub też nie planuje się takiego ruchu). Proceder zazwyczaj dotyczy serii anime, które zostały wydane tylko w Japonii i nie posiadają oficjalnego dystrybutora na zachodzie. Był taki okres, kiedy właściciele praw autorskich ignorowali rynki zachodnie i nieoficjalne tłumaczenia. Okres ten należy już jednak do przeszłości (praktycznie każda nowa anime będzie - prędzej czy później - licencjonowana na rynek zachodni). Nie zmienia to faktu, że fansubbing nadal jest szeroko rozpowszechniony, bo niektórzy po prostu nie lubią czekać, a inni uważają tłumaczenia oficjalne za produkt gorszej jakości. Nie mówiąc już o oficjalnym dubbingu.
Abridging - opracowanie utworu (literackiego lub audiowizualnego), prowadzące do jego skrócenia, przez usunięcie elementów zbędnych z punktu widzenia objętości lub głównego wątku utworu. Proces ten powoduje powstanie "skoncentrowanej" wersji utworu, pozbawionej np. opisów przyrody, niektórych mniej ważnych wątków pobocznych itp. Abridging nie do końca jest streszczaniem utworu, bardziej należałoby go przyrównać do "destylowania" treści. W interesującym trolla dziś zakresie abridging oznacza tworzenie parodii przez fanowski dubbing niektórych partii oryginalnego materiału.
Jak wielokrotnie już zaznaczałem, troll lubi anime. Obejrzałem do tej pory kilkadziesiąt serii i kilkanaście filmów, różnych gatunków, mniej lub bardziej udanych. Mam zwyczaj poszerzania wiedzy na temat tego, co zdarzyło mi się obejrzeć (przez co czasami zapycham pamięć mnóstwem niepotrzebnych nikomu szczegółów) i w ramach przeglądania materiałów w internecie wielokrotnie napotkałem termin abridged, używany w odniesieniu do znanych mi serii. Moje wcześniejsze doświadczenia z abridgingiem były nader mieszane: z jednej strony dotyczyły "skondensowanych" książek od Reader's Digest (ohydna metoda kastrowania oryginału), z drugiej - spektaklu The Complete Works of William Shakespeare (Abridged), który dla odmiany był całkiem niezłą parodią dzieł Shakespeare'a (jak niektórzy Szanowni P.T. Czytelnicy może pamiętają - odnośnik do zapisu spektaklu na YouTube zamieściłem przy okazji trzech spojrzeń na ekranizacje utworów Barda ze Stratfordu). Z tak mieszanymi uczuciami przystąpiłem do oglądania.
Oh, boy.
Mieszane uczucia pozostały. Z jednej strony - szczególnie w przypadku tych lepszych, jak wymieniane dzisiaj, produkcji - trudno nie podziwiać włożonego wysiłku, a czasem wręcz - zaryzykuję to sformułowanie - kunsztu aktorskiego twórców. Z drugiej strony całkowity brak szacunku tych samych twórców dla jakichkolwiek autorytetów, świętości, światopoglądów, moralności itp. sprawia, że nie jest to materiał, który można polecić każdemu. Ostrzeżenie zamieszczone na początku wpisu należy traktować bardzo serio. Z trzeciej strony, ten obrazoburczy, a często wręcz rynsztokowy, humor jest... no cóż - śmieszny. Jak cholera. Przynajmniej dla trolla, który - pamiętajmy! - w ogóle jest dziwny. Podejmę zatem ryzyko i zaprezentuję Szanownym P. T. Czytelnikom trzy moje ulubione serie "... Abridged". Kolejność nieprzypadkowa. Śródtytuły są cytatami.
"Bitches love cannons."
czyli Hellsing Ultimate Abridged by Team Four Star (2010-, kontynuowana)
O serii OVA Hellsing Ultimate wspominałem przy okazji tematu nietypowej muzyki w anime. Fabuła w telegraficznym skrócie: trwa trójstronna wojna pomiędzy tajną brytyjską protestancką organizacją Hellsing (na usługach której działa... hrabia Dracula), nazistowskimi wampirami z Ameryki Południowej (które Wlk. Brytanię chcą podbić w ramach preludium do Trzeciej Wojny Światowej) i Watykanem (który przy okazji ww. wojny zamierza dokonać krucjaty w Wlk. Brytanii, atakując obie walczące strony). Produkcja Team Four Star (TFS, grupa ma na koncie także serie Dragon Ball Z Abridged i Yu Gi Oh: The Abridged Series) podąża zasadniczo za treścią oryginału, dodając tu i ówdzie nawiązania do innych produkcji. Jednocześnie panowie i panie z TFS znacząco rozbudowali postaci. Zwłaszcza Alucarda, który w wersji abridged jest - w co znającym oryginał może być trudno uwierzyć - jeszcze większym psycholem, socjopatą i dupkiem. Jego główny antagonista, Major, przeszedł podobną rozbudowę - aczkolwiek raczej w kierunku karykatury.
Technicznie seria zrobiona jest idealnie. Głosy dobrano znakomicie (ponownie wybijają się zwłaszcza Alucard i Major, ale reszta ekipy też gra świetnie), zadbano o lipsync, elementy dodatkowe są dobrze wpasowane w oryginał. Także wykorzystana muzyka rządzi (odcinki 4 i 5 zasługują na szczególne wyróżnienie).
Największa bolączka - kolejne odcinki ukazują się jako Halloweenowy special, raz do roku. Jeśli tempo nie ulegnie zmianie - ostatni odcinek ukaże się dopiero w 2019. The pain...
Na chwilę obecną ukazało się 5 odcinków, odpowiadających pierwszym 5 OVA z serii oraz tzw. Christmas Special.
Episode 1: "Psych, Hitler!"
"So, does bitch wanna make me a sandwich?"
czyli EvAbridged by Gigguk et consortes (2012, status ew. kontynuacji niepewny)
Ah, Neon Genesis Evangelion. Serial TV z 1995 r., stworzony przez Hideakiego Anno, opowiadający (w dużym uproszczeniu) o walce ludzkości o ocalenie przed niszczącymi planetę Aniołami. Zawierał masę odniesień filozoficznych i biblijnych. Stanowił punkt zwrotny w podgatunku określanym jako "wielkie roboty". Ponadto dał kulturze anime Rei Ayanami i jej milion klonów (sic). A przy okazji wkurwił fanów oryginalnym zakończeniem (studio Gainax obcięło budżet i ostatnie dwa odcinki były montażem nakręconych wcześniej fragmentów, nieruchomych plansz i narracji spoza kadru; dzięki temu powstało pojęcie tzw. Gainax ending, drugi wkład studia Gainax w kolekcję TvTropes - po wcześniejszym Gainaxing). Anno postanowił się zrehabilitować i dokręcił najpierw Evangelion: Death and Rebirth (1997; streszczenie (sic) serialu + pierwsza część alternatywnego zakończenia), a potem End of Evangelion (1997; obie części alternatywnego zakończenia). Fani byli całkiem zadowoleni, choć nie wszyscy. Jakby tego było mało w 1998 r. ukazał się jeszcze Revival of Evangelion - połączenie obu poprzednich filmów. A potem Anno postanowił zaskoczyć wszystkich reżyserując tetralogię Rebuild of Evangelion (EVANGELION 1.0: You Are (Not) Alone - 2007, EVANGELION 2.0: You Can (Not) Advance - 2009 i EVANGELION 3.0: You Can (Not) Redo - 2012; premiera czwartego filmu - tytuł roboczy EVANGELION: FINAL - podobno zaplanowana jest na obecny rok). Nowa seria filmów kinowych - poza pierwszym filmem, stanowiącym retelling pierwszych 6 odcinków serii TV - częściowo jest zupełnie nową historią, bazującą na wątkach oryginalnego serialu.
Seria EvAbridged autorstwa Gigguka bazuje na fabule pierwszego filmu z nowej tetralogii: od przybycia Shinjiego do Tokyo-3 po zwycięstwo nad aniołem Ramielem. Przy czym oryginalna fabuła zostaje w większości wywalona przez okno, a ekipa robi sobie bardzo złośliwe (i wulgarne) żarty z wszystkich memów i teorii jakie narosły wokół serii. Ze szczególnym uwzględnieniem obu żyjących członków rodziny Ikari.
Ponownie technicznie seria jest zrobiona świetnie. Dobrze dobrane głosy, rozbudowane portrety postaci, dobry scenariusz i niezłe aktorstwo.
Ukazały się 4 odcinki (obejmują fabułę całego filmu). Raczej nie należy się spodziewać ciągu dalszego. Szkoda.
EvAbridged 1.0 This is (not) a Parody
"Bitches love tanks!"
czyli Girls und Panzer Abridged by Gunmetalstug et consortes (2013-, kontynuowana)
Seria, której sam pomysł na fabułę brzmi jak parodia. Oto w alternatywnej teraźniejszości szkoły średnie (oraz towarzyszące im miasta) przemierzają oceany na pokładach gigantycznych okrętów (z różnych przyczyn najlepiej nadają się lotniskowce starego typu np. typu Akagi). Jakby tego było mało - tradycyjnym sportem dla dorastających panienek jest sensha-do polegające na... walkach plutonów autentycznych (choć zmodyfikowanych dla bezpieczeństwa uczestniczek) czołgów, z użyciem zmodyfikowanej amunicji. WTF, Japan?! Osią fabuły są przygody uczennic z Oarai High School, która po dłuższej przerwie wznawia zajęcia z sensha-do i planuje wygrać Narodowe Mistrzostwa. A główna bohaterka (Miho) tyle się natrudziła, żeby znaleźć szkołę bez zajęć z czołgami...
Jeśli oryginalny materiał jest tak walnięty - parodia musiała pójść przynajmniej o krok dalej. I poszła. O wiele dalej. Praktycznie każdy żart jest potencjalnie obelżywy dla kogoś, niektóre przekraczają wszystkie możliwe granice. Zwłaszcza te z odcinka The Christmas special.
Grupa stojąca za GUPA jest niezbyt liczna, a w serii występuje naprawdę liczna obsada. W efekcie wiele postaci ma podłożonych ten sam głos. Przy czym z uwagi na kreatywność autorów to akurat można wybaczyć. Szczególnie jeśli posłucha się jak dobrano głosy (drobna i urocza Anzu w wersji abridged jest growlującym psychopatą...). Fabuła wiernie podąża za fabułą oryginału.
Na chwilę obecną powstało 5 odcinków głównej serii i 2 odcinki specjalne (wspomniany The Christmas special oraz Mother's Day special - video do utworu Motherlover by The Lonely Island; nie muszę chyba wspominać, że także przekracza wszelkie granice?). Kolejne w planach.
Girls und Panzer Abridged Episode 1
Podsumowując: serie abridged tworzą fani, a fani bywają różni. Weźcie to pod uwagę oglądając. Pozostałe odcinki bardzo łatwo znajdziecie na YT.
Twórczość Ralpha Bakshiego (amerykański reżyser, scenarzysta, producent i animator, ur. 1938) jest trollowi w dużej mierze nieznana. Do niedawna kojarzyłem go wyłącznie jako reżysera i scenarzystę adaptacji undergroundowego komiksu Roberta Crumba Fritz the Cat (1972) oraz reżysera pierwszej, animowanej próby ekranizacji Lord of the Rings (1978). Dla porządku dodajmy, że próba była nieudana, bo wytwórnia (United Artists, która wtedy posiadała prawa do ekranizacji) uniemożliwiła Bakshiemu realizację zaplanowanej trylogii, zmusiła go do skondensowania opowieści do dwóch filmów, a potem zwyczajnie odmówiła nakręcenia kontynuacji. W trakcie zbierania materiałów do wpisu o King of Dragon Pass wpadła trollowi w ręce inna animacja Bakshiego. Oh, boy.
Zagadka: co powstanie ze wspólnego wysiłku rysownika Franka Frazetty, scenarzystów marvelowskich komiksów o Conanie - Roya Thomasa i Gerry'ego Conwaya oraz awangardowego animatora i reżysera - Ralpha Bakshiego? Otóż powstanie Fire and Ice (1983), absolutnie sztampowa, pulpowa historia o mięśniomózgich osiłkach, pięknych kobietach i mrocznej magii. Ale za to jak nakręcona!
Bakshi postanowił bowiem - po raz kolejny - użyć techniki animacji rotoskopowej. Żeby nie zanudzać Szanownych P.T. Czytelników technicznymi szczegółami: dzięki specjalnemu urządzeniu (rotoskopowi) możliwa jest - straszliwie czaso- i pracochłonna - transformacja filmu aktorskiego w animowany, przez odrysowanie każdej kolejnej klatki pierwowzoru jako klatki animacji. Technika pozwala na osiągnięcie bardzo naturalnego efektu ruchu animowanych postaci ludzkich, ale uznawana jest przez niektórych animatorów za zwykłe oszustwo. W ramach prac nad Fire and Ice nakręcono najpierw czarno-biały film z udziałem aktorów, a następnie, pod kierunkiem twórcy pierwowzorów postaci, Franka Frazetty, animatorzy przystąpili do nanoszenia klatek animacji na ręcznie namalowane tła (autorstwa m.in. twórcy Dinotopii, Jamesa Gurneya).
Główni bohaterowie Fire and Ice: Darkwolf (na górze), Teegra (z lewej) i Larn (z prawej) odpierają atak Podludzi (dosł. Subhuman; na dole)
Rys. Frank Frazetta, 1983
Fabuła, jako się rzekło, jest sztampowa do bólu: oto Mag Lodu, Nekron, syn złej czarownicy Juliany, planuje podbić świat za pomocą przesuwanych mocą magii lodowców. Kiedy na jego drodze staje mała Północna Wioska - zostaje zniszczona magią Lodu, a jej mieszkańców dorzynają słudzy Nekrona, małpokształtni Podludzie. Jedyny ocalały, Larn, ucieka oprawcom, wycinając krwawy szlak. Tymczasem Nekron posyła emisariuszy na dalekie południe, do Twierdzy Ognia. Pozornie mają oni wynegocjować pokój, polegający na bezwarunkowej kapitulacji przed Nekronem, a po prawdzie mają odwrócić uwagę od porwania córki władcy Kraju Ognia, księżniczki Teegry, przez Podludzi. Juliana zamarzyła sobie bowiem wydać pannę za Nekrona. Dalej też czysta sztampa: dziewczyna ucieka, zostaje ponownie schwytana, ucieka raz jeszcze, wpada w sidła jeszcze innej czarownicy, która ma na pieńku z Julianą i Nekronem, wreszcie spotyka (z przewidywalnym skutkiem) Larna - tylko po to, żeby znów wpaść w łapy Podludzi. Nasz heros próbuje pannę ratować, przez co o mało nie kończy jako trup. Pomaga mu zamaskowany mściciel Darkwolf, z niewyjaśnionych powodów pałający nienawiścią do Nekrona. Finał jest przewidywalny.
Bohaterowie też sztampowi: wszyscy mężczyźni są umięśnieni jak Conan i noszą futrzane przepaski biodrowe, wszystkie kobiety są bujnokształtne, piękne i zmysłowe, noszą jak najmniej, a występują wyłącznie w gatunkach "zła czarownica" i "damsel in distress". Nekron jest białowłosy i szaroskóry, zepsuty do szpiku kości i szalony. Jego słudzy są ciemnoskórzy, brutalni i prymitywni, porozumiewają się chrząknięciami i pojedynczymi słowami.
Trailer
Film traktuję jako trollowe guilty pleasure. Dostałem dokładnie to, czego się - znając nazwiska twórców - mogłem spodziewać. Animacja wytrzymała próbę czasu. Można wprawdzie narzekać na całkowicie nieruchome (aczkolwiek piękne i bardzo szczegółowe) tła - ale są one efektem zastosowanej techniki i należało się ich spodziewać. Muzyka Williama Krafta jest - odpowiednio do nastroju filmu - bombastyczna i pełna patosu.
Troll poleca wszystkim miłośnikom prozy Howarda i grafik Frazetty. A sam ma w planach obejrzeć inny film Bakshiego, Wizards (1977).
BTW: od jakiegoś czasu powtarzane są plotki, jakoby Sony Pictures planowało zrealizować aktorski remake Fire and Ice, z Robertem Rodriguezem na stołku reżysera. W sumie... czemu nie?